Argentyna 2008
11.01
Warszawa – Madryt
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić
Amerykę Południową, kontynent na którym mnie jeszcze nie było. Kasia
zwiedziła już wprawdzie Wenezuelę, ale w krajach do których planowaliśmy
dotrzeć też jeszcze nie była. Podobnie jak nasi towarzysze podróży Gosia i
Tomek zostawiliśmy dzieciaki z dziadkami, czego później nieco żałowaliśmy
mocno za nimi tęskniąc. Dziadek Jurek odstawił nas na lotnisko w Warszawie i tu zaczęła się nasza przygoda. W odróżnieniu
od wcześniejszych wycieczek zarezerwowaliśmy wszystkie przeloty przed wcześniej,
a nawet kilka noclegów w Patagonii. Pierwszym etapem był przelot do Madrytu
hiszpańską Iberią. Mieliśmy prawie 6 godzin czekania na następny lot na
lotnisku Barajas, więc kupiwszy bilet sześcioprzejazdowy w automacie za 10,70
€ udaliśmy się metrem do centrum stolicy Hiszpanii. Tak jakoś
przechodziliśmy przez bramki, że wystarczyło 6 biletów na naszą czwórkę w
obie strony... Zimno było i ciemno więc nie zwiedzaliśmy miasta, ale odwiedziliśmy
Jose – przyjaciela Kasi z czasów kiedy mieszkała w Hiszpanii. Ugoszczono
nas po staropolsku - pyszną tortillą, hiszpańską szynką (jamon) i wybornym winem, którego Jose
jest podobno znawcą. Doszliśmy do wniosku, że musimy odwiedzać
Madryt częściej. Niestety na dłuższe ucztowanie nie było czasu i wróciliśmy
dość szybko na ogromne lotnisko. Okazało się na tyle duże, że nie
sprawdziwszy dokładnie z którego terminala odlatuje nasz samolot do Sao Paulo
czekaliśmy do ostatniej chwili pod bramką numer 43 zdziwieni, że nas nie wpuszczają
na pokład. Dopiero Tomek zorientował się 20 minut przed odlotem, że czekamy
na samolot do Malagi odlatujący pół godziny później. Okazało się, że
musimy pokonać sporo drogi by dotrzeć we właściwe miejsce. To chyba był
najszybszy bieg w moim życiu, a w międzyczasie musieliśmy jeszcze dojechać
kawałek lotniskową kolejką. Na szczęście pociąg podjechał bez chwili
czekania i pokonaliśmy trasę w ciągu 14 minut choć napisy sugerowały nam, że
potrzeba 18. Na pokład wchodziliśmy jako ostatni pasażerowie w zasadzie o
godzinie, o której samolot powinien już odlatywać. Z trudem łapiąc
powietrze zasiedliśmy w fotelach i nie mieliśmy żadnych problemów z zaśnięciem w czasie nocnego lotu.
![]() |
![]() |
|
![]() |
12.01
Madryt - Sao Paulo - Iguazu
Samolot był ogromny, a konkretne miejsca mieliśmy zarezerwowane już przy zakupie biletów. Na szczęście przespaliśmy prawie cały lot oprócz przerw na posiłki, ponieważ po krótkim czasie działała tylko jedna toaleta i to bez bieżącej wody. Z lotu ptaka mieliśmy okazję obejrzeć dżunglę amazońską i miejską dżunglę Sao Paulo. Miasto przez okna samolotu sprawiało przygnębiające wrażenie. Z każdej strony po horyzont lasy wieżowców, blokowiska bez odrobiny zieleni. Sao Paulo już w początkach XX wieku miało 3 miliony mieszkańców, a teraz zajmuje obszar trzy razy większy niż Paryż. Żyje tu co najmniej 16 milionów ludzi. Mieliśmy w planach zobaczyć choć odrobinę metropolii, ale rzeczywistość zweryfikowała nasze plany. Niestety formalności wizowo-bagażowe trwały ponad dwie godziny. Ogromne kolejki, mnóstwo turystów, potworny bałagan z bagażami i w kolejkach z wypełnianiem deklaracji wjazdowych... To wszystko trwało bardzo długo i moim zdaniem było gorzej zorganizowane nawet niż w Etiopii, gdzie też nie byłem zachwycony formalnościami na lotnisku. Co gorsze pomimo obietnic w Warszawie, że dostaniemy nasze plecaki dopiero w porcie docelowym – Iguazu, przez przypadek zobaczyliśmy je jeżdżące na jednej z taśm. Z 8 godzin przerwy między lotami zrobiło się w końcu 5 i to jeszcze z ciężkimi plecakami. Postanowiliśmy zatem przeczekać na lotnisku. Wyszliśmy tylko na chwilę przed terminal by pooddychać południowo-amerykańskim powietrzem, ale specjalnie rześkie to ono nie było. Tłumy ludzi poniewierało się na terminalu co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę środek lata i karnawał w pełni, w sobotni ranek. Wymieniliśmy trochę gotówki na początek - kurs 1$ = 1,63 riala i zgłodniali po nienajlepszych posiłkach w samolocie zasiedliśmy w lotniskowej Pizzahut. Zjedliśmy pizzę, skrzydełka i pozwiedzaliśmy lotnisko w oczekiwaniu na nasz samolot. Około 13 mogliśmy juz nadać bagaże na samolot brazylijskich linii TAM. Pozwiedzaliśmy jeszcze sklepy na lotnisku i nieco zmęczeni w końcu zapakowaliśmy się o 16.30 do niedużego samolotu, który wzbił się ponownie nad betonowe Sao Paulo. Przed lądowaniem obejrzeliśmy przez okna samolotu ogromną tamę na Paranie ze sztucznym jeziorem na granicy brazylijsko – paragwajskiej. Na lotnisku „Cataratas” w Foz de Iguazu wylądowaliśmy po godzinnym locie.
![]() |
|
![]() |
![]() |
Już w samolocie przyszedł mi do głowy
pomysł, żeby przed znalezieniem noclegu, korzystając z pięknej pogody zobaczyć słynne
wodospady od strony
brazylijskiej. „Cataratas”
to miejsce gdzie przyjeżdża, a głównie przylatuje mnóstwo turystów i to południowo-amerykańskich.
Lotnisko jest położone blisko wejścia do Parku Narodowego, a całkiem sporo
oddalone od centrum miasta. Udało mi się przekonać zmęczonych współtowarzyszy
podróży, aby zdobyć się jeszcze na odrobinę wysiłku przed odpoczynkiem w
hotelu. Wylądowaliśmy po 17 i zasięgnęliśmy informacji na lotnisku, gdzie w
kilku agencjach proponowano nam mnóstwo atrakcji
z lotem helikopterem nad wodospadami włącznie. Ceny horrendalne.
Postanowiliśmy spróbować na własną rękę.
Po krótkim oczekiwaniu na autobus w końcu wzięliśmy taksówkę, która
zawiozła nas do Parku w 5 minut za 15 riali. Taksówkarz uspokoił nas w
sprawie noclegu informując, że w Foz de Iguazu jest mnóstwo hoteli. Okazało
się w informacji, że choć bramy otwarte są tylko do 18.00 to jednak po wejściu
można jeszcze zwiedzać przez 1,5 godziny zanim ostatni autobus nie wróci do głównej
bramy. Bilety wstępu na teren parku kosztują 19 riali od osoby, a za żeton do
dużej szafki mieszczącej dwa spore plecaki trzeba było zapłacić 3 riale.
Kolejny etap zwiedzania to transfer kilka kilometrów w głąb parku odkrytym
autobusem. Po drodze można podziwiać południowoamerykańską dżunglę - z
daleka jak my z autobusu, albo spacerując po specjalnie przygotowanych szlakach.
Nie mieliśmy jednak na to czasu i od razu skierowaliśmy się do przystanku
przedostatniego, gdzie rozpoczyna się ścieżka nad brzegiem rzeki Iguazu z
widokiem na wspaniałe kaskady wodospadu, dla których tu przylecieliśmy.
Przeszliśmy całą ścieżkę wykonując mnóstwo fotografii. Szkoda, że na
nich nie słychać huku ogromnych ilości wody spadających z dość dużej
wysokości. Wodospady na rzece Iguazu nie są najwyższe na świecie i może
nawet nie największe pod względem ilości przepływającej wody, ale ich
szerokość i liczba kaskad czyni je tak atrakcyjnymi dla turystów przybywających
tu tłumnie. My byliśmy tu niestety dość późno – między 18-19.30 a i
tak było bardzo gorąco i dopiero przy samym końcu ścieżki gdzie zbudowano
most po którym można dojść do samej „Gardzieli diabła” można
się ochłodzić w rozbryzgującej się w powietrzu wodzie. Ostatnim punktem
jest taras widokowy na wieży nad wodospadami. Wszystko jest zorganizowane dość
dobrze i autobusy odwożące turystów do wejścia kursują wahadłowo zaraz jak
tylko maja komplet na pokładzie. Po drodze minęliśmy jeszcze jedyny hotel
mieszczący się na terenie parku, na który bez zbędnych pytań założyliśmy,
że nas nie stać. Odebraliśmy bagaże i złapaliśmy autobus do miasta. Bilet
kosztuje 2 riale, a autobus jedzie około pół godziny. Znalezienie hotelu nie
jest problemem ale ceny już trochę tak. Proponowano nam dwójki w cenie
100-140 riali. Dopiero jak ekipa usiadła na piwie a ja poszedłem szukać
noclegu trafiłem do hotelu San Remo z pokojami 70 riali za dwójkę z
klimatyzacją i wliczonym śniadaniem. Standard spełniał moje oczekiwania, a co
ważniejsze nie było daleko do przyczepy kampingowej z ogródkiem gdzie
sprzedawano pyszne, chłodne piwo w butelkach 0,66 litra. Nie było problemów z
zaśnięciem po tylu przygodach i spaliśmy bardzo dobrze pomimo różnicy
czasu.
13.01
Wodospady Iguazu
Śniadanie całkowicie zaspokoiło moje
oczekiwania, duży wybór wędlin, serów, deserów, a przede wszystkim owoców,
a wszystko podane na „szwedzkim” stole. Z pełnymi żołądkami podjęliśmy
decyzję, że nie skorzystamy z oferty wycieczki na stronę argentyńską
proponowanej nam przez hotelową agencję. Postanowiliśmy mając cały dzień
zorganizować to na własną rękę. Doszliśmy do dworca autobusowego, skąd
bezpośredni autobus zabrał nas za 3 riale przez granicę do centrum Puerto
Iguazu. Trochę dziwna ta granica. Brazylijczycy w ogóle nas nie sprawdzali, a
nieliczni turyści sami poszli szukać celników by dostać pieczątki do
paszportów. Autobus oczywiście na nich nie czekał. My twardo siedzieliśmy w
środku i dopiero przy kontroli argentyńskiej musieliśmy wysiąść. Tu już
normalnie kontrola paszportów, pieczątki, deklaracje wjazdowe itd. Wszystko
bardzo sprawnie i bez dłuższego oczekiwania. Na dużym dworcu w Puerto Iguazu
poszliśmy od razu do jednej z agencji, gdzie za 7 peso kupiliśmy bilety na
autobus do wejścia do parku po stronie argentyńskiej. Kupiliśmy też vouchery
na wycieczkę pontonem po rzece pod wodospad. Trzeba bardzo uważać, szczególnie
płacąc inną walutą niż peso gdyż obsługująca nas dziewczyna za każdym
razem gdy liczyła, przeliczała myliła się i to o dziwo nigdy na naszą korzyść.
Z dworca do wejścia jest ponad 20 kilometrów. Przy wejściu do parku jest duże
centrum obsługi turystów. Z okazji niedzieli pojawiło się to mnóstwo turystów
i musieliśmy odstać około 30 minut w kolejce by dowiedzieć się przy kasie,
że nie można płacić kartą, ani brazylijskimi rialami czy dolarami. Bilet
kosztuje 40 peso argentino ( 1 funt brytyjski to około 6 peso) i trzeba za niego zapłacić gotówką. Na szczęście
okazało się, że na terenie parku jest jeden bankomat, gdzie można wypłacić
pieniądze. Wpuszczono mnie bez biletu i około 200 metrów od kasy znalazłem
to cudowne urządzenie, które bez problemu nawiązało współpracę z moją
angielską karta kredytową wypluwając mi niezbędną do zakupu biletów ilość
argentyńskiej waluty. Wróciłem czym prędzej do reszty ekipy i tym razem bez
kolejki podszedłem do kasy i zakupiłem niezbędne bilety. W cenie biletu jest
wstęp, przemieszczanie się kolejką szynową po parku i transport pontonem na
wyspę po środku rzeki. Udało się wejść do parku i mogliśmy zacząć
zwiedzanie. Najpierw jednak towarzystwo zażyczyło sobie porannej kawy, a że
przy bankomacie znalazła się kawiarnia, spożyliśmy lokalne ciasteczko popijając
kawą tudzież „la grimmą”. O dziwo w kawiarni można było zapłacić
kartą. Pogoda nieco gorsza niż wczoraj. Słońce schowało się za chmury ale
i tak było gorąco i chyba lepiej, że tego słońca nie było. Po stronie
argentyńskiej park zajmuje znacznie większą powierzchnię i wygląda na
jeszcze lepiej zorganizowany. Jest tu też więcej ścieżek i znacznie więcej
kaskad.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Planowaliśmy dojechać pociągiem do końca trasy by dojść do „gardzieli diabła” od strony argentyńskiej, ale okazało się, że kolejka zatrzymała się na stacji przesiadkowej i tu trzeba byłoby czekać w ogromnej kolejce na następne wagoniki co najmniej pół godziny. Zmieniliśmy więc plany i najpierw poszliśmy obejrzeć liczne kaskady położone po stronie argentyńskiej. Przeszliśmy „górną” ścieżką podziwiając nie tylko same wodospady ale i kolorowe motyle i ptaki, których w dżungli musi tu być mnóstwo. Każda kaskada ma swoją nazwę, a ścieżka prowadzi nad nimi umożliwiając obserwację żywiołu z góry. Potem poszliśmy na ścieżkę „dolną”, gdzie spotkaliśmy mnóstwo lemurów wygrzebujących śmieci z koszy. Przy ścieżce od czasu do czasu wylegiwały się duże iguany. Spacer po argentyńskim brzegu trwał dłużej niż się spodziewaliśmy. Musieliśmy też swoje odstać w kolejce do darmowego rejsu na wyspę. Tu można wspiąć się na górę i znów spojrzeć w dół, gdzie spada z dużą szybkością całkiem spora masa wody. Widzieliśmy też czekające na swoją zdobycz sępy. Na wyspie jest też jedyne w parku miejsce gdzie na piaskowej plaży można zażyć kąpieli w wodach rzeki. My zafundowaliśmy sobie kąpiel na pontonach. Jedynie Kasia była na tyle mądra, że zrezygnowała z tej atrakcji. Ponieważ mieliśmy wykupione vouchery nie musieliśmy czekać w kolejce i zostawiwszy Kasi wszystkie rzeczy w samych majtkach, sandałach i kamizelkach ratunkowych zasiedliśmy do motorowego pontonu, którym dopłynęliśmy pod dwa wodospady. Mniejszy na rozgrzewkę i całkiem duży...... by przemoczyć się na wskroś. Trwało to chwilę i za dużo frajdy nie miałem tym bardziej, że bez słońca, przy dużej prędkości robiło się dość chłodno. Nie mieliśmy majtek i butów na zmianę więc zanim wszystko wyschło trzeba było chodzić w mokrych Upływający czas i mokre ciuchy zniechęciły nas do dalszej wycieczki i ostatni punkt programu zostawiliśmy na następny raz. Doszliśmy do wejścia do parku tym razem na piechotę schnąc po drodze. Mogliśmy jeszcze obejrzeć i posłuchać śpiewające indiańskie dzieci przyjeżdżające tu z pobliskiego Paragwaju by zarobić parę peso. Wróciliśmy autobusem do miasta i ponownie z terminalu bezpośrednim autobusem pojechaliśmy przez granicę do Brazylii. Przejście graniczne wyglądało podobnie jak rano. Pieczątki i sprawna kontrola po stronie argentyńskiej i zero kontroli po stronie brazylijskiej. Autobus nawet nie zatrzymał się przy bramce. Po kąpieli w hotelu poszliśmy na miasto celem uroczystej kolacji. Dużo w mieście jest knajp a my wybraliśmy mniej ekskluzywny ale za to pełen tubylców w centrum miasta. Po krótkiej dyskusji z kelnerem dostaliśmy dodatkowo menu po angielsku i kombinując z portugalskim zamawialiśmy różne dania. Steki wołowe były wyborne. Ja wziąłem sobie po kubańsku tzn. na słodko z owocami m.in. z ananasem i bananem na gorąco i dodatkowo duże porcje sałatek. Kasia miała stek z serem a Gosia z jajkami. Zapłaciliśmy z dużym piwem około 23 riale na osobę. Dzień zakończyliśmy przy piwku w ogródku grając w Boomtown - -grę karcianą, w którą udało mi się wciągnąć towarzystwo.
14.01 Foz de Iguazu
– Ciudad del Este – Encarnacion
Po szybkim śniadaniu w hotelu poszliśmy
na przystanek autobusu miejskiego który zawiózł nas do samej granicy, która
znajduje się na Paranie. Po stronie brazylijskiej oczywiście żadnej kontroli
i wiedząc, że może to się źle skończyć sami poszukaliśmy urzędnika który
wbił nam pieczątki wyjazdowe. Lepiej je mieć aby uniknąć problemów po
stronie paragwajskiej. Przeszliśmy przez ogromny most i po przejściu przez
kontrolę paszportów i wypełnieniu kart wjazdowych, znaleźliśmy się w innej
rzeczywistości. Takiej jaką lubię. Tak sobie wyobrażałem Amerykę Południową.
Mnóstwo ludzi, sklepików, straganów i ogólnie jeden wielki bałagan o
poranku Zostawiliśmy bagaże i dziewczyny w kawiarni na kawie a z Tomkiem poszliśmy
poszukać informacji turystycznej i kantoru. Wróciliśmy do granicy i tu celnik
pokazał nam kolesia z folderami biegającego po ulicy. Okazało się, że informacja
turystyczna to on. Dał nam ładne foldery o Paragwaju, wytłumaczył, że
angielskiego uczy się dopiero 3 miesiące. Odradził nam wynajem samochodu jako
bardzo drogą imprezę i zasugerował dojazd do Encarnacion liniowym autobusem.
Znaleźliśmy bez problemu kilka kantorów przy głównej ulicy i wymieniliśmy pieniądze
- 1$ to 4660 guarani. Pozwiedzaliśmy trochę stargany i sklepiki – mnóstwo
tu wszystkiego od elektroniki, przez ciuchy po markowe perfumy. Podobno całe
Ciudad del Este to strefa wolnocłowa i dlatego tłumy przyjeżdżają tu kupować,
a miałem wrażenie, że jeszcze większe tłumy sprzedawać.
W kawiarni mogliśmy też zapłacić resztkami brazylijskich pieniędzy i
za kawy, mleko i siedem ciastek zapłaciliśmy 7 rialów - znacznie taniej niż w Brazylii. Zatrzymaliśmy przejeżdżający obok
kawiarni autobus i kierowca stwierdził, że jedzie koło dworca. Zapakowaliśmy
się do środka i pojechaliśmy. Trochę byliśmy zdziwieni klucząc po
„willowych” dzielnicach miasta a po prawie godzinnej jeździe
kierowca zatrzymał się i ponieważ byliśmy ostatnimi pasażerami powiedział,
że mamy wysiadać bo to ostatni przystanek. Na pytanie o dworzec powiedział,
że przecież minęliśmy go zaraz na początku i dziwił się czemu nie
wysiedliśmy. Na szczęście nie musieliśmy czekać zbyt długo bo z
naprzeciwka jechał już kolejny autobus i po krótkiej rozmowie między
kierowcami zabrał nas z powrotem do miasta i to na ten sam bilet za 2000
guarani. Mieliśmy niedrogą wycieczkę po Ciudad del Este. Tym razem pilnowaliśmy
kierowcy by wysadził nas na odpowiednim przystanku i po przejściu obok dużego
acz sprawiającego wrażenie lekko zrujnowanego stadionu piłkarskiego trafiliśmy
na dworzec. Autobus do Encarnacion odjeżdżał po 10 minutach więc by nie
umrzeć z głodu zakupiliśmy po kilka 'empanadillas' na
drogę i zapakowaliśmy się do autobusu. Miał jechać 3,5 godziny, ale jechał
około 5. Kierowca przewoził jakąś kontrabandę – pół autobusu
zapakowane było ogromnymi pudłami i zanim je po drodze zapakowali i
rozpakowali to zajęło im chwilę. Mijaliśmy krajobrazy jak w Europie - łąki,
pola uprawne, niemiecki wioski... Nawet nazwy miejscowości są tu niemieckie.
Po drugiej wojnie światowej przyjechało tu sporo emigrantów, a podobno przed
wojną też. Budowali wioski i miasteczka i głównie uprawiali urodzajną ziemię.
Widzieliśmy ładne parki, zadbane domki, niemieckie napisy i niemiecki porządek.
W jednej z mijanych osad widzieliśmy nawet uzdrowisko dla niemieckich osadników
Hotel Germana polecany w przewodniku znaleźliśmy tuż obok dworca. Właściciel
okazał się być potomkiem niemieckich imigrantów, a jego żona japońskich.
Nic więc dziwnego, że hotel najbardziej jest popularny wśród turystów z
tych krajów, którzy podobno dość licznie odwiedzają Paragwaj i swoich
krewnych. Za 70000 guarani dostaliśmy dwuosobowe pokoje z klimatyzacją.
Dziewczyny brały prysznic, a ja porozmawiałem sobie po niemiecku z bardzo miłym
szefem. Opowiedział mi trochę o samym mieście. Jeszcze w 1990 miasto miało
tylko 20tys ludności, ale po wybudowaniu mostu na Paranie Argentyńczycy z trzystutysięcznego
miasta Posada na drugim brzegu tłumnie ruszyli na zakupy wykorzystując ogromne
różnice w cenach. Przy stałym kursie dolara do peso argentyńskiego różnice
w cenach były ogromne i przez 10 lat handlu Encarnacion rozrastało się.
Przyjechało mnóstwo mnóstwo Azjatów głównie Chińczyków i Arabów,
którzy zawsze są tam gdzie można zrobić dobry interes i miasto jako drugie
co do wielkości w Paragwaju miało już 130 tys
ludności. Okres prosperity jednak się skończył, w Argentynie uwolniono kurs
dolara i wycieczki na zakupy do Paragwaju przestały już być tak atrakcyjne.
Dodatkowo wybudowano na Paranie zaporę budując wodną elektrownię i zatopiono
znaczną część miasta, niestety głównie Stare Miasto z XVII wieku. Aktualnie
miast liczy podobno około 120 tys ludzi ale widać, że chyba jego okres świetności
chyba minął. Przyszłość też nie przedstawia się zbyt kolorowo ponieważ w
planach jest rozbudowanie elektrowni i zatopienie kolejnych części miasta.
Poszliśmy w kierunku rzeki i w sumie nie za bardzo się nam podobało.
Obejrzeliśmy duży kościół, niszczejące budynki i przy zachodzącym słońcu
wróciliśmy do centrum by usiąść w klimatyzowanej restauracji na kolacji. Za
240tys guarani objedliśmy się wszyscy ponad miarę. Kupiliśmy jeszcze arbuza
i melona na deser i podreptaliśmy do hotelu.
![]() |
![]() |
15.01.
Encarnacion – Jesus - Trinidad – Asuncion
Dość późno zorientowaliśmy się, że czas jest tu o godzinę przesunięty w porównaniu z Brazylią co daje 4 h różnicy z Europą. Gosia obudziła nas o 6.30 ale po ustaleniu która godzina jeszcze poleniuchowaliśmy. Śniadania nie mieliśmy w cenie więc po zapłaceniu za hotel, przeniesieniu bagaży do hotelowej recepcji, gdzie mogliśmy je zostawić na pół dnia, zajrzeliśmy do baru przy dworcu na jajecznicę. Dość wcześnie złapaliśmy autobus, który miał nas zawieźć bezpośrednio do Jesus. Mieszczą się tam ruiny misji jezuickich jedne z czterech w Ameryce Południowej. Niestety okazało się, że autobus po 50 minutach jazdy za 5000 guarani od osoby zostawił nas na skrzyżowaniu i pojechał dalej główną drogą w kierunku Ciudad del Este. Od skrzyżowania mały, stary busik jakimś cudem jeżdżący zabrał nas za 4000 guarani do 'Reducciones de Jesus' ruin misji, gdzie jezuici krzewili wiarę katolicką wśród Indian w XVII wieku. Ruiny są w większej części odbudowane z resztek kamieni pozostawionych tu po zniszczeniu misji i są jednym z ważniejszych zabytków, a zarazem atrakcji turystycznych Paragwaju. Obeszliśmy je dookoła w ciągu pół godziny i akurat po tym czasie busik wrócił żeby nas zabrać z powrotem. Można się jedynie domyślać po rozmiarach resztek murów, że był tu olbrzymi kompleks świątyni z budynkami mieszkalnymi, gdzie Indianie nie tylko byli nawracani na wiarę chrześcijańską, ale też uczyli się uprawy ziemi i rzemieślnictwa. Ponieważ byli dobrze wyedukowani to stanowili łakomy kąsek dla portugalskich łowców niewolników. To był zresztą główny powód, dla którego misje znalazły się na tych terenach. Jezuici wraz z Indianami zapakowali się do łodzi w Brazylii i spłynęli Paraną w dół aż do dzisiejszych terenów Paragwaju i Argentyny. Tu było juz za daleko dla piratów polujących na niewolników.



Zaczynało się robić gorąco choć jeszcze było
przed południem. Wysiedliśmy z powrotem przy głównej drodze i w planach
mieliśmy jeszcze odwiedzić kolejne ruiny w Trynidad. Trochę zniechęcała nas
do tego tablica informująca, że do ruin trzeba dojść 4 kilometry, ale szef
kafejki internetowej znajdującej się na tym końcu świata wytłumaczył nam,
że to tylko około 500 metrów. Uwierzyliśmy i faktycznie po minięciu trzech
zakrętów piaskową drogą doszliśmy do znacznie większych niż poprzednie
ruin misji w Trynidad. Temperatura dochodziła chyba do 40 stopni. Ruiny nie dość,
że większe to znacznie ciekawsze, sporo murów kaplicy i budynków
gospodarczych zostało odbudowane a część zapewne zachowała się przez te
kilkaset lat. Można się wspiąć na mury kaplicy skąd dookoła widać
sielskie krajobrazy ruin na zielonym tle traw, drzew i pól. Biorąc pod uwagę
temperaturę powietrza z radością zasiedliśmy do picia soków z lodem w
knajpie obok ruin. Potem szybko wróciliśmy do asfaltu, gdzie od razu złapaliśmy
jeden z często jeżdżących tu autobusów. Zabraliśmy bagaże z hotelu i od
razu naganiacz wcisnął nam bilety na autobus do Asuncion po 40000 guarani.
Dziewczyny w międzyczasie poszły na zakupy pożywienia na drogę. Wyruszyliśmy
o 14.00 i mieliśmy jechać około 5 godzin. Zajadaliśmy bułki z ziemniakami
tudzież z serem i spaliśmy przez większą część drogi. Za oknami mnóstwo
pastwisk i pasącego się bydła. Trochę żałowałem, że nie mięliśmy własnego
środka transportu gdyż można byłoby zobaczyć trochę paragwajskiej
prowincji. Tuż przed zmrokiem dotarliśmy do dużego dworca autobusowego na
przedmieściach stolicy i nie mieliśmy już sił jechać do centrum. Znaleźliśmy
dość podły hotelik Yazzy zaraz obok dworca za 90000 guarani od pokoju z
klimatyzacją i łazienką, który swoje dwie gwiazdki dostał chyba jeszcze
przed wojną. My mieliśmy to "szczęście"', że nasz pokój miał okna na główną
ulicę, na której życie toczy się 24 godziny na dobę. Tuż obok hoteliku
znaleźliśmy jeszcze podlejszą knajpkę i zjedliśmy wołowinę nadziewaną
serem, jajkiem, szynką i do tego sałatka z manioku. Smakowała jak ziemniaki
ugotowane rano a jedzone wieczorem. Tomek z Gosią o dziwo nie jedli nic oprócz
piwa



16.01.
Asuncion – Buenos Aires
Obudziliśmy się dość wcześnie przy znacznej pomocy paragwajskich kierowców
za oknem. Za 33 tys guarani przejechaliśmy taksówką do samego centrum pod
informację turystyczną. Tutaj udało nam się zostawić nasze bagaże co
znacznie ułatwiło spacerowanie po stolicy Paragwaju. Informacja turystyczna to
głównie miejsce gdzie można zakupić różnorodne pamiątki ale udało nam się
dostać plan miasta. Najpierw poszliśmy do klimatyzowanej knajpki na rożki
faszerowane różnymi przysmakami - mięso, jajko, owoce morza czy warzywa,
po 6 tys guarani za sztukę.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od zwiedzania Panteonu bohaterów, gdzie spoczywają
waleczni dowódcy paragwajscy. Paragwaj w latach 70tych XIX wieku uwikłał się
w wojnę z trzema sąsiadami na raz – Brazylią, Argentyną i Urugwajem i
po 5 latach populacja kraju zmniejszyła się o połowę do 200 tys z czego mężczyźni
stanowili tylko około 10% i to w wieku niemowlęcym lub starczym. Pokój został
okupiony stratami terytorium. Pół wieku później Paragwaj zawalczył ponownie
w tak zwanej ‘Chaco war’ z Boliwią i tym razem zyskał sporo
wygrywając wojnę, ale ponowni starty ludzkie były spore a tereny przyłączone
do kraju to głównie pustynna kraina Chaco na północ od stolicy, do której
nie daliśmy rady się wybrać.
Kolejny obiekt na naszej trasie to katedra, do której udało się nam wejść
ale można sobie to wejście spokojnie odpuścić. Nic ciekawego oprócz dość
skromnego ołtarza nie zobaczyliśmy. Następnie przeszliśmy do parku przed
katedrą gdzie głównie spacerowały uzbrojone patrole policyjne lub wojskowe.
Spacerując po centrum w dole w kierunku rzeki Paragwaj widzieliśmy pozlepiane
z blachy i desek szopy w których mieszka biedota. Tu także sporo policyjnych
patroli. W centrum jednak kamienice i pałace prezentują się całkiem nieźle.
Nie dało się jednak wejść ani do budynku sądu ani do pałacu rządowego. Po
minięciu portu trafiliśmy na ulice Kolumba gdzie znajdują się liczne sklepy
z rękodziełem paragwajskim i nie tylko. W jednym z nich kobieta lekko wyglądająca
na Indiankę podyskutowała z nami trochę i okazało się, że jej rodzice
pochodzili z Łomży i wyemigrowali do Ameryki Południowej jeszcze przed wojną.
Nazywała się Cegla, a jej mama z domu Dobrowolska. Nie mówiła po polsku ale
po hiszpańsku zakręciła nami tak, że kupiliśmy dwa obrusy, kapę na łóżko
i jeszcze skórzaną torbę. Robiło się nieznośnie gorąco więc zostawiliśmy
dziewczyny w kawiarni a z Tomkiem na szczęście zajrzeliśmy do internetu. Tu
dowiedziałem się, że wylot do Buenos Aires mamy przesunięty o 1,5 godziny,
więc nie zwlekając zebraliśmy małżonki i taksówką pojechaliśmy na
lotnisko za 75 tys. guarani za prawie pół godziny jazdy.



Lotnisko w Asuncion jest małe ale bardzo nowoczesne. Trudno zabłądzić gdyż
ma tylko cztery bramki. W lotniskowych sklepikach wydaliśmy resztę lokalnej
kasy, gdyż prawdopodobnie zbyt szybko do tego niedużego kraju nie wrócimy.
Czas oczekiwania umilał nam elegancki artysta grając na harfie, która podobno
jest tu instrumentem narodowym. Paragwaju z lotu ptaka nie obejrzeliśmy jakoż
skutecznie zasłoniły go gęste chmury, ale juz nad Argentyną znacznie się
rozjaśniło i mogliśmy podziwiać ogromną Paranę i Buenos Aires z dużymi
obszarami zieleni, prezentujące się znacznie lepiej niż Sao Paulo. O 20 byliśmy
na lotnisku międzynarodowym z którego o dziwo musieliśmy przejechać na
krajowe. Zostawiliśmy niepotrzebne bagaże – głównie zakupy w lotniskowej
skrytce za 3 $ za dobę. Taksówką za 88
peso argentyńskich zawiozła nas na mniejsze lotnisko. Po drodze kierowca próbował
nas namówić na hotel sugerując, że lotnisko w nocy jest nieczynne.
Zaryzykowaliśmy jednak i było otwarte. Byliśmy tam około 23 a samolot mieliśmy
o 6 rano. Jakoś przesiedzieliśmy nad kawą, herbatą i jakimś mocniejszym
alkoholem całą noc, a spanie było zaplanowane w czasie lotu. Chcieliśmy
siedzieć po prawej stronie by oglądać Andy, ale dostaliśmy miejsca po lewej
ale i tak spaliśmy jak zabici.
![]() |
![]() |
![]() |
|
17.01 Bueanos Aires - El Calafate
Po trzygodzinnym locie z dość niezłą przekąską na pokładzie, wylądowaliśmy na malutkim lotnisku w El Calafate wczesnym porankiem. Okazało się, że nie było to zbyt istotne a której strony mieliśmy miejsca w samolocie, gdyż i tak większość lotu przespaliśmy. Lekko zdziwiliśmy się, gdy okazało się, że agencja przez którą mailowo rezerwowałem wypożyczenie samochodu nie ma swojego biura na lotnisku a jeszcze bardziej, że nikt na nas nie czekał… Na dobre to wyszło gdyż doszliśmy do wniosku, że nie będziemy potrzebowali samochodu na dzisiaj. Ponieważ minibus do centrum kosztował 18 peso od osoby bardziej opłacalne okazało się wynajęcie taksówki za 50 peso, która zawiozła nas pod wskazany adres. Pokoje w “Casa de Grillos” zarezerwowaliśmy przez Internet i na szczęście ta rezerwacja była aktualna – 110 peso od pokoju. Mili właściciele Alejander i Marta powitali nas śniadaniem – chleb, marmolada i gorące napoje. Przedyskutowaliśmy nasze plany z gospodarzami i skorzystaliśmy z kilku rad, choć cały czas słyszeliśmy, że chcemy zobaczyć za dużo w zbyt krótkim czasie. Marta wykonała kilka telefonów i zarezerwowała nam samochód oraz zabukowała wycieczkę do Chile. Dostaliśmy jeszcze plan miasta z zaznaczonymi najważniejszymi punktami. Gosia z Tomkiem poszli spać a my na krotki spacer po mieście. Najpierw odwiedziliśmy wypożyczalnię samochodów, gdzie ustaliliśmy szczegóły wynajęcia Fiata Uno na jutro i Corsę Combi na wycieczkę do El Chalten. Kolejne miejsce odwiedzone przez nas to punkt sprzedaży biletów na rejs po jeziorze Lago Argentino, ale jak prawie wszystko w godzinach sjesty do 16 był zamknięty. El Calafate trochę przypominało mi Zakopane – mnóstwo sklepów i knajpek. Wróciliśmy po koleżeństwo i zajadając tartę ze szpinakiem po 15 peso od sztuki ponownie podyskutowaliśmy z Alejandrem. Gosia z Tomkiem poszli na miasto a my na krótka drzemkę. Gdy spotkaliśmy się późnym popołudniem w miasteczku agencja sprzedająca bilety na rejs była już otwarta. Z bólem serca kupiliśmy bilety po 240 peso za sztukę na całodniowy rejs do wszystkich lodowców przy jeziorze. Polecana przez Alejandra knajpa ‘La vaca atada’ była niestety zamknięta więc poszliśmy do kantoru gdzie była ogromna kolejka. Po pół godzinie czekania pieniądze zostały wymienione a w międzyczasie knajpę otwarto. Byliśmy pierwszymi gośćmi tego wieczoru ale bardzo szybko wszystkie stoliki zostały zajęte. Zamówiliśmy pyszną jagnięcinę z winem Lopez. Porcje były ogromne ale zapłaciliśmy około 50 peso od osoby. Przed zaśnięciem odebraliśmy jeszcze nasz samochód na jutrzejsza wycieczkę, by uniknąć porannego biegania.
![]() |
![]() |
![]() |
18.01.
El Calafate – Lago Argentino – Perito Moreno – El Calafate
O 8.30 rano mieliśmy być już w porcie Porto Bandera. Na szczęście drogi w Patagonii są dość puste gdyż było trochę problemów by wstać z rana. W porcie dość sporo turystów i jeszcze więcej zamieszania. Dwie różne kolejki po bilety w zależności od firmy i statku. Mieliśmy wprawdzie bilety na rejs łodzią numer 5, ale i tak musieliśmy stać w kolejce by kupić bilety do Parku Narodowego "Los Glaciares" za 40 peso od osoby. Na każdy katamaran wchodzi około 200 osób i wszystkie łodzie były prawie pełne. Okazało się, że mieliśmy ostatni numer łodzi i niestety wszędzie podpływaliśmy jako ostatni. Ciężko było znaleźć miejsce siedzące na początku rejsu, ale później i tak wszyscy spędzili prawie całą wycieczkę stojąc na pokładzie przy burcie i podziwiając widoki. Pierwszym celem był lodowiec Upsala i do niego płynęliśmy w kierunku północnym po turkusowych wodach lodowatego Lago Argentino, będącego bodajże największym jeziorem w Argentynie. Lodowiec oglądaliśmy jednak z dość daleka. Po dwóch godzinach rejsu ukazał się on na horyzoncie. Jego ogrom znacznie lepiej widać z lotu ptaka, ale i tak porównując wysokość czoła lodowca do pływających przed nim stateczków można ocenić potęgę przyrody. Nazwa lodowca wzięła się od szwedzkich badaczy z uniwersytetu w Upsali, a mnie nie wiedzieć czemu kojarzyła się z “Potopem” Sienkiewicza Lodowiec Upsala charakteryzuje się dużą aktywnością w zakresie odrywania się odeń gór lodowych różnej wielkości, które mieliśmy okazję podziwiać dryfujące obok statków. Pogoda nam dopisywała i promienie słońca tworzyły z lodem, wodą i niebem wspaniałe widowisko.



Kolejnym lodowcem do którego dopłynęliśmy był lodowiec Pegazzini z najwyższym
czołem w parku. Ściana lodu sięga nawet 100 metrów wysokości i mieliśmy to
szczęście, że w czasie naszej obecności kawał lodu z wielkim hukiem oderwał
się od lodowca i wpadł do jeziora. Nic dziwnego, że woda tu taka zimna. Po
serii fotografii lodowca do którego podpłynęliśmy znacznie bliżej zawróciliśmy
w kierunku portu a po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na wycieczkę przez
dziki las do małej zatoki i po około godzinnym spacerze i pikniku wróciliśmy
na jezioro.
Jak juz wspominałem wcześniej nasz katamaran był najwolniejszy i dopiero około
19 dobiliśmy z powrotem do portu i nie zostało za dużo czasu na zobaczenie
Perito Moreno, najsłynniejszego patagońskiego lodowca. Najpierw musieliśmy
jeszcze do niego dojechać, a potem trzeba było oddać samochód w Calafate około
21. Krętą drogą z ograniczeniami do 30 jechaliśmy znacznie szybciej niż
powinniśmy by mieć choć chwilę przy lodowcu. Byliśmy pod lodowcem około
20. Nie udało się nam przejść całej trasy z kilkoma punktami widokowymi,
ale dotarliśmy do jednego z nich skąd rozpościerał się widok na przepiękny
lodowiec, do którego można podejść bez żadnych rejsów na wyciągnięcie ręki.
Żałowaliśmy, że nie mieliśmy całego dnia by spędzić go w tym pięknym
miejscu. Turyści najczęściej czekają na tarasach widokowych by obserwować
jak góry lodowe lub mniejsze fragmenty lodowca odrywają się głośno do
jeziora. O ile to prawda to Perito Moreno jest jedynym lodowcem na świecie, który
wciąż się powiększa. Nam udało się jedynie usłyszeć huk kiedy już
wracaliśmy do samochodu.
Do wypożyczalni dojechaliśmy około 21.30 i jeszcze musieliśmy zatankować i
zrobić zakupy prowiantu na jutrzejszą całodniową wycieczkę. Korzystając z
bardzo długiego dnia, sporo po 22 ale wciąż przed zmrokiem, poszliśmy
jeszcze do knajpy “Terra Bandita” gdzie za 32 peso mogliśmy jeść ze
szwedzkiego stołu ile dusza zapragnie. Jedzenie pyszne, głównie wołowina,
ale nie tylko – lokal godny polecenia

19.01.
Torres del Paine
Zapłaciliśmy 77 USD za vouchery na wycieczkę załatwione przez Martę i o dziwo punktualnie o 5.30 podjechał po nas autobus. Większość prowiantu musieliśmy zostawić w lodówce, gdyż okazało się, że Chile wprowadziło zakaz przewożenia jedzenia z Argentyny w obawie przed jakąś zarazą. Minibus pozbierał turystów z różnych pensjonatów i podjechaliśmy pod duży hotel, gdzie czekał na nas duży autobus do którego zmieściło się około 40 osób pochodzących z bardzo różnych zakątków naszej planety – Polacy, Holendrzy, Brazylijczycy, Austriak, Anglik, Japończyk, Argentyńczycy i Kanadyjczycy. Na granicy w szczerym polu poinformowano nas, że to jedyne miejsce gdzie można wymienić pieniądze na tej wycieczce, a będą one niezbędne do zakupu biletów do Parku Narodowego Torres del Paine będącego celem naszej wycieczki. 1USD – 450 peso chilijskich. Odprawa argentyńska odbyła się bez naszego udziału – przewodnik zabrał paszporty do celnika i tyle kłopotu, ale po stronie chilijskiej nie poszło już tak łatwo. Nasze bagaże zostały skrupulatnie przeszukane i dwie osoby zostały wpisane do jakiegoś rejestru przemytników – pierwsza za kilka marchewek, a druga za jedno jabłko. Oczywiście zakazany towar został skonfiskowany. Autokar był tragiczny. Najpierw zmarzliśmy bo nie było ogrzewania, potem cały kurz z szutrowej drogi leciał do środka. Jeden z uczestników napisał skargę i zebrał podpisy od wszystkich aby poskarżyć się do ministerstwa turystyki. Czas mijał nam szybko na dyskusji z Armando, mieszkającym koło Buenos Aires hodowcą bydła, który opowiadał nam co nieco o swoim kraju i wypisał miejsca godne zobaczenia w rejonach do których się jeszcze wybieraliśmy.

Wjechaliśmy do Torres del Paine od strony południowej, a widoki im bliżej
parku tym piękniejsze. Nie było tylko gdzie się zatrzymać by zrobić kilka
fotek. Przy wjeździe kupiliśmy bilety za 15000 peso chilijskich. Minęliśmy
Lago del Toro i po przejechaniu przez most nad Rio Paine pojechaliśmy wzdłuż
tej rzeki na północ do jeziora Pehoe. Tu według pierwotnych planów wyprawy
sprzed kilku miesięcy mieliśmy nocować, ale
niestety zrezygnowaliśmy z tych planów jeszcze w Polsce głównie z powodu
cen. Po zobaczeniu widoków
na okolicę bardzo żałowaliśmy. Widoki na skaliste wieże od których wzięła
się nazwa parku były niesamowite, szczególnie przy tak pięknej pogodzie.
Podobno pogoda nie zawsze tu dopisuje i sporo turystów narzeka, że widoki
kiepskie. My jednak mieliśmy to szczęście, że słońce towarzyszyło nam cały
dzień. Nazwa parku i rzeki – Paine w języku Mapuchów oznacza kolor niebieski i
rzeczywiście bardziej niebieskiego koloru niż miała woda w okolicznych
jeziorach trudno sobie wyobrazić.
Dłuższy postój mieliśmy obok wodospadu Salto Grande Rio Paine, do którego
doszliśmy po półgodzinnym spacerze. Była to jedyna okazja na rozprostowanie
kończyn w czasie tej wycieczki. Wodospad śliczny, ale daleko mu do wodospadów
Iguazu. Część uczestników wycieczki wysiadła na kolejnym postoju przy bazie
noclegowej z dłuższymi planami trekingowymi. Tak zwana trasa “W” pozwala na
bliższe obejrzenie
skalnych wież, ale potrzeba na to około pięciu dni. Pełny trekking dookoła
skał trwa około 12 dni.
Zatrzymaliśmy się jeszcze przy jeziorze Nordenskjol , które jest bardzo zimne
i według badaczy skandynawskich nie w nim żadnego życia. Nieco dalej spotkaliśmy
całe stado dzikich guanako i do tej pory nie wiem czy to rodzaj lamy czy też
inny gatunek. Dłuższa sesja fotograficzna wśród tych egzotycznych zwierząt
to już ostatni punkt wewnątrz parku.
Resztę
pieniędzy wydaliśmy na skromny prowiant na granicy i CD z muzyką chilijską.
Tuż przed północą dotarliśmy do El Calafate gdzie w nowym pokoju obejrzeliśmy
jeszcze wiadomości w TV i zapakowaliśmy się na dalszą podróż
20.01.
El Calafate – El Chalten
Zapasy na śniadanie mieliśmy jeszcze z poprzednich zakupów. Wynajęliśmy
samochód na kolejne dwa dni i około 10 pożegnaliśmy Alejandra i Martę. Drogą
dokoła jeziora a potem na północ mieliśmy do przejechania ponad 200 km
200 km
do El Chalten, gdzie dotarliśmy po godzinie 14 ponieważ poprzez bezludne
tereny patagońskie szutrowa droga była w tragicznym stanie. Trwają intensywne
prace nad budową asfaltowej drogi, która połączy El Calafate z El Chalten co
ułatwi turystom dojazd do patagońskiej stolicy wspinaczki. Całą drogę mieliśmy
piękny widok na masyw Fitz Roya i korzystając z pięknej pogody co chwilę
zatrzymywaliśmy się by zrobić kolejną fotkę. Około 14 byliśmy na miejscu
i po krótkim poszukiwaniu znaleźliśmy zarezerwowany wcześniej B&B
‘Notofagus’. El Chalten zostało założone w 1985 roku i widać, że jest
bodajże najmłodszym miastem w Argentynie. Powstało ono chyba głównie dla
turystów i większość jego mieszkańców z turystów żyje. Nocleg mieliśmy
znów bardzo luksusowy za 180 peso od pokoju. Od razu wybraliśmy się na wycieczkę w góry
na punkt widokowy by zobaczyć Cerro Torre, Fitz Roya i piękne okolice. Po około
1,5 godzinki doszliśmy na miejsce i mogliśmy podziwiać szczyty, lodowiec,
jeziorko i rzekę przepływającą w dole. O dziwo nikt nie czuł zbytniego zmęczenia
co pozytywnie nastrajało przed dłuższą wycieczką zaplanowaną nazajutrz.
Resztę dnia spędziliśmy już w miasteczku najpierw w barze przy piwku – 9
peso jasne i 10 peso ciemne – podobno własnej roboty. Ponieważ jedzenie w
barze nikomu nie smakowało musieliśmy znaleźć kolejny lokal by zjeść
kolację. Na szczęście jest tu kilka knajpek i w jednej z nich ponownie zamówiliśmy
jagnięcinę. Pospacerowaliśmy po mocno rozkopanych ulicach w centrum
miasteczka i lekko rozespani po kilku piwkach wszyscy smacznie zasnęli.
|
|
Po skromnym śniadaniu w naszym B&B poszliśmy na zakupy. Kupiliśmy wodę i bagietki. W miasteczku widoki jak na Dzikim Zachodzie. Tumany kurzu na rozkopanych ulicach. Pojechaliśmy w okolice kempingu Madsen. Zostawiliśmy tam samochód i ruszyliśmy w góry na całodniową wycieczkę której celem miał być Fitz Roy. No może nie do końca sam wierzchołek, ale przynajmniej ciekawe punkty widokowe na tę górę będącą marzeniem wielu wspinających się. Trasa wiodła początkowo przez dość mocno zniszczony las. Pogoda była kiepska. Obawialiśmy się nawet, że będzie padać, ale od zachodu wiało dość mocno, a nad górami było widać błękitne niebo. Po około godzinie lekkiego podejścia doszliśmy do pięknego punktu widokowego. Widoki na Fitz Roy’a miały nam towarzyszyć przez cały dzień, ale tu pierwszy raz mogliśmy ocenić jego majestat. Wiatr był na tyle silny, że porwał mi czapkę, ale udało mi się ją strącić kamieniem z drzewa. Podziwiając widoki weszliśmy w szeroką dolinę idąc wzdłuż rzeki i pokonując dwukrotnie drewniane mosty. Po trzech godzinach od startu doszliśmy do kempingu dla wspinaczy i tu napełniliśmy żołądki opróżniając plecaki. Dalej minęliśmy napisy informujące o wzrastającej trudności szlaku. Na tablicy widniał napis, że powinniśmy mieć porządne buty i doświadczenie we wspinaczce. Była też informacja, że do celu wycieczki – jeziora Los Tres u podnóża Fitz Roya będziemy szli około godziny.
Podejście było dość ostre (500 metrów różnicy wysokości) ale do przeżycia. Tomek wprawdzie umierał trzy razy ale widok mijających go staruszków z USA podziałał mobilizująco i w komplecie dotarliśmy do mety. Mijaliśmy nawet dość sporo turystów. Niebo przejaśniło się i w słońcu mogliśmy podziwiać przecudne widoki. Pionową skałę Fitz Roya, lodowce dookoła i lazurowe jezioro. Wspiąłem się jeszcze odrobinę na pobliskie wzgórze, skąd widok był jeszcze ciekawszy. Po lewej stronie pojawiło się położone znacznie niżej drugie jezioro, jeszcze piękniejsze od pierwszego, a połączone z nim niewielkim wodospadem. Co ciekawe woda w jeziorach miała różne kolory. Znaleźli się zapaleńcy którzy zażywali kąpieli w lodowatej wodzie górskiego jeziora, ale dla nas było za chłodno. Dopiero po powrocie sprawdziłem wysokość na jaką weszliśmy i nieco rozczarowały mnie dane przy szlaku. Weszliśmy z 400 metrów n.p.m. na około 1150. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że widoczna przed nami skała szczytu nazywanego przez miejscowych Chalten wznosi się nad jeziorem jeszcze ponad 2000 metrów. Nie dziwi więc, że jest jednym z trudniejszych do zdobycia szczytów w Andach. Nam wystarczyła wspinaczka do jeziora. Po dłuższym odpoczynku trzeba było pokonać te samą drogę w dół. Nie było z tym większych problemów. Wróciliśmy do El Chalten na 20.00 i dość długo zabalowaliśmy przy argentyńskim winie grając w Boomtown.
|
|
22.01 El Chalten – El
Calafate – Barriloche
Po wczorajszej „rozgrywce” wszystkich bolała głowa, a mnie chyba najbardziej. Na szczęście Tomek był w stanie prowadzić samochód ze śpiącą załogą. Mieliśmy do przejechania ponad 200km z powrotem do El Calafate po bezdrożach Patagonii. Wyruszyliśmy przed świtem, ale jakoś nikt nie pamięta wschodu słońca. Około 9 rano byliśmy na miejscu i musieliśmy oddać wypożyczony samochód. Z powodu ogromnych kolejek na stacji benzynowej nie udało się nam zatankować i zapłaciliśmy jeszcze w wypożyczalni 30 peso za podwiezienie i 120 za zużyte paliwo. Na lotnisku było sporo turystów i w większości spotykaliśmy te same twarze, które widzieliśmy w ciągu kilku dni spędzonych w Patagonii. Musieliśmy jeszcze zapłacić podatek lotniskowy 18 peso od osoby. Zapakowaliśmy się do samolotu i na szczęście miałem miejsce przy oknie po lewej stronie z widokiem na Andy przez cały półtoragodzinny lot. A było co oglądać. Najpierw Lago Argentino z El Calafate. Potem przyszła pora na lodowce Perito Moreno, Pegazzini , Upsala. Z okien samolotu dopiero widać ich ogrom. Widzieliśmy również El Chalten z Fitz Royem i jeziorkami przy których byliśmy jeszcze wczoraj. Andy z lotu ptaka są bardzo fotogeniczne. Wylądowaliśmy w Barriloche i tu klimat już całkiem inny. Temperatura sporo powyżej 25 stopni. Nie ma tu autobusów łączących lotnisko z miastem, więc wzięliśmy taksówkę. Stawka za transport była stała - około 5 dolarów. Dojechaliśmy do informacji turystycznej, w której trzeba było odczekać w kolejce turystów, głównie argentyńskich. Lake District, którego Barriloche jest stolicą to bardzo popularny cel turystycznych wyjazdów zarówno latem jak i zimą. Dostaliśmy dokładny plan miasteczka, mapę okolicy, a nawet wykaz noclegów z zaznaczonymi wszystkimi, które mają wolne miejsca. Postanowiliśmy ponownie zaszaleć i wynająć sobie domek z widokiem na jezioro, co nie było wcale takie proste. Tylko kilka z domków miało wolne miejsca pomimo moim zdaniem bardzo wysokich cen (200-300peso) Wzięliśmy taksówkę i jeździliśmy od domku do domku. Im tańsze tym gorszy standard. W czwartym z kolei - Cabana Capurro wreszcie znaleźliśmy wolne miejsca z dwoma sypialniami na piętrze i salonem z kuchnią na parterze. Z okna piękny widok na jezioro. Zostawiliśmy bagaże w hotelu i autobusem miejskim z przystanku obok naszego szeregowca pojechaliśmy do centrum. Wszyscy byli głodni jak wilcy i chcieliśmy najpierw wejść do japońskiej knajpy gdzie płaci się raz i je do woli, ale jak większość lokali była jeszcze zamknięta do 20.00. Poszliśmy więc do restauracji austriackiej Familia Weiss. Jedzenie drogie ok. 30 peso za porcję, ale dania dość duże i smaczne – ja jadłem dzika na słodko. Popiliśmy piwa i zjedliśmy nawet ogromne desery. Pospacerowaliśmy jeszcze po mieście i w jednej z agencji zarezerwowaliśmy na jutro rafting dla męskiej części wyprawy po 230 peso i wycieczkę wierzchem dla małżonek po 180 peso. Musieliśmy zapłacić zaliczkę ale umówiliśmy się, że odbiorą nas z hotelu o poranku.
23.01 Lake District – rafting
Czekaliśmy dość długo na przyjazd naszego minibusa. Przyjechał z prawie godzinnym opóźnieniem. W międzyczasie dziewczyny odwołały swoją wycieczkę z powodu problemów żołądkowych Kasi. Gosia była tak miła, że zgodziła się zaopiekować chorą, a my mogliśmy sprawdzić nasze siły na „rwącej” rzece Rio Manso ku granicy z Chile. Najpierw jednak trzeba było tam dojechać kilkadziesiąt kilometrów na południe od Barriloche. Cała ekipa zmieściła się do trzech minibusów. Po drodze nawiązaliśmy kilka międzynarodowych znajomości. Obok mnie siedziała Viviana, która jechała do Ushuaia tylko jeszcze nie wiedziała jak i którędy. Zbierała wszystkie informacje od pasażerów co warto zobaczyć w Patagonii. Poopowiadaliśmy jej o naszych wycieczkach, a w zamian dostaliśmy telefon i email do przyjaciela w Buenos Aires dysponującego noclegami po przystępnych cenach. Na razie jednak jechaliśmy mijając piękne jeziora drogą nr 40 na południe a potem juz trochę gorszą szutrową, ale wśród jeszcze piękniejszych krajobrazów doliną rzeki Manso, która mieliśmy płynąć. Miałem nadzieję, że moja pierwsza przygoda z raftingiem będzie dość emocjonująca. W biurze mówili o trudności 3-4 w pięciostopniowej skali. Po dotarciu do bazy dostaliśmy skromne śniadanko. Potem ubraliśmy piankowe kombinezony w rozmiarach mniej więcej odpowiadających uczestnikom. Pontony zostały napompowane i podjechaliśmy bliżej rzeki, gdzie dostaliśmy kurtki, kamizelki i kaski. Wyglądaliśmy nieco śmiesznie, ponieważ kombinezony były z reguły albo za małe albo za duże. Przed wyruszeniem w rejs odbyliśmy jeszcze krótki kurs reagowania na komendy sternika. Jedna załoga była międzynarodowa i miała sternika krzyczącego po angielsku ale my trafiliśmy do hiszpańskojęzycznej i nauczyliśmy się komend po hiszpańsku Zapakowaliśmy się na pontony na każdy po 8 osób plus sternik. Woda była dość chłodna, ale pianki zabezpieczały nas przed zmarznięciem, a dodatkowo zagrzewaliśmy się wiosłowaniem. Rzeka niestety okazała się być bardziej „trójką” niż „czwórką” ale i tak trochę emocji było zwłaszcza jak na pierwszy raz. Na kilku przełomach zgubiliśmy nawet cześć załogi siedzącą na dziobie a w najtrudniejszym miejscu wypadł sam kapitan Na szczęście wszyscy dopłynęli cali i zdrowi do granicy z Chile i przebieraliśmy się na brzegu juz w „strefie niczyjej”. Busami wróciliśmy do bazy gdzie czekały na nas pyszne sałatki i wyśmienita cielęcina z grilla. Dawno tyle nie zjadłem, ale po lekkim wzroście poziomu adrenaliny apetyt mieliśmy wszyscy większy. Poznaliśmy jeszcze podróżujących po Ameryce Południowej Kanadyjczyków polskiego pochodzenia. Niestety po polsku nie mówili już wcale. Wróciliśmy nieco inną drogą na kwaterę, gdzie czekały na nas dziewczyny. Obie zdrowe i po zakupach w centrum miasta.
24.01 Lake
District
Po późnej pobudce
wybraliśmy się do centrum by zorganizować samochód na następne kilka dni.
Okazało się, że to nie takie proste. Wypożyczalni wprawdzie dużo, ale albo
bardzo drogie, albo bez wolnych samochodów. W końcu w jednej z mniejszych wypożyczalni
"Barriloche" znaleźliśmy Fiata Sienę na cztery dni za 1000 peso. Na szczęście
miał duży bagażnik. Przed wyjazdem na zwiedzanie okolicy popełniliśmy duży
błąd - poszliśmy na lunch do japońskiej jadłodajni. Zapłaciwszy po 30 peso
mogliśmy jeść do woli. Chcieliśmy spróbować wszystkiego, ale okazało się
to niemożliwe. Po dwóch wycieczkach dookoła szwedzkiego stołu nasze żołądki
odmówiły dalszej współpracy. Ledwo doszliśmy do samochodu i po krótkiej
wizycie na kwaterze ruszyliśmy w kierunku Parku Llao Llao. Wszystkim w głowie
było spanie a nie zwiedzanie. Niestety jako kierowca byłem jedynym, który nie
spał. Wyruszyliśmy na trasę zwaną „Circuito Chico”. Najpierw
podjechaliśmy piaskową drogą na mało uczęszczaną plażę na końcu
półwyspu, ale tylko ja popływałem w bardzo orzeźwiającej wodzie. Po
przejechaniu nieco dalej zrobiliśmy sobie wycieczkę przez bambusowy las mijając
miejscami bardzo stare, wysokie drzewa do „Rzymskiego mostu”.
Atrakcja zbudowana na cześć pionierów w 1937 zdecydowanie nie była najciekawszym miejscem
na naszej wyprawie. Dobrze, że chociaż ptaszki pięknie śpiewały w czasie
naszego spaceru. Dalej pojechaliśmy trasą na punkt widokowy skąd pięknie
widać jezioro Nahuel Huapi. Minęliśmy Bahia
Lopez i po wyjechaniu z parku przejechaliśmy przez Colonia Suisa, która też
nie zrobiła na nas rewelacyjnego wrażenia. Może nasze oczekiwania były zbyt
duże. Dalej zboczyliśmy z głównej trasy i wzdłuż jeziora na wschód
pokonawszy most, który na szczęście wytrzymał nasz ciężar, choć nie wyglądał
zbyt bezpiecznie przejechaliśmy spory kawałek drogą szutrową. Powróciwszy
na asfalt serpentynami dojechaliśmy do miejscowego kurortu narciarskiego Villa
Catedral. Ośrodek niczym nie ustępuje infrastrukturą alpejskim. W centrum
ogromny parking, dookoła przygotowane trasy z mnóstwem wyciągów. Latem
jednak dość tu pusto. Na szczęście knajpka z lodami była otwarta. W ten sposób minął nam cały dzień i po powrocie do
Barriloche wieczorek spędziliśmy grając tradycyjnie w karty.
|
|
25.01 Barriloche
– Villa la Angostura
Pomimo planów wczesnego wyjazdu pakowaliśmy się dość powoli. Około 10 podjechaliśmy do centrum, gdzie najpierw odwiedziliśmy agencję celem obejrzenia zdjęć z raftingu. Wybraliśmy kilka i na miejscu nagrali nam je na płytkę. Płaci się za sztukę, ale w cenie kilku zdjęć dostaliśmy kilkadziesiąt zdjęć okolicy gdzie płynęliśmy. Po krótkiej wizycie na kawie pojechaliśmy dookoła jeziora Nahuel Huapi w kierunku północnym. Na rogatkach zostaliśmy bardzo dokładnie skontrolowani przez policję. Sprawdzali nie tylko nasze dokumenty, ale również samochód i bagaże. Nawet pies dokładnie sprawdzał cały samochód. Narkotyków nie mieliśmy więc puścili nas wolno. Pogoda była piękna a widoki prześliczne. Po przejechaniu około 100 km dojechaliśmy do Villa la Angostura odwiedziliśmy najpierw informację turystyczną. Miny nam zrzedły gdy dowiedzieliśmy się ile kosztują noclegi. Zaproponowano nam domki po 370 peso. Miałem już zamiar jechać do Chile nad Pacyfik, ale nie wzięliśmy upoważnienia z agencji aby przekroczyć granicę. Zadzwoniliśmy tam i okazało się że dostaniemy dokumenty od ręki ale trzeba by wrócić 100 km. W trakcie rozmowy zaczepił nas starszy jegomość i zapytał czy nie szukamy noclegu. Dał nam wizytówkę i zaproponował willę za miasteczkiem za 250 peso. Musieliśmy się wrócić około 6 km na południe. Zapytaliśmy się jeszcze w kilku miejscach, ale nigdzie nie było miejsc. Z małymi problemami pytając tubylców znaleźliśmy willę z wizytówki i po obejrzeniu wnętrza i ogrodu, bez zastanawiania się postanowiliśmy zostać tu 3 następne noce. Mieliśmy nawet grill ogrodowy do dyspozycji. Oboje gospodarze mieszkający w domku obok byli bardzo mili, nie było jednak czasu na dłuższe konwersację – wszyscy znów byli głodni.
![]() |
|
Po drodze do miasteczka wjechaliśmy jeszcze pod Cerro Bayo, gdzie zamówiliśmy przejażdżkę konną na wieczór. Wracając z punktów widokowych mieliśmy możliwość obejrzenia burzy nad Andami, ale chyba po stronie chilijskiej. Mieliśmy nadzieję, że pogoda nie zepsuje się do wieczora. W Villa la Angostura podobnie jak wszędzie w Argentynie restauracje po południu są pozamykane. Jedynie bar w centrum był otwarty. Mieli na szczęście sztuki mięsa, sałatki i piwo. Wróciliśmy na Cerro Bayo, gdzie znajduje się okoliczny ośrodek narciarski czynny jednak o innej porze roku. Konie czekały już na nas. Nie było więcej chętnych, więc wspólnie z dwoma przewodnikami po zapłaceniu 100 peso od głowy, wyruszyliśmy konno w góry. Dla mnie i Tomka była to jeździecka premiera. Konie mają tu mniejsze, a uprzęże i siodła całkiem inne niż w Europie. Mnie trafił się największy rumak ale całkiem spokojny jak i pozostałe. Konie szły gęsiego wśród ogromnych, starych drzew ścieżką, która według naszych przewodników spacerują tylko dzikie zwierzęta i ich konne „cabalgady”. Podobno sami musieli przygotować trasę by była przejezdna. A nie była wcale łatwa. Jechaliśmy wzdłuż Rio Bonito płynącej w dolinie, a potem pokonując kilka stromizn w górę i w dół doszliśmy do Rio Uhenka. Tu konie dostały chwilę odpoczynku, przewodnicy - ojciec z synem napili się wody prosto z rzeki i po krótkiej dyskusji o okolicy i różnicach między końmi w Europie i w Argentynie kolejną godzinkę przejechaliśmy tą samą trasą w drugą stronę. Dziewczyny były zachwycone a szef pozwolił im nawet pogalopować co mu się zdarzyło podobno po raz pierwszy od kiedy ma ten konny interes. Mnie jednak już nie za bardzo pozwalał przyspieszać i kiedy zacząłem kłusować zaczął za mną wołać „tranquilo, tranquilo!!!” czyli „spokojnie, spokojnie”. Nie wiem czy wołał na mnie czy na konia ale zwolniłem nieco bo upadek mógłby się skończyć nieprzyjemnie. Z lekko obolałymi pośladkami wróciliśmy do miasteczka, ale knajpy otwierali dopiero o 21.30. Zrobiliśmy więc zakupy spożywczo – piwne i kolację zjedliśmy już w naszej willi. Udało się nam z Tomkiem w nocy po raz pierwszy i ostatni na tej wycieczce obejrzeć Krzyż Południa, a przynajmniej tak nam się wydaje...
|
|
|
26.01 Park narodowy Arrayanes
Dziś w programie piesza wycieczka do parku Los Arrayanes National Park znajdującego się na półwyspie Quetrihué i zajmującego ponad 17 km kwadratowych powierzchni. Parking znajdujący się 3 km na południe od Villa la Angostura był o poranku jeszcze pusty. Zapłaciliśmy za wstęp po 20 peso od osoby i ruszyliśmy na długi spacer wzdłuż półwyspu 12 km w jedną stronę. Nie wiem czemu ale zrozumiałem w informacji turystycznej, że będziemy oglądać jeden z dwóch na świecie lasów araukariowych. Okazało się jednak, że rosną tu inne, bardzo rzadkie drzewa arrayan (Luma apiculata) w niczym nie przypominające araukarii. Nie potrafiłem nawet znaleźć polskiej nazwy tych ciekawych drzew z pniem koloru cynamonowego. Podobno drugi taki las był w Japonii w Hiroszimie ale Amerykanie w 1945 postarali się by Argentyna miała wyłączność. Trzeba przejść całe 12 kilometrów, gdyż właściwy rezerwat znajduje się na samym końcu półwyspu. Dużo z drzew ma około 300 lat a pojedyncze nawet do 600. Byliśmy twardzi wędrując do celu bez pośpiechu pod górkę i z górki około 3 godzin. Dla leniów przewidziano opcję wygodniejszą - rejs statkiem od bram parku za 40 lub 50 peso. Można też przejechać trasę rowerem wypożyczonym w miasteczku. Podobno całkiem sporo tu drobnej zwierzyny, ale chyba się nas bała, gdyż widzieliśmy tylko nieliczne ptaki i owady. Szliśmy na szczęście głównie w cieniu drzew co biorąc pod uwagę porę dnia i świecące słońce ułatwiało marsz i podziwianie widoków na jezioro Nahuel Huapi.. Na końcu półwyspu znajduje się drewniana ścieżka umożliwiająca ochronę gleby i korzeni tych bardzo wrażliwych drzew przed turystami, a jednocześnie obejrzenie ich z bardzo bliska. Spacer drewnianym deptakiem trwał dodatkowo pół godziny i potem usiedliśmy przed drewnianą nieco kiczowatą knajpą celem spożycia prowiantu. Czekała nas jeszcze droga powrotna, którą o dziwo pokonaliśmy odrobinę szybciej ale i tak wróciliśmy dopiero między 17 a 18. Planowaliśmy jeszcze kąpiel w jeziorze ale jako, że Nahuel Huapi jest ogromne to i woda w nim zimna. Przejechaliśmy więc w kierunku granicy z Chile i znaleźliśmy pełną ludzi plażę nad znacznie mniejszym jeziorem Correntoso. Woda rześka ale dało się wejść i po całodniowym marszu wszyscy z przyjemnością popluskaliśmy się do zachodu słońca.
27.01 San Martin de los Andes, Cerro Chapelco
Niedzielna wycieczka powiodła nas z Villa la Angostura na północ drogą krajowa numer 234 po której przejechaliśmy około 60 km głównie po tragicznym szutrze. Większość uczestników smacznie spała, a ja straszyłem lokalne sępy siedzące przy drodze i zajadające resztki królika. Droga numer 234 nosi nazwę Drogi Siedmiu Jezior gdyż mija się piękne jeziora, nad którymi o świcie unosiły się poranne mgły. Na szczęście dla nas droga była pusta i poruszając się średnio z prędkością 40km/h przemieszczaliśmy się w kierunku San Martin de los Andes. Po przejechaniu po sporym moście droga znacznie poprawiła się i towarzysze podróży przebudzili się o poranku. Zatrzymywaliśmy się od czasu do czasu na „miradorach” celem fotografii i podziwiania okolic. Dojechaliśmy do celu około 11 po trzech godzinach jazdy. Miasteczko było dość puste i bez problemu znaleźliśmy informację turystyczną gdzie wybili nam z głowy dłuższe wycieczki po okolicznym parku narodowym jako, że większość z nich wymagało kilku godzin jazdy samochodem. Oceniliśmy że na dojazd do dziewiczej dżungli albo pod wulkan Lanin czasu nie mamy.
Postanowiliśmy zatem odwiedzić okoliczne centrum narciarskie pod Cerro Chapelco z którego roztaczają się piękne widoki. Narciarzy latem nie było, ale kolejki na szczyt działały. Za 25 peso z dwoma przesiadkami wyjechaliśmy na wysokość około 2000m npm. Za 85 peso można było też wykupić bilet na atrakcje łączone – obejmujący kilka wyjazdów, jazdę na koniu, zjazd na torze saneczkowym, strzelanie z łuku, zjazd na linie czy wypożyczenie roweru. Jedyny problem to trzeba mieć przynajmniej cały dzień na te wszystkie atrakcje. Wjechaliśmy na górę i spacerując po śniegu i graniach podziwialiśmy okoliczne góry. Wulkan Lanin na horyzoncie był mocno spowity chmurami, ale można było go dojrzeć. Znacznie lepiej były widoczne wulkany po stronie chilijskiej. Po sporej dozie górskiego powietrza wróciliśmy do San Martin, gdzie nie było wcale łatwo znaleźć otwartej knajpy. Po długich poszukiwaniach udało się nam zasiąść w barze piwnym otwartym 24h na dobę i tu zamówiliśmy obiady. Menu było krótkie ale jedzenie okazało się być pyszne i super podane przez kucharza artystę. Po obiedzie i kawie w barze Hawana mieliśmy plany kąpieli w pobliskim jeziorze. Drastycznie zweryfikowała je pogoda. Ulewny deszcz towarzyszył nam przez większość podróży powrotnej na kwaterę. Dopiero po minięciu małej przełęczy deszcz tak szybko jak się zaczął tak się i skończył. Wróciliśmy wcześniej niż planowaliśmy więc wieczór ponownie upłynął nam na graniu w Boomtown i pakowaniu przed jutrzejszą podróżą na lotnisko.
| |
8.01 Barriloche - Buenos Aires
Po zapłaceniu 750 peso za 4 dni w luksusowej willi, nie spiesząc się zbytnio wróciliśmy do Barriloche prosto na lotnisko, gdzie umówiliśmy się na zwrot samochodu. Nie było naszej agencji na lotnisku ale pracownik przyjechał do nas by odebrać samochód. Nie miał żadnych zastrzeżeń do stanu auta a i paliwa nalaliśmy do pełna. Nadaliśmy nasze bagaże i grzecznie czekaliśmy na samolot. Przelot trwał niecałe dwie godziny i wylądowaliśmy ponownie w Buenos Aires, gdzie odebraliśmy nasze bagaże zostawione przed wyjazdem do Patagonii. Przechowalnia kosztowała nas 144 peso. Zadzwoniliśmy do Omara, polecanego przez dziewczynę z raftingu, z którym już kontaktowaliśmy się mailowo i umówiliśmy się na 18. Poszukaliśmy jak największej taksówki i zapakowawszy nasze wszystkie bagaże do renault Kangoo pojechaliśmy na kwaterę. Taksówka kosztowała 16 peso pod drzwi. Omar pokazał nam swoje dość specyficzne mieszkanie i my wylosowaliśmy sporą jedynkę na piętrze a Gosia z Tomkiem dwójkę na dole. Widać było, że porządek w domu to nie najważniejszy element życia Omara, ale tragicznie nie było. Wieczorem poszliśmy obejrzeć okoliczne dzielnice Villa Crespa i Palermo. Doszliśmy do Avenida Cordoba, bodajże najdłuższej ulicy w Buenos z mnóstwem sklepów oglądanych przez nasze dziewczyny. Kiedy żołądki zażądały pokarmu zaczęliśmy szukać knajpki, ale znów większość lokali była zamknięta i dopiero w małym chińskim barze zjedliśmy chiński tłusty fast food, ale nikt nie narzekał – tanio, dużo i mieli piwo. Po powrocie na kwaterę poznaliśmy jeszcze stałą lokatorkę Omara – Alicję – młodą Paragwajkę, która podobno uczy się i pracuje w argentyńskiej stolicy szukając swej szansy na lepsze życie.
9.01 Buenos Aires
Dostaliśmy od gospodarza poglądową mapę miasta i tradycyjnie prowadzeni przez głód szukaliśmy knajpy by spożyć śniadanie. Na ulicy Corientes dziewczyny znalazły bar gdzie pojedliśmy rogalików z lokalną kawą. Tuż obok była stacja metra i linią czerwoną dojechaliśmy do samego końca przy porcie. Zwiedzanie zaczęliśmy od ulicy deptaku Florida, gdzie mieści się mnóstwo galerii sklepowych. Wchodziliśmy do większości sklepów ale książki z ptakami Argentyny nie znaleźliśmy. Kupiliśmy za to lokalną muzykę na CD. W informacji turystycznej za dużo nam nie pomogli w organizacji zwiedzania. Dostaliśmy tylko trochę ulotek ale plan na najbliższe dnie musieliśmy ułożyć samodzielnie. Na dziś wymyśliliśmy długi spacer do dzielnicy San Telmo. Musieliśmy przekroczyć niewidzialną granicę po minięciu dość głośnej ulicznej demonstracji luksusowe i eleganckie budynki przy ulicy Florida zostały zastąpione przez mocno nadwyrężone przez historię rozpadające się miejscami kamienice przy ulicy Peru. Sama dzielnica San Telmo to też stare domy ze sklepami handlującymi pamiątkami dla turystów. Na głównym placu nie było porządnej knajpy, ale trafiliśmy do miłego baru San Telmo gdzie każdy zamówił pyszna sztukę mięsa i piwo co znacznie poprawiło wszystkim humory i dodało energii.
|
|
|
Wszyscy zaakceptowali pomysł dalszego spaceru do La Boca. Minęliśmy mały park z zielonymi papużkami nierozłączkami. Nie było problemów z orientacja gdyż stadion Boca Juniors widzieliśmy z daleka. La Boca to kolejna turystyczna dzielnica Buenos z naszykowana dla turystów uliczka Camenito. Wszystkie blaszane domy są to pomalowane na bardzo jaskrawe kolory. Historycznie to jedna z najstarszych części miasta. Mnóstwo tu zwiedzających przywożonych przez autobusy turystyczne. By mieć pokaz tanga argentyńskiego z głowy usiedliśmy w jednym z barów gdzie z 2 kawy i trzy wody zapłaciliśmy 45 peso. Gosia z Tomkiem załapali się jeszcze na pamiątkowe zdjęcie z tańczącymi artystami. Pospacerowaliśmy chwilę po śmierdzącym porcie i taksówką za 15 peso wróciliśmy do centrum ulicą Kolumba. Trafiliśmy do portu promowego wyglądającego jak lotnisko i zakupiliśmy bilety na wycieczkę promem do Urugwaju za 180 peso na wodolot, tańsze promowe kosztują 159 peso od sztuki. Nie było biletów na jutro więc zmieniając plany kupiliśmy bilety na czwartek. Cały dzień minął nam na chodzeniu i bardzo powoli zaczynało zmierzchać. Postanowiliśmy jeszcze pieszo iść w kierunku naszej kwatery oglądając kolejne atrakcje. Najpierw minęliśmy najszerszą bodajże w Buenos ulicę 9 lipca z ogromnym obeliskiem na środku. Droga była tak szeroka, że przechodzi się ja na cztery razy na światłach. Armando nie odbierał telefonu i perspektywa grilla na podmiejskim ranczu oddalała się. Obejrzeliśmy sąd, nieczynny teatr, zajrzeliśmy do kolejnej księgarni by w końcu zdecydować się na dalszą podróż metrem – pojedynczy bilet to 0,9 peso. Wysiedliśmy na Plaza Italia w Palermo Soho i gonieni przez ciemne chmury zaczęliśmy szukać knajp. W lepszych trzeba mieć rezerwację, więc zarezerwowaliśmy kolacje na jutro w najbardziej obleganej a udało się nam znaleźć ostatnie miejsce w ogromnej i nieco mniej wykwintnej, ale pełnej tubylców knajpy ?Sortis?. Jedzenie bardzo zróżnicowane i pyszne – kurczak po libańsku, sałatka z bakłażanów, jagnięcina w jogurcie i pyszne desery. Na zewnątrz szalała burza a my przez dwie godziny delektowaliśmy się jedzeniem i lokalnym winem. Z trudem wróciliśmy do kwatery, która na szczęście nie była zbyt daleko.
30.01 Buenos Aires
Zachmurzone niebo zniechęciło nas do wycieczki do Tigre. Wybraliśmy się więc ponownie na miasto. Tym razem poszliśmy na północ ulicą Thames idąc w kierunku centrum Palermo zaglądając do sklepików po drodze. Pierwszym celem wycieczki dziś było Muzeum Sztuki Latynoamerykańskiej. Gosia zachęciła nas do zajrzenia głównie z powodu obrazów Fridy Callo. Mieliśmy trochę szczęścia, gdyż okazało się, że w środy wstęp jest darmowy a normalnie kosztuje 12 peso. Współczesna sztuka latynoamerykańska mało do mnie dociera i najciekawszym miejsce w muzeum jak dla mnie był sklep z książkami o sztuce. Autoportret Fridy z papugą jak i inne eksponaty dwudziestowiecznych artystów nie wzbudziły we mnie żadnych emocji. Wszyscy po pół godzinie obcowania ze sztuką zapragnęli świeżego powietrza.
Tradycyjnie wycieczka zgłodniała i spacerując po licznych w tej części miasta parkach doszliśmy w okolicę Recollety. Obejrzeliśmy słynny cmentarz i Iglesia de Nuestra Señora del Pilar i trafiliśmy ponownie do knajpy ‘zjedz ile dasz radę’. Po zapłaceniu 18 peso za jedzenie plus 3 za obsługę znów jedliśmy. Cała ta wycieczka po Ameryce Południowej powoli zaczynała wyglądać na wycieczkę od knajpy do knajpy. Kolejna dzielnica po której spacerowaliśmy to Barrio Norte z dużą społecznością żydowską – sporo widać było synagog jak i charakterystycznie wyglądających wszędobylskich Żydów z pejsami i w jarmułkach. Zajrzeliśmy też do ogromnej księgarni Ateneum mieszczącej się w dawnym teatrze, ale i tu nie mieli poszukiwanej przez Kasię książki o ptakach. Tomek stwierdził, że w życiu tyle nie chodził jak na tych wczasach. Kontynuowaliśmy spacer już w kierunku kwatery. Obejrzeliśmy pałac Wód Bieżących i mieszczący się obok tragicznie wyglądający Uniwersytet Medyczny. Dzień zakończyliśmy na zakupach dla dzieciaków w okolicach kwatery. Przełożyliśmy kolację w restauracji na piątek gdyż nikt nie miał sił na kolejne ‘wielkie żarcie’. Za to na kwaterze Omar zorganizował imprezę dla kilku swoich koleżanek, które większą część wieczoru jeździły po domu na wrotkach.
|
|
1.01 Colonia del Sacramento
Wcześnie rano dojechaliśmy metrem do portu i po szybkim śniadaniu na mieście jak na lotnisku stanęliśmy w kolejkach do odprawy promowej. Mnóstwo Argentyńczyków jeździ do Urugwaju na wczasy. My także postanowiliśmy przynajmniej zobaczyć kawałek tego niedużego kraju – miasteczko Colonia del Sacramento umieszczone na liście World Heritage Site UNESCO. Rejs trwał godzinę a przez La Platę płynie się jak po morzu – nie widać brzegu a fale mocno kołyszą statkiem. Na miejscu byliśmy około 11. Miasteczko było zaskakująco nieduże i wszędzie można było dojść piechotą. Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej, gdzie dostaliśmy mapkę okolic z zaznaczonymi ważnymi punktami. Colonia to jedno ze spokojniejszych miasteczek jakie w życiu widziałem. Prawie nie ma tu ruchu na drogach, a samochody jak na Kubie maja już swoje lata. Od czasu do czasu przejechał autobus, albo mijał nas zabłąkany turysta. Z informacji główną drogą doszliśmy do brzegów La Platy oglądając wiekowe umocnienia. Nie było problemu wymienić pieniędzy w banku ale chyba wymieniłem za dużo – 1 $= 20, 1 € = 30 a 1£ = 40 peso urugwajskich. Kuchnia urugwajska przynajmniej w knajpie do której zajrzeliśmy okazała się być nieco gorsza od argentyńskiej. Wołowina nie do przeżucia ale na szczęście sałatki całkiem niezłe – za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy 500 peso. Obejrzeliśmy ruiny latarni i konwentu św. Franciszka, najstarszą w Urugwaju świątynię Iglesia Matriz z XVII wieku i osiemnastowieczne domy portugalskie. Wiele uliczek jest wybrukowana oryginalnym trzystuletnim portugalskim brukiem. Mieszka tu podobno 20000 ludzi, a kiedyś miasto rywalizowało o prymat w zatoce z Buenos Aires. Historia obu miast potoczyła się jednak innymi torami i o Colonii świat nieco zapomniał. Zwiedziliśmy wszystkie sklepy z pamiątkami i zrobiło się niemiłosiernie gorąco. Poszliśmy wiec na lody. Zjadłem największe lody w życiu z bitą śmietana i owocami. Za bardzo nie było co robić cały dzień w małym miasteczku, więc popołudnie spędziliśmy popijając piwko w bardzo miłej knajpce grając w karty i czekając na prom. Dzień minął i do Buenos wróciliśmy po zmroku. Trzeba tu bardzo uważać na taksówkarzy. Odeszliśmy odrobinę dalej od portu i cena za taxi do domu spadla trzykrotnie.
1.02 Buenos Aires - Tigre
Zajrzeliśmy do kafelki internetowej ( 1 godzina – 3
peso ) i sprawdziliśmy repertuar kinowy. W Palermo znaleźliśmy kino, w którym
akurat grano film „ Gigantes de Valdes ”. Półwysep Valdes znajdujący
się w Patagonii słynie z arktycznej fauny pomimo położenia dość daleko na
północ. My zrezygnowaliśmy z niego w naszych planach z powodu pory roku. W
styczniu wieloryby, które są tu główną atrakcją, odpływają już w
kierunku Antarktydy. Ponieważ nie mieliśmy okazji odwiedzić tego przepięknego
miejsca, postanowiliśmy zobaczyć przynajmniej na ekranie kinowym to, co
straciliśmy. Film nie był o dziwo filmem przyrodniczym, ale fabularnym
dramatem, którego bohater pojawił się w Puerto Piramides o odpowiedniej porze
roku.
Fabuła dość południowo amerykańska, ale zdjęcia przepiękne. Surowa
przyroda, wieloryby na wyciągniecie ręki, stada pingwinów
na plażach, wylegujące się lwy morskie, nurkowanie wśród pływających fok
to tylko część obrazów, które sprawiły, że umieściliśmy ten zakątek świata
w naszych bliżej nieokreślonych czasowo planach podróżniczych. Według
przewodników trzeba tam pojechać między wrześniem a grudniem. Mieliśmy
jednak już luty i trzeba było wyjść z z kina do gorącej rzeczywistości
naszej podróży po Buenos Aires.
Pomimo dość późnej pory postanowiliśmy jeszcze
odwiedzić jedną z atrakcji poza granicami stolicy. Ze stacji Retire odjechaliśmy
kolejką podmiejską w kierunku Tigre. Bilet kosztuje 2,2 peso w obie strony, a
jedzie się niecałą godzinkę. Podobnie jak do Colonii jest to wycieczka do
innego świata. Z wielkomiejskich wieżowców ucieka się do przyjemnego
miasteczka położonego w delcie Parany. Tigre słynie z ogromnego wesołego
miasteczka z najróżniejszymi karuzelami, które choć nieco gorzej podane mogą
moim zdaniem konkurować z Paryskim Disneylandem. Wesołe miasteczko nie było
jednak celem naszej podróży, a wycieczka statkiem po jednym z niezliczonych
kanałów. Większość delty jest zagospodarowana turystycznie. Nie ma tu ulic,
a ich rolę spełniają naturalne, bądź sztuczne cieki wodne. Na setkach
wysepek zlokalizowane są hoteliki, kempingi, knajpki czy prywatne wille. Można
tu spędzić cały urlop, jak spora grupa lokalnych turystów, opalając się w
przygrzewającym słońcu i kąpiąc w rzece koloru lekko brunatnego. Można popływać
po delcie kilka godzin podziwiając przyrodę, a można też wybrać się na
godzinną wycieczkę turystycznym stateczkiem za 15 peso, by poczuć atmosferę
miejsca i zazdrościć później tym, którzy mieli więcej czasu. Po powrocie
do portu mieliśmy jeszcze chwilę by odwiedzić kolejną atrakcję Tire –
Targ Owocowy. Wbrew nazwie znacznie więcej tu pamiątek dla turystów niż owoców.
Wybór duży, a asortyment szeroki. Kupiliśmy mieszanki przypraw kuchennych
oraz pięć kubków na yerba mate ( po 6 peso za sztukę ). Handlarka nie mogła
zrozumieć dlaczego wybieramy tylko te bez wypalonych napisów choć cena była
identyczna.
Moglibyśmy spędzić tu cały wieczór, ale na 20.30 mieliśmy
zarezerwowany stolik w obleganej restauracji na pożegnalną kolację. Wróciliśmy
kolejką do stacji Belgrano i stąd już taksówką za 15 peso na naszą ulicę
Serrano. W knajpie pojawiliśmy się punktualnie po zostawieniu bagaży na
kwaterze, a Gosia z Tomkiem też po chwili nadjechali po spędzeniu aktywnie
dnia w centrum i dzielnicy San Telmo. Ceny były dość wysokie, ale na szczęście
nasze apetyty już trochę mniejsze niż na początku wakacji
Zamówiliśmy pyszne pieczyste z wołowiny z najróżniejszymi przystawkami. Nie
daliśmy rady zjeść nawet jednej porcji na dwie osoby. Chyba dobrze dla naszego
zdrowia, że to ostatnia kolacja w tej podróży. Restauracja cieszy się bardzo dużym powodzeniem i bez rezerwacji długo trzeba
czekać, aż zwolni się stolik. Z pełnymi brzuchami przespacerowaliśmy się
jeszcze po ulicach wracając na nocleg, przed którym jeszcze zrobiliśmy
pierwsze przymiarki do spakowania naszych plecaków.
2.02.08 Buenos Aires - Madryt - Warszawa
Choć był to ostatni dzień naszej wycieczki i nasz samolot już chyba grzał silniki na lotnisku zachęceni przez Gosię wybraliśmy się jeszcze wydać resztę peset w wypatrzonym przez nich wczoraj centrum handlowym na Florida Avenue. Przyjechaliśmy metrem nawet za wcześnie. Sklepy otwierają o 9.30 co i tak jest bardzo wcześnie jak na Argentynę. Zjedliśmy więc rogaliki z kawą i mlekiem za 6 peso i wydaliśmy całą gotówkę na prześliczną narzutę. Ciekawe tylko jak zawieziemy ją do Polski.
Po powrocie o dziwo udało się wcisnąć wszystko do plecaków i mojego nowego neseseru. Punktualnie w południe podjechała taksówka zamówiona wczoraj przez Omara i uprzedzona o ilości naszych bagaży. Dalej poszło już z górki. Przejazd na lotnisko za 70 peso w ciągu 40 minut, szybka odprawa, ostatnie zakupy w strefie wolnocłowej i usiedliśmy w samolotowych fotelach na następne 12 godzin. Lot powrotny trwa dłużej. Myślę, że to z powodu ruchu obrotowego Ziemi, ale pewien nie jestem. Dostaliśmy jeść, obejrzeliśmy trzy kiepskie filmy, chwilę przespaliśmy się i już byliśmy o poranku w Madrycie. Tu Gosia miała pecha gdyż opryskliwa celniczka hiszpańska wyrzuciła jej dwa słoiki argentyńskiej nutelli, pomimo, że były kupione w strefie wolnocłowej. Jest to jednak minus nadawania głównego bagażu bezpośrednio do portu docelowego gdy przy przejściu tranzytowym jest się poddawanym dodatkowej kontroli i nie ma gdzie schować dodatkowych "płynów". Na szczęście nie kupiliśmy większych ilości alkoholu bo trzeba byłoby go wypić na miejscu… :)
Lot do Warszawy mieliśmy po czterogodzinnym postoju i przed 14.00 wylądowaliśmy na Okęciu przy pięknej pogodzie. Przyjechał po nas tato Tomka i po sprawnej podróży wróciliśmy do naszych tęskniących dzieciaków.
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]
[ Uzbekistan Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]
[ Kuba ] [Jordania Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria] [Maroko]
Lanzarote Anglia [Rzym] Estonia [Bieszczady]
Argentyna Skandynawia