Grossglockner 2005


W piątkowy, jesienny wieczór na parkingu obok Lucknerhaus w okolicach Kals w Austrii pięć osób wytoczyło się z małej, pękającej w szwach fiesty. Za nami było 1000 km  drogi przejechane poprzedniego dnia z Częstochowy, a przed nami prawie 2000 m w górę. Celem był Grossglockner - najwyższa góra Austrii - 3798 m npm. Nie wiem jakim cudem zmieściliśmy się do tego małego autka z wszystkimi bagażami, a biorąc pod uwagę akcję górską, trochę szpeju i jedzenia musieliśmy wziąć, że o ubraniach nie wspomnę. Udało się i to najważniejsze. Wśród uczestników wyprawy znaleźli się Gudrun ze swoim mężem Dominikiem, Sebastian, Tomek i moja skromna osoba. Zarówno Dominik jak i Sebastian to osoby mające doświadczenie w wysokogórskiej wspinaczce, ale dla mnie i Tomka pod różnymi względami miała to być premiera. Dla Tomka pod względem wysokości, dla mnie, jako osoby bez doświadczeń wspinaczkowych, pod względem trudności zdobywanego szczytu. Choć podobno dla osób zajmujących się wspinaczką nasza trasa to miała być bułka z masłem tzw. "jedynka" w siedmiostopniowej skali trudności. 

Schronisko Stüdlhütte Pierwszy rzut oka na cel wycieczki
Okolice schroniska Stüdlhütte Przy przejściu przez lodowiec dobrze zabezpieczać się liną

Noclegi mieliśmy zarezerwowane w najwyżej w Austrii położonym schronisku na 3454m npm., a stratowaliśmy z 1900m. Zachodzące o tej porze roku dość wcześnie słońce i unosząca się mgła nie wróżyły sukcesu naszym planom. Być może źle zaplanowaliśmy dzień, albo kierowca jechał za wolno... :)
Widoków na okolice nie mieliśmy żadnych, no może oprócz widoków na niezły wysiłek. Od razu zmodyfikowaliśmy plany i korzystając z wynalazków cywilizacyjnych, przez telefon komórkowy zarezerwowaliśmy nocleg w niżej położonym schronisku Stüdlhütte - 2802m npm. W odróżnieniu od podejścia północnego, na południowej stronie Grossglocknera jest kilka schronisk, w których turysta po przecenieniu swoich możliwości może znaleźć nocleg. Brak widoczności ma swoje dobre strony. Można się skoncentrować na samej wspinaczce, jeśli nie da się podziwiać i fotografować okolicy. Prognozy pogody były jednak bardzo dobre i miałem zamiar zrekompensować sobie fotograficzną bezczynność nazajutrz. Najpierw jednak trzeba było dojść do schroniska. Nasza mała grupka nieco się rozproszyła, ponieważ każdy szedł swoim tempem. Dobrze, że szlak jest bardzo dobrze oznakowany. W wieczornej szarówce próbowałem korzystać z czołówki, ale z powodu mgły pogarszało to widoczność zamiast poprawiać. Gdy zaczynałem się powoli zastanawiać czy to mądry pomysł, by chodzić po nieznanych górach nocą przy kiepskiej widoczności w pojedynkę, warunki poprawiły się. Wyszedłem ponad poziom mgły, a może to były chmury i nade mną rozgwieździło się niebo. Na jego tle rysowały się groźne cienie poszarpanych alpejskich szczytów i ucieszyłem się bardzo, gdy w pewnym momencie dojrzałem światła schroniska - celu wieczornego podejścia. Tomek już czekał na resztę grupy po dwugodzinnym spacerku, ale zdążyliśmy razem wypić piwko za 3,4 € zanim pokazała się reszta ekipy. Zjedliśmy kolację w jadalni bardziej przypominającej lepszej kategorii restaurację niż wysokogórskie schronisko. Cóż, co kraj to obyczaj... 
Posiłek wspinacza kosztuje 6,9 €, ale można się też najeść prowiantem przyniesionym na plecach :). Przed snem Sebastian tłumaczył nam jeszcze jak posługiwać się czekanem w razie niebezpieczeństwa przy przechodzeniu przez lodowiec. Okazało się, że niepotrzebnie braliśmy śpiwory. Nie dość, że było ciepło to jeszcze w cenie 18 € za pryczę dostaliśmy po dwa koce. Członkowie Alpenverein mają zniżkę 50% i dodatkowo ubezpieczenie w trakcie wspinaczki w cenie składki. Trochę żałowaliśmy, że wykupiliśmy ubezpieczenie w Polsce ponieważ mielibyśmy członkostwo prawie gratis. 

Szczeliny lodowca z daleka Szczeliny z bliska
Akcja ratownicza w Alpach Na szczęście nie po nas

Wyruszyliśmy ze schroniska sporo po wschodzie słońca, ale powodów do pośpiechu nie było. Wcześniej mogliśmy obejrzeć jak słońce powoli wypełza na skalne granie przy bezchmurnym niebie. Nieliczne chmurki płynęły po niebie poniżej poziomu schroniska. Gudrun jak było zaplanowane została w schronisku, ale również Sebastian podjął bardzo trudną, ale również bardzo mądrą decyzję rezygnacji ze wspinaczki na sam szczyt. Czuł, że z jego wydolnością nie wszystko jest w porządku i jak się okazało w badaniach po powrocie do domu, przechodził lekkie zapalenie mięśnia sercowego. Odprowadził nas zatem do granicy lodowca, skąd już we trójkę powiązani liną wyruszyliśmy w górę po lodowcu, który wyglądał bardzo bezpiecznie i szliśmy jak na spacerku po śniegu. Pod świeżą warstwą mogły jednak czyhać na nas śmiertelnie niebezpieczne szczeliny. Nie mieliśmy okazji wypróbować wytrzymałości naszej liny i naszych umiejętności posługiwania się czekanem, ale może i lepiej tak. 

 Szczyt coraz bliżej Widoki z poziomu schroniska Erzh.-Johann Hütte.
Kolejny lodowiec przed nami Wygląda bezpiecznie
Ale czy do końca? Niektórzy mieli piękną widoczność na szczycie

Jeszcze przy wychodzeniu ze schroniska usłyszeliśmy odgłos schodzącej niewielkiej lawiny, a trakcie wspinaczki przez lodowiec byliśmy świadkami akcji ratowniczej przy użyciu śmigłowca. Na "Stuedlgrat" - trudniejszej od naszej trasie na szczyt, wiodącej granią już od schroniska, jeden z alpinistów odpadł od ściany i dodatkowo dostał kamieniem w głowę. Ratownik przejął go na linie i tak niesieni przez śmigłowiec dolecieli do schroniska, gdzie jak się później okazało duży udział w ratowaniu poszkodowanego miał Sebastian, będący ratownikiem górskim. Odpowiednio zaopatrzonego odtransportowano potem prosto do szpitala w dość ciężkim stanie. 
My jednak za dużo o tym nie wiedzieliśmy w trakcie wspinaczki i może dobrze. Wykonaliśmy tylko serię fotek wiszących na linie pod śmigłowcem ratownika i poszkodowanego na tle gór i wpinaliśmy się dalej. Wokół nas widoki zapierały dech w piersiach. Liczne masywy górskie miejscami pokryte śniegiem po których pełzały drobne chmurki były przepięknie oświetlane jesiennym słońcem. Było praktycznie bezwietrznie. Taka pogoda rzadko się tu zdarza, ale akurat dla nas taka była zamówiona. 

Co ja mam z tym zrobić ??? Ostatnie metry Na szczycie chmury nie były łaskawe
Dobrze że nie mam lęku wysokości Ten ćwiczy nawet w schronisku ;) GOPR w Alpach? ;)

Po przejściu przez lodowiec lina została sklarowana i dalej po grani musieliśmy przejść dość trudny oblodzony odcinek - trudny dla mnie oczywiście ;). Mogliśmy się jednak ubezpieczać na stalowej linie rozciągniętej wzdłuż trasy wejścia. Po dwóch godzinach od wyruszenia z naszego schroniska byliśmy przy Erzh.-Johann Hütte. Chyba dobrze, że nie wybraliśmy się tu wczoraj nocą ;) Po krótkiej przerwie i konsumpcji połowy tabliczki czekolady ruszyliśmy w górę ku widocznemu przed nami szczytowi. Pięknie na lodowcu wyglądają grupy wspinających się alpinistów, jak mrówki idące za sobą... Teraz trzeba było już założyć raki ponieważ śnieg był jeszcze zmrożony, a podejście strome i ryzyko zjechania kilkudziesięciu metrów w dół wysokie.

Góry o poranku Uczestnicy wycieczki ;)
Alpy we  wschodzącym slońcu Panorama Grossglocknera z południowej strony
Tam byliśmy wczoraj... Wypas krów w Alpach

Dominik instruował nas dość często i dzięki niemu cała wspinaczka przebiegała sprawnie. Po dojściu do grani zdjęliśmy raki i ruszyliśmy na małego Glocknera. Może powinniśmy być zabezpieczeni liną, ale na szczęście udało się i bez. Niestety trafiliśmy na tłok przy szczycie, co przy takiej pogodzie za bardzo nie mogło dziwić. Trzeba było więc czekać aż kilka grup zejdzie ze szczytu i niestety w tym czasie nadeszło trochę chmur. Dalsze wspinanie bez ubezpieczenia było już zbyt niebezpieczne, więc ponownie połączyliśmy się liną. Po godzinie czekania na innych ruszyliśmy i my. Najpierw przez małą przełęcz miedzy oba szczytami, gdzie osoba z lękiem wysokości nie postawiłaby zapewne stopy. Kilka metrów trzeba przejść po wąskiej grani pokrytej śniegiem mając po obu stronach przepaść głębokości około 800 metrów. My na szczęście lęku wysokości nie mamy. Dalej poszło już sprawnie w górę. Ubezpieczenie polega tu na asekuracji przy pomocy wbitych metalowych prętów, ale sama trasa faktycznie nie jest zbyt trudna - mnóstwo tu szczelin i skalnych półek gdzie można postawić stopę lub złapać się ręką. Około 13 byliśmy na szczycie. Szczęśliwi, że weszliśmy, ale nieco rozczarowani brakiem widoczności. Godzina czekania przed podejściem kosztowała nas obejrzenie panoramy ze szczytu. Cóż, nie ma co narzekać, mieliśmy i tak super widoczność wcześniej, a tak będzie powód, żeby jeszcze raz się tu wybrać ;)

Alpejskie doliny A gdzie sreberka? ;)) Lodowiec Pasterze

Wykonaliśmy pamiątkowe fotografie i ruszyliśmy w dół, bo zdobycie szczytu to dopiero połowa sukcesu. Trzeba jeszcze wrócić na dół. Tym razem całe zejście granią asekurowaliśmy się liną. Jak wszędzie, tak i w górach zdarzają się ludzie bez odrobiny wyobraźni i kultury. Dwuosobowy zespół, bodajże Słoweńców zbiegał tak szybko, że prawie podeptali nas swoimi rakami przepychając się na bardzo wąskiej grani. Nam się nie spieszyło i ceniąc życie nieco bardziej, schodziliśmy powolutku, a bezpiecznie. Trochę zastanawiałem się schodząc z małego Glocknera dlaczego nie asekurowaliśmy się idąc do góry, ale Dominik był na tyle doświadczonym alpinistą, że ufałem w jego ocenę zagrożenia. Tą samą drogą wróciliśmy najpierw do pierwszego schroniska po małych poszukiwaniach na lodowcu we mgle, a potem już szybko coraz to niżej, aż do Stüdlhütte, gdzie czekali na nas Gudrun z Sebastianem i gdzie dowiedzieliśmy się o szczegółach akcji ratowniczej. Nie zeszliśmy dalej w dół, ale zostaliśmy na kolejny nocleg w schronisku. Duże zdziwienie wzbudziło nasze zamówienie na dwa grzane piwa i dopiero za drugim razem, gdy dokładnie wytłumaczyliśmy o co chodzi, piwo miało odpowiednią temperaturę. Austriacy nie wiedzą co dobre po całym dniu intensywnego wysiłku :). Spaliśmy bardzo dobrze, a cóż innego mogło mi się przyśnić jak nie wspaniałe górskie krajobrazy. 

Alpejska wioska Alpejski domek
Gorssglockner z Heiligenblut Szczyt od północy
Masyw Grossglocknera Lodowiec Pasterze z Kaiser-Franz-Josef-Höhe

Rankiem okazało się, że to nie tylko sen i schodziliśmy do samochodu przy pięknej widoczności podziwiając uroki Alp Austriackich. Odwracałem się co chwilę, by rzucić okiem na oddalający się coraz to bardziej Grosglockner. Góry mają w sobie coś takiego, że jeśli ktoś je pokocha będzie tu wracał do końca życia. Dobrze, że chociaż fotografie zabierzemy ze sobą do domu. Udało mi się sfotografować świszczącego świstaka, a nawet dwa i oba nie zawijały żadnych sreberek ;)
Przed 10 byliśmy na parkingu, ale to nie koniec atrakcji na tym wyjeździe. Po kontroli czasu doszliśmy do wniosku, że jest go na tyle by podjechać pod Grossglocknera od północy do Kaiser-Franz-Josef-Höhe. Jest to centrum turystyczne na wysokości 2369m npm skąd panorama szczytu jest najpiękniejsza. Przejechaliśmy zatem przez Lienz i potem już po Grossglockner Hochalpenstrasse ruszyliśmy na północ. Autko pomimo obciążenia dawało sobie doskonale radę z wysokością i po godzince byliśmy w ślicznej miejscowości Heiligenblut powyżej której znajduje się szlaban i trzeba zapłacić za przejazd przez trasę 26 €. Do Kaiser-Franz-Josef-Höhe trzeba nieco odbić z głównej drogi prowadzącej do Salzburga i Niemiec. Samo centrum dostosowane dla potrzeb "wygodnych" turystów. Jest tu  wielopiętrowy parkingu, restauracja, sklep z pamiątkami i wystawa na temat Grossglocknera. Widoki imponujące. Nie tylko na sam szczyt, ale również na potężny lodowiec Pasterze. Można zjechać kolejką do samego lodowca, który niestety topnieje z roku na rok z powodu ocieplania się klimatu. Na parkingu urządziliśmy sobie polową kuchnię i zjedliśmy śniadanio - obiado - podwieczorek na gorąco. 

Lodowiec z daleka Lodowiec z bliska
Oczko wodne w Alpach Tłuste świstaki przed zimą

Z pełnym żołądkiem urządziliśmy sobie prawdziwy festiwal fotograficzny. Nie dość, że góry cykaliśmy dookoła to jeszcze była okazja zrobić fotki alpejskiej faunie. Pod punkty widokowe podchodzą tłuste o tej porze roku świstaki, skuszone jedzeniem podrzucanym przez turystów, ale czułem się trochę jak w zoo. Całkiem inne przeżycie to złapać w obiektywie świstaka w górach na szlaku ;)
Obejrzeliśmy dokładnie wszystko co było do obejrzenia i czas było ruszać w dalszą drogę - przecież jutro w Polsce trzeba iść do pracy. Wspinając się serpentynami przy użyciu wszystkich koni mechanicznych fiesty dojechaliśmy do najwyższego punktu trasy na wys. 2503 m npm. Wybudowano tu tunel na granicy landów Salzburga i Karyntii. Przejechaliśmy przezeń i poruszaliśmy się wciąż drogą obchodzącą właśnie swoje siedemdziesięciolecie. Grossglockner powoli chował się na horyzoncie za innymi górami oraz w ciężkich, ciemnych chmurach, ale nam wciąż świeciło słońce. Przy Fuscher Törl zrobiliśmy ostatnie fotki Glocknera i pojechaliśmy na najwyższy punkt widokowy Edelweiss Spitze. Trzeba tu trochę zjechać z trasy by znaleźć się na wysokości 2571 m npm. Pomyśleć, że wjechałem samochodem wyżej niż najwyższy polski szczyt, a do najwyższego szczytu Tatr niewiele brakło. Panorama bajeczna - wokół ponad 30 szczytów powyżej 3000m npm. Z jednej strony słońce, a z drugiej nadciągające ciemne chmury tworzyły niesamowity spektakl z pokrytymi lodowcami alpejskimi graniami. Żal ściskał serce, że trzeba było odjeżdżać z takiego miejsca.

Tunel na granicy Salzburga i Karyntii Grossglockner Hochalpenstrasse
Pogoda na Grossglocknerze zaczynała się psuć Widok na południe z Edelweiss Spitze

Dalej poszło już z górki i całkiem sprawnie jechaliśmy w kierunku domu informowani przez Dominika jaką miejscowość, albo górę właśnie mijamy. Dominik zna Austrię chyba lepiej od większości Austriaków ;) Wysadziliśmy Gudrun, Dominika i część bagażu w Wiener Neustadt, zjedliśmy szybką kolacyjkę przygotowaną przez Gudrun i około 22 ruszyliśmy do Polski. W Kamyku byłem przed 5 rano i zdążyłem się jeszcze chwilę przespać przed ciężkim, zapracowanym poniedziałkiem. 

Widok na północ z Edelweiss Spitze Widok na wschód z Edelweiss Spitze
Ostatni rzut oka na Grossglocknera... A tu może w przyszłym roku?

Chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom wyprawy za sam fakt, że mogłem z nimi spędzić ten weekend. Tomkowi za zaproszenie, Sebastianowi za zaproszenie Tomka ;) i pożyczenie mi sprzętu, Dominikowi za opiekę w czasie wspinaczki i Gudrun za pyszne posiłki przed i po wyprawie oraz za nocleg.      

  

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]

[ Uzbekistan  Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]

[Kuba] [Jordania] [Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria]