Gambia 2006


18.04.06 Kamyk – Marburg

Wczoraj ślub, dziś podróż poślubna... Wszystko zgodnie ze zwyczajami J Po długich poszukiwaniach w Internecie i zastanawianiu się dokąd mamy się wybrać zdecydowaliśmy się na podróż do Afryki Zachodniej. Ciągle byłem pod wrażeniem mojej podróży do Etiopii, a Kasia też chciała pojechać w egzotyczne miejsce. Egzotyk egzotyką, ale doszliśmy do wniosku, że trochę luksusu nie zaszkodzi. W znanym mi z poprzednich wyjazdów niemieckim biurze LTUR wykupiliśmy „pobytowe” wczasy w Gambii. To jedno z najmniejszych państw w Afryce położone wzdłuż ogromnej rzeki o tej samej nazwie. Trzeba było tylko dojechać do Frankfurtu. Nie było to takie proste w związku z tłumami Polaków wracających do Niemiec po Świętach. Może trochę za późno wyjechaliśmy i do Marburga dojechaliśmy na 3 rano. Na szczęście goszczący nas po raz kolejny przemiła ciocia Krysia i wujek Andrzej nie spali zbyt mocno i wpuścili nas na krótki nocleg.

Domek C4 w "naszym" osrodku Hotelowy basen
Hotelowa plaza przy w czasie odplywu Hotelowa kanjpka od strony oceanu

 19.04. Marburg – Frankfurt - Kotu

Po bardzo obfitym „świątecznym” śniadaniu wsiedliśmy do luksusowego Audi i wujek razem z córką Olą odwieźli nas na lotnisko we Frankfurcie. Podziękowaliśmy serdecznie za transport i pożegnawszy się weszliśmy do hali odlotów. Lotnisko we Frankfurcie jest bodajże największe w Niemczech – średnio co 2 minuty startuje tu samolot za samolotem. Oznakowanie jest jednak bardzo dobre i bez problemów znaleźliśmy odpowiedni terminal. Nie było problemów z nadaniem bagażu – oba ważyły niecałe 30 kg ale przecież lecieliśmy do ciepłych krajów i za dużo ciuchów nie potrzebowaliśmy. Samolot leciał docelowo na Wyspy Zielonego Przylądka i tam udawała się większość podróżujących z nami wczasowiczów. Wystartowaliśmy zgodnie z planem o 14.30 i po 6,5 godzinach przydługawego lotu nad Atlantykiem byliśmy na miejscu. Szkoda, że brakło nam mięsnego dania w samolocie ale tak to jest gdy siedzi się na ogonie. Różnica czasu to dwie godziny ale słońce zachodzi tu dość wcześnie. Trafiliśmy właśnie na zachód, a pomimo tego było około 25 stopni. Zapłaciliśmy po 10 € opłaty wjazdowej i bez żadnych problemów i kolejek nasza rezydentka zabrała wszystkie 7 osób i minibus porozwoził nas do różnych hoteli na wybrzeżu oceanu. Nas zawiózł do miejscowości Kotu. Nie jestem za bardzo przyzwyczajony do takich luksusów, ale może trzeba zacząć się przyzwyczajać? :) Dostaliśmy bungalow C4 z telewizją, lodówką, twardym łóżkiem i łazienką z gorącym prysznicem. Ocean szumiał za oknem i nawet przyjemnie wiało z zachodu. Zrezygnowaliśmy z klimatyzacji – trzeba zapłacić 12 € dodatkowo za dzień. Pospacerowaliśmy wieczorkiem oglądając cały ośrodek. Basen wydał mi się nieco mniejszy niż na zdjęciach w Internecie, ale na szczęście do oceanu były dwa kroki.

Handel uliczny w Kotu Widoki przy plazy
Taxi przy hotelu Gambijska plaza

20.04 Kotu

Mieliśmy wykupione śniadania hotelowe, więc podawszy tylko numer domku mogliśmy jeść ile dusza zapragnie, a raczej żołądek. Wybór całkiem spory i urozmaicony – od typowego brytyjskiego śniadania po kontynentalne. Wzięliśmy sadzone jajka przy nas smażone, kiełbaski, ogórki, pomidory, bekon, muesli i na deser pełny talerz owoców – arbuzy i melony. Wszystko smakowało wybornie zwłaszcza, że mieliśmy miejsce na tarasie z widokiem na mocno pofalowany Atlantyk. Byliśmy umówieni z rezydentka na 11.30. więc wciąż był czas na mały spacer po okolicy. Od razu po wyjściu poza strzeżoną bramę zaczepił nas „licencjonowany” przewodnik i zaproponował oglądanie ptaków w okolicznych parkach – Abulo za 1500 dalasi lub Tendaba za 400 €. Podziękowaliśmy „na razie”. Kolejny koleś chciał nam pokazać za drobną opłatą gdzie mamy spacerować, ale też postanowiliśmy dać sobie radę samodzielnie. Doszliśmy do głównej „Traffic line” gdzie wymieniłem trochę gotówki (1$ = 27 D - dalasi , 1€ - 32 D). Ceny w supermarkecie dość wysokie – 1,5l wody 24 D, bułka 7 D. Poznaliśmy jeszcze system taksówkowy. Zielone taksówki są droższe i mogą wjeżdżać na teren hoteli. Mają też stałe stawki wywieszone przy każdym hotelu, żółte taksówki są tańsze a cena zależy od umiejętności targowania się. Trzeba jednak wyjść nieco poza hotel by złapać żółtą taksówkę. Najtańsze są minibusy i głównie nimi poruszaliśmy się po okolicy. Nasza rezydentka – Raphaela mieszkająca tu od 13 lat opowiedziała nam nieco o okolicy, transporcie, tubylcach i klimacie. Zaproponowała też organizowane przez biuro wycieczki fakultatywne, którymi dość mocno były zainteresowane pozostałe wczasowiczki. Na resztę dnia zaplanowaliśmy spacer plażą wzdłuż wybrzeża. Trochę nienajlepiej wybraliśmy porę dnia. Wyszliśmy około 13, a dzięki bryzie od oceanu nie było w ogóle czuć gorąca. Szliśmy boso po piasku mijając kolejne hotele i budki z napojami. Po ostatniej hotelowej plaży przyczepił się do nas koleś. Mówiła o tym rezydentka, że tubylcy szczególnie w pobliżu hoteli bywają natrętni. Koleś szedł za nami ponad dwie godziny, od czasu do czasu zagadując gdzie to juz doszliśmy pomimo, że mówiłem mu aby dał sobie spokój bo chcemy mieć trochę wolnego od innych ludzi. Doszliśmy piękną piaszczystą plażą do miejscowości Brufut. Gdyby nie mijane baobaby i ciemnoskóry prześladowca można by pomyśleć, że to Bałtyk. W końcu podszedł do nas i zapytał czy może już odejść. Stwierdziliśmy, że nikt go nie prosił by w ogóle szedł za nami. Długo próbował nas przekonać, że należy mu się zapłata, ale za bardzo nie wiedziałem za co... Poszedł sobie dopiero wtedy gdy weszliśmy do oceanu popływać. Trochę przesadziliśmy z tym marszem. W sumie zrobiliśmy ponad 20 km . Kasia dość mocno spaliła sobie nogi, których zapomniała posmarować, a mnie stopy nie wytrzymały marszu na bosaka i jedna z nich spuchła i bolała dość porządnie. Nie było RTG w okolicy, ale być może doszło nawet do „marszowego” złamania kości śródstopia. Trochę dało mi się to we znaki przez resztę pobytu, ale dzięki bandażowi elastycznemu dałem radę chodzić J Na kolację zjedliśmy rybę z piwem w hotelowej restauracji podziwiając zachodzące za horyzontem słońce.

Lokalny supermarket Domostwo w Serekundzie Budka telefoniczna
Handel uliczny w stolicy Zabawy dzieciaków w centum Banjul A nasze kobiety mówia, ze maja duzo na glowie...

21.04  Kotu – Serekunda – Banjul - Kotu

Na śniadanie znów wybór duży, ale codziennie miał już być ten sam. Tym razem wzięliśmy omlet z cebulą. Ciekawe czy obsługa taka miła i uśmiechnięta bo musi, czy tak z natury? Około 9 wybraliśmy się na wycieczkę do stolicy. Najpierw złapaliśmy minibusa do Serekundy – 5D od osoby. Po drodze mijaliśmy ogromne wysypisko śmieci, na którym na bieżąco spalano odpadki chyba z całego kraju. Dym i smród dookoła niemiłosierny. 
W Serekundzie poczułem wreszcie, że jesteśmy w Afryce. Tłumy tubylców na drodze, wszędzie stragany, sklepy, warsztaty, a wszystko bardzo kolorowe włącznie z ubraniami szczególnie kobiecymi. Dla takich klimatów warto ruszyć się z hotelu. Przeszliśmy przez sporą część miasta, które jest największym miastem Gambii. Popytawszy nieco na ulicach ( większość ludzi mówi po angielsku, ponieważ Gambia była kolonia angielską) znaleźliśmy busy jadące do Banjul – bilety 10 D od osoby. Byliśmy około 10 w centrum przy bramie do portu promowego. W mieście znacznie bardziej czuć wysoką temperaturę niż nad oceanem. Nieco utykając poszliśmy w kierunku Albert Market. Po drodze odwiedziliśmy Senegal Airlines próbując zaplanować wycieczki alternatywne na własna rękę. Ceny przelotów załamały mnie nieco. Za przeloty Banjul –Dakar – Bissau – Dakar  trzeba byłoby zapłacić ponad 1000 € od osoby. Postanowiliśmy wydać pieniądze nieco inaczej. Poszliśmy dalej na targ bez przerwy oganiając się od uciążliwych „pomocników”. Na targu znów zachwycaliśmy się różnorodnością i wielobarwnością strojów. Niestety było też bardzo gorąco, ale przyszliśmy tu w samo południe.

Wysypisko smieci po drodze do Serekundy Brama wjazdowa do Banjul
Tansze taksowki w Banjul Afryka Zachodnia slynie z wielobarwnosci

Przeciskając się między ciuchami, warzywami, ogromnymi wędzonymi rybami, czy pamiątkami dla turystów postanowiliśmy znaleźć nieco chłodu w muzeum. Trzeba było przejść ulicą 22 lipca. Wiele miejsc nosi tu nazwę 22 lipca w celu upamiętnienia daty bezkrwawego przewrotu, kiedy to w 1994 roku władzę przejął nadal urzędujący prezydent Yahya Jammeh. Muzeum położone jest w ślicznym, niebieskim, postkolonialnym budynku. Bilety po 50 D. Obejrzeliśmy plemienne figurki z liści z maskami w czerwonych kapturach, narzędzia ludzi pierwotnych, stroje z XIX wieku, suknię miss Gambia 1998, mundury i broń gambijskiej armii, XIX-wieczne instrumenty oraz kolekcję fotografii od początku XX wieku po czasy dzisiejsze. Dowiedzieliśmy się też, że pod względem przyrodniczym Gambia leży na granicy między Afryką Saharyjską a lasami równikowymi. Niestety wskutek działań człowieka dochodzi do stałego poszerzania się obszarów pustynnych. Po krótkim odpoczynku poszliśmy obejrzeć duży łuk triumfalny będący bramą do miasta. Mieliśmy okazję obejrzeć szpital wyglądający na całkiem nowoczesny. Juz trochę zmęczeni wylądowaliśmy w barze Alibaba, gdzie zjedliśmy porcję arabskich falafeli (35 D) popijając sokami (30D) z pomarańczy i mango, ale daleko im do marokańskich czy etiopskich. Po sporych kłopotach ze znalezieniem przystanku początkowego minibusów doszliśmy z powrotem do łuku triumfalnego, ale wszystkie przejeżdżające tędy minibusy były pełne po brzegi. Po kilku minutach złapaliśmy jednak okazję. Miły Szkot zabrał nas swoim jeepem do Serekundy. Stąd już przypadkowo złapana zielona taksówka wzięła nas do hotelu za "co łaska" bo i tak jechała pod nasz hotel. Zapłaciliśmy 10 D. Przed hotelem zapytaliśmy miejscowego rękodzielnika po ile ma wiklinowe kosze, które na bieżąco robił i ceny miał niższe 5 razy niż handlarze na plaży. Przy „traffic line” odwiedziliśmy wypożyczalnię samochodów. Pracujący tam Senegalczyk bardzo zachwalał położoną na południe od Gambii senegalską prowincję Casamance, do której nie polecała jechać rezydentka z powodu walk partyzantów z wojskami rządowymi. Według niego plaże w Casamance są najpiękniejsze na świecie, ale nie wiem jakie plaże w życiu widział. Na kolację poszliśmy plażą na północ do Fejary. Tu trafiliśmy do polecanej przez Raphaelę knajpki „Mama”. Prowadzona przez Szwajcarkę serwuje każdego dnia tygodnia odmienne menu. Z okazji piątku trafiliśmy na owoce morza. Po zapłaceniu 345 D można jeść do woli wybierając z rozłożonych na stole dań. Można też za pół ceny kupić pół bufetu i w ten sposób nałożyliśmy sobie ryb, krewetek, warzyw w afrykańskich przyprawach. Piwo trzeba było zapłacić extra – 45 D. Wróciliśmy plażą przy świetle księżyca i gwiazd.

Hazard w Banjul Dom w Banjul
Koniec asfaltu w drodze do Tendaby Czekajac na pasazerów

22.04  Kotu – Tendaba

Po naleśnikach z dżemem na śniadanie poszliśmy do wypożyczalni. Tym razem zastaliśmy tam Holendra w wieku dobrze emerytalnym. O dziwo policzył nam według najtańszej taryfy i dał auto na 2 godziny dłużej. Nie mieliśmy nic przeciwko temu. Postanowiliśmy pojechać w głąb kraju do parku narodowego Tendaba. Wyjechaliśmy około 11 drogą w kierunku lotniska. Droga była bardzo dobra, więc jechaliśmy dość szybko wynajętą Vitarą 4x4. Przy lotnisku skręciliśmy w kierunku Brikamy. Oznakowanie dość kiepskie, ale dawaliśmy sobie radę przy pomocy mapy. Koło Brikamy skręciliśmy w lewo na nieoznakowanym skrzyżowaniu i tu środek jezdni wyszli nam przebierańcy. Wyglądali jak oglądane w Banjul figurki z muzeum w ubraniach z liści. Tłum dzieciaków obstąpił nas i nie chcieli przepuścić bez zapłacenia haraczu. Na szczęście nie byli agresywni i po dłuższej chwili tańców dookoła auta poszli dalej. Po kilku kilometrach główna droga odbiła na południe w stronę Senegalu a my pojechaliśmy dalej na zachód wzdłuż rzeki Gambia. Może wzdłuż rzeki to za dużo powiedziane ponieważ przez całą drogę rzeki nie widzieliśmy ani raz J Po około 50 kilometrach asfalt się skończył i pozostałe 100km mieliśmy przejechać po jednej z gorszych dróg jakimi w życiu jechałem. Chyba tylko pomiędzy Gruzją a Armenią było porównywalnie tragicznie. Zaczęliśmy rozumieć dlaczego w hotelu mówili nam, że 160 km pojedziemy 4 godziny. Początkowo jechaliśmy po utwardzonej drodze o czerwono-pomarańczowej nawierzchni. Miejscowości zdarzały się z rzadka i widać było ogromną biedę. Większość tubylców przesiadywała w cieniu ogromnych baobabów. W okolicach Bulok droga popsuła się jeszcze bardziej. Najpierw był asfalt dziurawy jak ser Gruyere, a potem to już więcej było dziur niż asfaltu. Nie było możliwości ich ominąć, więc prędkość spadła znacznie podobnie jak i komfort jazdy. Dojechaliśmy do sporego mostu i tu odbyła się kontrola. Żołnierz był bardzo miły i chwalił się, że kiedyś pracował w hotelu w Kotu. Za mostem droga lekko się poprawiła. W Kwinelli znaleźliśmy drogowskaz, że należy skręcić z głównej drogi do Tendaby i zaraz potem mieliśmy kolejna kontrolę. Kolejny miły policjant bardzo narzekał na zarobki w gambijskiej policji i powiedział, że zajrzy do nas wieczorem do obozu. Ostatnie 5 km polną droga pokonaliśmy już bez problemów i w wiosce znaleźliśmy obóz.

Wynajeta Vitara i wynajety przewodnik Hotelowy domek w Tendabie
Pora sucha nad rzeka Gambia Zachodzace slonce w afrykanskiej dzungli

Właściwie to obóz stanowił prawie połowę wioski J W odróżnieniu od ledwo stojących murzyńskich chatek, domki dla turystów pomalowane na biało, kryte strzechą z palm prezentowały się bardzo przyzwoicie. Dookoła rosły przeróżne drzewa od ogromnych baobabów po mniejsze, ale pięknie kwitnące na biało bezlistne nieznanej mi nazwy. W obozie wreszcie mogliśmy zobaczyć rzekę. Obóz miał swoją przystań, a nieco dalej widać było drugą wioskową. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że nocleg w domku kosztuje tak jak wczoraj mi powiedziano przez telefon 280 D, ale nie od domku a od osoby. Za bardzo wyboru nie mieliśmy. Dobrze, że było gdzie wziąć prysznic. Byliśmy pokryci czerwonym piaskiem. Nie tylko my, ale nasze bagaże, mapa, przewodnik i cały samochód. Takie są uroki podróżowania „kabrioletem”. W trakcie oczekiwania na posiłek umówiliśmy się z szefem na wycieczkę łodzią po Gambii nazajutrz, a dziś jeszcze miał nam zorganizować przewodnika by obejrzeć park narodowy Kiang West. Na obiad kurczak curry i ryba z piwem. Całość 300 D. Po chwili pojawił się wysoki Murzyn, przy którym nawet ja wyglądałem na grubasa. Nogi miał takie chude, że nie wiem jak były w stanie unieść jego 190 cm. Punktualnie o 17 wyjechaliśmy z przewodnikiem i jego kumplem, który prosił o podwiezienie do głównej drogi. Tym razem jechaliśmy przez lokalne lotnisko na skróty. Lotnisko to dużo powiedziane, ale na dużej polanie wśród drzew na kilku drewnianych kołkach przybito tablicę z napisem „Terminal 3” . Zostawiliśmy pasażera w Kwinelli i znów na skróty wjechaliśmy do parku. 

Przewodnik szuka pawianów Kopiec termitów Lokalny srodek transportu

Chyba ominęliśmy gdzieś kontrolę, o której pisali w przewodniku i przy okazji nie było komu zapłacić opłaty wjazdowej. Cała roślinność parku była w opłakanym stanie i widać było, że z utęsknieniem czeka na porę deszczową. Baobaby czasem tworzyły całe kompleksy co nieco mnie dziwiło. Myślałem, że rosną pojedynczo. Pod jednym z nich zostawiliśmy auto i poszliśmy na pierwszy punkt widokowy na wzgórzu. W dolinie wyschniętej okresowej rzeki udało się nam z bardzo daleka zobaczyć bawiące się stado pawianów. Były bardzo płochliwe i nie pozwalały podejść do siebie. Przez lornetkę i teleobiektyw obejrzeliśmy nawet małą walkę w obrębie stada, ale bez ofiar – słabszy osobnik szybko uciekł w krzaki. Z kolejnego punktu widokowego obejrzeliśmy znów kilka małp i ogromną rzekę Gambia toczącą leniwie wody do oceanu. Zrobiliśmy też kilka fotek wysokim wieżom termitów. Przejechaliśmy przez wysokie i bardzo wysuszone trawy do brzegów rzeki gdzie zamoczyliśmy ręce w nieco słonej wodzie. Czyżby kilkadziesiąt kilometrów od oceanu docierały tu jeszcze jego wody? Nad rzeka zastał nas zachód słońca i wracaliśmy już bardzo na skróty pokonując kilka wzgórz bardzo wyboista „drogą”. Prawdziwa szkoła jazdy w terenie. Przewodnikowi zapłaciliśmy 150 D i był bardzo zadowolony.

Zuraw Czapla biala I znow zuraw

23.04  Tendaba – Kotu

Przed rejsem łódką obudziłem się dość wcześnie i poszedłem na spacer po okolicznych wzgórzach. O dziwo niebo było mocno zachmurzone i od czasu do czasu kropił deszczyk. Noga trochę dawała się we znaki i po kilku fotkach małych ptaków pięknie śpiewających na okolicznych drzewach wróciłem do obozu. Po szybkim śniadaniu punktualnie o 8 zameldowaliśmy się na przystani. Wczoraj zapłaciliśmy za rejs po 200 D od osoby. Wspólnie z grupą Anglików, było nas 12 osób, wsiedliśmy do długiej zielonej łodzi. Wyglądała dość solidnie. Oprócz kapitana za sterem mieliśmy jeszcze na pokładzie przewodnika z lornetką, który miał nam pokazywać ciekawe okazy fruwającej gambijskiej fauny. Pomimo pracującego silnika łódka nie robiła zbyt dużo hałasu, a przemieszczała się dość szybko. Rzeka miała szerokość bodajże kilku kilometrów i zanim dotarliśmy na drugi brzeg niebo przejaśniło się i wyjrzało poranne słońce. Wpłynęliśmy w zakola starorzecza i od razu powitały nas pelikany pływające po wodzie, a na sterczących na brzegach suchych pniach wypatrywały swej zdobyczy kormorany. Brzegi od czasu do czasu porośnięte były ogromnymi mangrowcami. Przewodnik rzucał angielskimi nazwami ptaków i podawał lornetkę by obejrzeć co ciekawsze okazy – a to czapli, a to zimorodka, żurawia czy dominujących kormoranów. Chwilami czułem się jak na Biebrzy, ale baobaby na horyzoncie przypominały nam gdzie jesteśmy. Mieliśmy według naszego przewodnika okazję obejrzeć największy na świecie gatunek żurawia. Chwilami rzeka robiła się bardzo wąska i z bardzo bliska mogliśmy obejrzeć gniazda średnicy około 1 metra . Zrobiłem mnóstwo fotek i mam nadzieję, że oddadzą one atmosferę tego miejsca. Około 11 byliśmy z powrotem w obozie.

Pelikan nad rzeka Gambia Czekajac na sniadanie
Zimorodek Jak tu sie wyplatac?
Malpa zdziwion obecnoscia turystów Kormoran

W drogę powrotną zabraliśmy pasażera. Wczorajszy przewodnik poprosił nas abyśmy podrzucili jego przyjaciela jadącego do szkoły na wybrzeżu. Osiemnastoletni Salu nie był za bardzo rozmowny, ale na pytania odpowiadał bez problemów. Dowiedzieliśmy się, że przeciętny Gambijczyk jak przystało na afrykańskiego muzułmanina ma trzy żony, że podstawa pożywienia w Gambii to ryż, że lekarze w tym kraju pochodzą z Kuby lub Nigerii, a jeśli młodzież chce się kształcić musi wyjechać za granicę, ponieważ w kraju nie ma uniwersytetu. Od samego początku coś nie grało z naszym samochodem. Dawałem gazu, a silnik w ogóle nie miał mocy. Po około 70 km w miejscowości Bulok silnik odmówił dalszej współpracy w ogóle. Samochód stanął i nie mogliśmy go zapalić, a spod maski wydostawał się dym. Na szczęście stanęliśmy w środku wioski. Od razu zebrał się dookoła nas tłum tubylców. Wspólnie z nimi zepchnęliśmy Vitarę na pobocze, w cień ogromnego drzewa. Po otwarciu maski okazało się, że w chłodnicy nie ma wody, a w silniku oleju J Mechanika w okolicy nie było. Zadzwoniłem do wypożyczalni z mojej komórki i najpierw ochrzaniono mnie, że nie dolałem wody do chłodnicy, ale po krótkich wyjaśnieniach, że nikt mnie nie poinformował o konieczności dolewania ustaliliśmy, że trzeba znaleźć mechanika. Podobno był takowy kilka kilometrów dalej w Sotokoi . Jeden z miejscowych „fachowców” stwierdził, że może pojechać po olej do sąsiedniej wioski. Dałem mu 75 D a on poszedł do domu na obiad przed podróżą J Po trzech kwadransach wrócił i stanął przy drodze zatrzymując przejeżdżające samochody. Nie było ich za dużo, więc zanim zajechał tam i z powrotem to spędziliśmy pod drzewem prawie 4 godziny. Dzieciaki przyniosły nam świeże owoce mango i wodę. Było dość gorąco, ale w cieniu dało się wytrzymać. Gdy koleś wrócił nalaliśmy oleju silnika i wody do chłodnicy i samochód zapalił.

Rejs po rozlewiskach Gambii Baobaby na horyzoncie
Gambia to czy Biebrza ? ;) Mangrowce

Niestety po kilkuset metrach znów zaczął tracić moc. Udało się nam dojechać do mechanika. Warsztat wyglądał dość ciekawie. Na sporym placu leżały posegregowane sterty części, a pod szmacianymi dachami rozpiętymi na kołkach kilku Murzynów grzebało przy samochodach. Przyszedł do nas sam szef i najpierw wymienił świece, ale po dalszym badaniu stwierdził, że wysiadła pompa wodna i w trakcie pracy silnika woda dostaje się do silnika i zalewa świece. Zapewne miał rację J Powiedział, że możemy jechać ale z niedokręconym korkiem od chłodnicy, aby woda mogła uciekać tędy. Gdy tylko woda zacznie się gotować mieliśmy się zatrzymywać i dolewać zimnej. Zapłaciliśmy 100 D i pojechaliśmy dalej. Zatrzymywaliśmy się w prawie każdej wiosce żeby uzupełnić wodę i co ciekawe dużo łatwiej było znaleźć publiczną studnie w interiorze niż po powrocie do bardziej cywilizowanej części Gambii. Okazuje się, że w wielu domach nie ma wody bieżącej. Wracaliśmy w sumie prawie 9 godzin. Nasz pasażer pożegnał się z nami na obwodnicy. Chyba liczył, że dojedzie nieco wcześniej J Dzięki niemu kontakt z ludźmi w wiosce mieliśmy sporo ułatwiony. Podrzuciłem Kasię do hotelu i pojechałem do wypożyczalni. Obydwaj z szefem mieliśmy pozytywne nastawienie, więc dogadaliśmy się bez problemów. Dostałem w zastępstwie Opla Kadeta do jutra do południa, bo dziś na zwiedzanie okolicy było już za późno

Obóz w Tendabie Droga przez Gambie
Zródlo wody dla calej wioski Miejsce spotkan wioskowej starszyzny

 

24.04. Abuko

Pomimo zmęczenia po wczorajszych przygodach wybraliśmy się na wycieczkę do Abuko celem dalszej obserwacji lokalnej fauny. Nie było daleko i obwodnicą dość szybko dojechaliśmy do parku narodowego. Po małych kłopotach ze znalezieniem wejścia wróciliśmy około kilometra od dyrekcji parku do bram. Bilet wstępu kosztuje 31,5 D. Za 200 D wzięliśmy również przewodnika. Park nie jest duży, ale ciekawy i bardzo dobrze zorganizowany. Z powodu bliskości resortów nadmorskich przyjeżdża tu sporo turystów. W kilku miejscach, z reguły przy zbiornikach wodnych, są punkty widokowe, skąd można podziwiać miejscowe zwierzęta. Na największym tarasie widokowym uczyliśmy się cierpliwości niezbędnej obserwatorom przyrody. Na pierwszy rzut oka widzieliśmy zimorodki, ibisa, gołębie i małe brodzące ptaszki. Z minuty na minutę, trochę dzięki przewodnikowi, widzieliśmy coraz więcej. Najpierw pokazał nam dwa małe krokodyle wylegujące się na brzegu kałuży, potem niebieskiego zimorodka, żółte ptaszki wśród liści a nawet na chwilę pojawiła się mała antylopa. Podobno aby zobaczyć ssaki trzeba przyjechać po południu około 16. Widzieliśmy też dwa rodzaje małp. Małe podchodziły blisko i chyba chciały się bawić. Natomiast duże, czerwone Colobusy były bardzo płochliwe i według przewodnika niełatwo je wypatrzyć w koronach drzew. Na kolejnym punkcie widokowym najpierw uciekał przed nami znacznie większy krokodyl, a potem podziwialiśmy jak czapla łapała ryby konsumując je na miejscu. Ścieżka między stanowiskami wiodła przez gęsty egzotyczny las, w którym dominowały palmy. Na stanowisku do obserwacji gadów nie pomógł nam nawet przewodnik. Węże strajkowały J W parkowym zoo można jeszcze zobaczyć bydło i inne duże ssaki, ale doszliśmy do wniosku, że zoo najbliżej mamy w Chorzowie. 

Antylopa w Abuko Zimorodek niebieski
Krokodyle nie sa towarzyskie Toaleta poranna
Zdziwienie malpki Czerwony Colobus

Po powrocie do hotelu Kasia została odpocząć od gorąca, a ja pojechałem do Fajary załatwiać wizę do Senegalu. Musiałem trochę popytać o drogę, ale w końcu za światłami od obwodnicy skręciłem w prawo za meczetem i znalazłem duży budynek z ogromną anteną satelitarną i flagą Senegalu. W środku dowiedziałem się, że do złożenia dokumentów potrzeba paszportów. Ambasada była czynna do 13 więc szybko pojechałem do wypożyczalni by wymienić zastawiony tu paszport na prawo jazdy. Umówiłem się, że samochód oddam około 14. W ambasadzie konsul przyjął mnie osobiście i wręczył formularze wizowe. Najpierw musiałem się nieźle natłumaczyć, że żona zaniemogła i odpoczywa ponieważ w zasadzie wymagana jest obecność osobista. Konsul początkowo dość niemiły bardzo zmienił swoje nastawienie kiedy przeczytał w formularzu, że jestem lekarzem. Są jeszcze kraje na świecie, gdzie zawód ten cieszy się szacunkiem J Zrobił się rozmowny, miły i sam wypełnił brakujące rubryki. Zapłaciłem po 200 D  i wizy miały był gotowe około 16. Na koniec tytułując mnie „Mister Doctor” zapytał o swoje problemy zdrowotne i po udzieleniu mu porady pożegnaliśmy się do popołudnia. Samochód trzeba było oddać. Tym razem znów spotkaliśmy Senegalczyka, okazało się, że od 2 dni w całej Gambii nie ma benzyny. Po krótkich targach ile mam dopłacić wyliczył, że zrobiliśmy około 400 km i wyszło mu, że to 30 litrów, policzył po 30 D i zapłaciłem niecałe 1000 D extra. Znacznie mniej niż się spodziewałem. Do ambasady poszliśmy plażą na piechotę. Kasia została w plażowej knajpie, a ja poszedłem jeszcze około 2 km asfaltem i punktualnie o 16 odebrałem 7 dniowe wizy dwukrotnego wjazdu do Senegalu. Kasia czekała w towarzystwie angielskich robotników. Dla nich wczasy w Gambii to jak dla nas w Chorwacji J Mieliśmy okazję wypróbować nasz angielski, ale mój wymaga jeszcze miesięcy pracy... Anglicy nie mogli zrozumieć po co jeździmy po okolicy zamiast leżeć na plaży J Zjedliśmy zupę z krewetkami, kurczaka z piwkiem – całość za 200 D. Wróciliśmy do hotelu i obejrzeliśmy na dobranoc trzecią część Harry Pottera.

Ambasada Senegalu w Gambii W podrózy poslubnej

25.04.  Kotu - Tanji

Pierwszy dzień prawdziwego plażowania. Zaraz jak tylko wyszliśmy na plażę strażnicy hotelowi wynieśli nam leżaki i materace. Czułem się mocno kapitalistycznie albo jeszcze gorzej jak białas wykorzystujący biednych Murzynów J. Cóż, taka ich praca. Na plaży akurat był odpływ i aby popływać trzeba było dość daleko odejść od brzegu. Woda bardzo ciepła i bardzo słona. Praktycznie nie było fali, a na maszcie wisiała niebieska flaga oznaczająca, że kąpiel może być ryzykowna. Chyba zawsze taka wisi… Na plaży hotelowej mieliśmy prysznice ze słodka wodą by sól nie drażniła skóry J Nie wytrzymaliśmy dłużej niż do południa. Potem wybraliśmy się do Serekundy minibusem. W miasteczku nie dało się oddychać, doszliśmy szybko do Brufut Garage i za 10 D wsiedliśmy do busa jadącego w kierunku Tanji. Bilet kosztował 10 D. Coraz lepiej znaliśmy okolicę i powoli rozpoznawałem drogi, którymi jeździliśmy. Około 15 byliśmy na miejscu. Tanji to urokliwa wioska rybacka na południe od turystycznych kurortów. Najpierw poszliśmy na plażę, gdzie przycumowane było mnóstwo kolorowych łodzi. Na plaży siedzieli wszyscy mieszkańcy wioski czekający na wracających z połowów rybaków. Chcieliśmy zjeść coś w lokalnej knajpie, ale Kasi przeszkadzały tłumy much, a mnie brak piwa. Spotkaliśmy za to miłego miłośnika ptaków z Niemiec. Podróżował po Gambii od 4 tygodni i bardzo polecał nam rejs na wysepkę Bojoli. Pokazał nam nawet film z jego rejsu. Opowiedział co nieco o swojej podróży. Był chyba wszędzie. Jego zdaniem jadąc w interior do Georgetown lepiej korzystać z drogi na północ od rzeki. Poszliśmy do lokalnej wędzarni gdzie za 20 D kupiliśmy ryby i smaczne bułki. Usiedliśmy na uboczu na plaży delektując się widokiem oceanu i smakiem jego owoców. Na deser kupiłem za 30 D dwie ogromne papaje nie wiedząc w zasadzie co kupuję. Bardzo smaczne, ale daliśmy radę zjeść tylko jedną na plaży.

Czekajac na rybaków Przyplyneli...
Zakupy w oceanie Sprzedaz z drugiej reki?

Wróciliśmy do wioski, gdzie właśnie rozpoczynało się "przedstawienie". Przypłynęła jedna z dużych łodzi rybackich i tłum tubylców rzucił się w fale. Kobiety zanurzone po pas w wodzie kupowały ryby prosto z łodzi do misek i wiader. Co jakiś czas większa fala zalewała kupujących i sprzedających. Na plaży jeszcze większy tłum i handel trwał nadal. Wszędzie pełno dzieciaków sprzedających orzeszki ziemne, które były głównym bogactwem Gambii w przeszłości. Zakupione ryby pakowane były na rowery albo na czubek głowy i transportowane do domostw. Co ciekawe nikomu nie przeszkadzało, że wmieszaliśmy się w tłum i fotografowałem na prawo i lewo. Wręcz przeciwnie ludzie uśmiechali się do obiektywu. Wracając wysiedliśmy trochę wcześniej obok hotelu Senegambia i wracaliśmy do hotelu plażą. Z powodu przypływu nie dało się przejść do końca po piasku i musieliśmy obejść ujście małej rzeki przez sąsiedni hotel oganiając się przed aktywnymi o tej porze komarami. Na szczęście braliśmy leki przeciwko malarii… 

Orzeszki ziemne to kiedys bogactwo Gambii W drodze z zakupów do domu Gambijaka modnisia

 

26.04 Kotu – Ziguinchor – Bissau

W związku z zaplanowaną wycieczką wstaliśmy o 5.30. Zamiast śniadania dostaliśmy na drogę ogromne bagietki z sałatą, pomidorem, ogórkiem i jajkami. Busy jeszcze nie jeździły, więc za 100 D wzięliśmy taksówkę do Serekundy. Okazało się, że transport międzynarodowy odbywa się z innego dworca i musieliśmy przejechać przez całe miasto. Oczywiście kierowca chciał jeszcze dodatkowej kasy, ale po krótkiej dyskusji dowiedziałem się, że niedobry ze mnie turysta i następnym razem będę miał problemy z policją włącznie. Po raz pierwszy mieliśmy jechać bush–taxi, charakterystycznym środkiem transportu dla Afryki Zachodniej. Jeździ tu mnóstwo starych Peugeotów kombi, do których wchodzi 7 pasażerów. Dwie osoby siedzą na kanapie zamontowanej w bagażniku, trzy na składanym tylnym fotelu i dwie obok kierowcy. Bagaże przewozi się na dachu. Ceny za przejazd są stałe a bilety z numerem miejsca kupuje się na dworcach. Nie ma dokładnych godzin odjazdu, a taxi rusza gdy zostanie sprzedanych siedem biletów. Niestety nie było bezpośredniego połączenia do Ziguinchor i za 100D kupiliśmy dwa bilety do granicy w Seleti po stronie senegalskiej. Za bagaż trzeba zapłacić 25 D extra. Mieliśmy bilety numer 2 i 3 ale na szczęście za chwile podjechała cała rodzina – duży Murzyn z dwoma żonami i dwójka dzieciaków i punktualnie o 7 ruszyliśmy na południe. Droga była dobra tylko do skrzyżowania na Brikamę, potem wjechaliśmy na znane nam już gambijskie dziury. Po 1,5 h dojechaliśmy na miejsce. Odprawa przebiegła bardzo sprawnie. Dostaliśmy po pieczątce wyjazdowej i mijając tabliczkę z napisem Senegal podjechaliśmy do kontroli senegalskiej. Tu trwało to juz trochę dłużej. Urzędnik wpisał wszystkie nasze dane do specjalnej książki wjazdów do Senegalu włącznie z naszymi zawodami. Po wbiciu pieczątek do paszportów przez kolejnego urzędnika obaj życzyli nam szczęśliwej drogi i uśmiechnięci witali na terytorium Senegalu. Bez żadnych problemów  szybko złapaliśmy bush-taxi do Ziguinchor za 2200 franków zachodnioafrykańskich (CFA) od osoby + 1000 CFA za bagaż. Co ciekawe CFA obowiązują w większości krajów francuskojęzycznej Afryki Zachodniej. To taka wygodna pozostałość okresu kolonialnego. Jeszcze w Serekundzie wymieniłem trochę dolarów na CFA by nie mieć problemów z płaceniem na terytorium Casamance. 1 USD = 530 CFA. Droga od razu po wjeździe do Senegalu znacznie poprawiła się. Najpierw jechaliśmy asfaltem a potem dziwnym, ale równym brukiem i po minięciu kilku mostów w tym dwóch bardzo dużych na rzece Casamance przed samym celem podróży bardzo szybko wjechaliśmy na zlokalizowany na obrzeżach dworzec.

Bush taxi czekajace na pasazerów Bush taxi gotowe do jazdy

Nie mogliśmy od razu jechać dalej ponieważ trzeba było jeszcze zorganizować wizę do Gwinei Bissau. Za 400 CFA wzięliśmy taxi do centrum i wysiedliśmy pod hotelem „de Turisme” ponieważ taksówkarz nie wiedział gdzie mieści się konsulat. Na planie z przewodnika miał on być zaraz obok tegoż hotelu. Był w sąsiednim budynku, ale musieliśmy się pytać przechodniów ponieważ nie był najlepiej oznakowany. Mała tabliczka pod dachem informowała, że tu mieści się przedstawicielstwo Gwinei Bissau w Ziguinchor. Z powodu zmiany języka urzędowego na francuski dawaliśmy sobie radę głównie przy pomocy rąk. Na szczęście w konsulacie mówili juz po portugalsku. Sprawnie wypełniliśmy formularze i zanim wymieniłem pieniądze w banku wizy były już w paszportach. Kosztowały całkiem sporo – 10000 CFA od sztuki. Nie tak łatwo wymienić pieniądze w senegalskim banku. Nie dość, że kolejki spore to jeszcze urzędniczka nie chciała mi wymienić pieniędzy, ponieważ nie miałem paszportu. Po dłuższej dyskusji wyjaśniając, że paszport jest w konsulacie zgodziła się na wymianę na podstawie mojego prawa jazdy. Kurs o dziwo był nieco gorszy niż w Gambii – 1 USD – 510 CFA. Po wpłaceniu kasy pożegnaliśmy się z urzędnikami. Juz wcześniej dali oni Kasi paszporty z wizami. Życzyli nam miłego pobytu w ich kraju. Przed wyjazdem na południe przeszliśmy się jeszcze po mieście. Robiło się coraz cieplej. Przy rondzie Jana Pawła II znaleźliśmy miły lokal „ La Cassa ”. Musieliśmy poczekać do 13.00 ponieważ dopiero wtedy podawane jest danie dnia J. Wypiliśmy więc po piwku „Gazela” za 900 CFA i wybrałem się na spacer po mieście. Żar lał się z nieba, ale piwo dodało mi trochę energii w przeciwieństwie do Kasi, która czekała na danie dnia w knajpie. W samym centrum bardzo dużo jest postkolonialnych willi, ale większość z nich jest mocno zniszczona. W tych nieco odnowionych mieszczą się banki, poczta i inne urzędy. Doszedłem aż do portu przy rzece Casamance, po której planowaliśmy urządzić sobie wycieczkę wracając z Bissau. Oprócz licznych łódek przy brzegu pełno było starych lodówek. Wyglądało jak złomowisko, ale chyba rybacy używają ich po większych połowach. W markecie spotkałem więcej białych niż tubylców. Ogólnie dużo tu białych, głównie z Francji. Nie mają oni żadnych problemów językowych. Trzeba będzie w przyszłości pouczyć się tego języka by zwiedzić tę część Afryki. Wróciłem do Kasi gdyż zbliżała się pora obiadu. Dostaliśmy ogromne dania dnia – Kasia rybę z ryżem za 1500 CFA a ja kurczaka, cebulę, ryż i dużo egzotycznego, ale bardzo smacznego sosu za 2000 CFA. Ponownie taksówką wróciliśmy na dworzec, gdzie kupiliśmy bilety do Bissau nr 5 i 6 za 4000 CFA od osoby plus 1000 za bagaż. Zaraz znalazł się koleś na miejsce numer 7 i około 14 wyruszyliśmy dalej na południe.

Konsulat Gwinei Bissau w Ziguinchor Rondo Jana Pawla II w Ziguinchor
Postkolonialna willa w Ziguinchor Lokalna ch³odnia nad brzegiem rzeki Casamance

Co chwilę byliśmy kontrolowani. Juz przy wyjeździe z Ziguinchor jest policyjna bramka. Po sprawdzeniu dokumentów puścili nas wolno. Droga była tragiczna aż do granicy, a kierowca też nie miał za dużo doświadczenia w jeździe. Na szczęście granica była dość blisko. Tu czekała nas znów dokładna kontrola dokumentów i wpis do książki wyjazdów. Urzędnik musiał stworzyć dla nas specjalną tabelkę, ponieważ Polaków tu jeszcze dziś nie mieli, a każda narodowość była zapisywana w oddzielnej rubryce. Po stronie gwinejskiej dokumenty sprawdzali mniej dokładnie, ale za to nasze bagaże były sprawdzane bardzo dokładnie przez specjalnych urzędników bez mundurów. Wjechaliśmy do Sao Domingo i znów zmienił się język urzędowy tym razem na portugalski. Przy wyjeździe czekała nas kolejna kontrola ze sprawdzaniem bagażu i tak miało być jeszcze kilka razy. Zawsze musieliśmy wysiadać, a jadący z nami Murzyni za każdym razem płacili opłaty 500 albo 1000 CFA, które są walutą obowiązującą także w Gwinei Bissau. O dziwo nawierzchnia znacznie się poprawiła. Dla odmiany domy w mijanych wioskach wyglądały znacznie biedniej niż w Gambii czy Senegalu. Wykonane z glinianych pustaków zapewne własnej roboty kryte były strzechą. Kontrolowali nas w każdej większej wiosce, ale na szczęście tych za dużo nie było. Po drodze mijaliśmy tereny okresowo zalewane przez wodę w porze deszczowej i tu droga znacznie pogarszała się. Dojechaliśmy do szerokiej rzeki Cacheu, przez którą trzeba przeprawić się promem. Kolejka była spora, a upał coraz większy. Zacząłem fotografować i zaraz dorwał mnie żołnierz wykrzykujący ostrym tonem o zakazie fotografowania. Na szczęście Kasia zagadała do niego po portugalsku i nieco się uspokoił, ale powiedział nam, że z powodu stanu wojennego nie wolno fotografować w miejscach strategicznych. W Gwinei Bissau stan wojenny mają bodajże od odzyskania niepodległości i co jakiś czas w kraju wybucha wojna domowa. Na potwierdzenie tego zaraz za nami wjechała na prom ciężarówka pełna żołnierzy. Zapłaciliśmy za bilety po 150 CFA. Wszyscy żołnierze byli lekko pijani. Jeden z nich, najmniejszy, ledwo trzymał się na nogach. Miał na sobie ogromny plecak, karabin maszynowy i załadowaną wyrzutnię rakietową, przy której bez przerwy majstrował. Co chwila popijał z manierki alkohol i obserwowałem go czekając tylko kiedy wysadzi cały prom w powietrze. Na szczęście dowódca lekko przywołał go do porządku, a przeprawa nie trwała za długo. Z wielką ulga dobiliśmy do drugiego brzegu i zaraz ruszyliśmy dalej.

Punkt kontrolny w Gwinei Bissau Przeprawa promowa przez rzeke Cacheu
Plynac promem Witamy w Bissau

Przemieszczaliśmy się bardzo sprawnie porządną drogą z przerwami na kontrole, do których powoli się przyzwyczajaliśmy. Przejechaliśmy przez ogromny most w Joalande, dopiero co wybudowany przy pomocy Unii Europejskiej i ostatnia kontrola odbyła się przy wyjeździe z północnej prowincji. Skrupulatnie sprawdzono nam tym razem dokumenty z wizami, a jeszcze dokładniej bagaże. Nie wiem czego chłopaki szukali, ale chyba nic nie znaleźli. Nagle wjechaliśmy do innego świata. Na ulicach tłoczno od samochodów w większości niebieskich Mercedesów 190 z napisem TAXI na dachu. Dworzec dla bush-taxi znajduje się daleko od centrum i zapakowaliśmy się z dwoma innymi pasażerami do niebieskiego mercedesa i za przewóz do centrum zapłaciliśmy 700 CFA. Poprosiliśmy o podwiezienie do polecanego w przewodniku hotelu Tamar. Była już prawie 19 i zaczynało zmierzchać. Hotel okazał się być strasznie drogi – pokój za 30000 CFA i to bez prądu, a w związku z tym bez klimatyzacji. Większość budynków w stolicy nie ma prądu, a duża część również bieżącej wody. Poszliśmy szukać lepszego. Znaleźliśmy pensjonat obok katedry w podobnej cenie z prądem, ale bez odrobiny wody. Za gorąco było cały dzień by pozwolić sobie na brak tego luksusu. Powoli zaczynało robić się ciemno co przy braku elektryczności w tak dużym mieście może budzić pewien niepokój. Po dłuższych poszukiwaniach w końcu wróciliśmy pod hotel Tamar i obok niego znaleźliśmy hotel bez nazwy, gdzie za 20000 dostaliśmy pokój z klimą i wanną pełną wody. Zawsze lepsze to niż nic. Poszliśmy na kolację do knajpy nieopodal gdzie mieli własny generator. Był więc prąd i nawet telewizja satelitarna z rzutnika na ścianę domu po drugiej stronie ulicy. Zajadając pyszne bagietki zapijane piwem oglądaliśmy mecz ligi mistrzów Milan – Barcelona. Po powrocie do hotelu niemiła niespodzianka – dostaliśmy świeczki gdyż właśnie prąd się skończył. Czekała nas więc gorąca noc. Na dworze ponad 30 stopni, a w pokoju chyba jeszcze więcej. Dobrze, że chociaż mieliśmy wodę by się umyć. Żeby było jeszcze ciekawiej w pobliżu całą noc pracował agregat silnikowy produkujący prąd niestety nie dla naszego hotelu...  

Biezaca woda to problem w stolicy Gwinei Bissau Port w Bissau wyglada na rzadko uzywany
Ruiny palacu prezydenckiego Mury fortecy w Bissau

27.04 Bissau – Ziguinchor

Generator przestał pracować dopiero nad ranem, więc za długo nie pospaliśmy tym bardziej, że chcieliśmy pozwiedzać miasto zanim zacznie robić się gorąco. Z powodu klimatu i warunków postanowiliśmy skrócić czas pobytu w Bissau. W świetle wschodzącego słońca bardzo miło spaceruje się po postkolonialnych uliczkach. Zapewne w czasach świetności miasto robiło dużo lepsze wrażenie, ale nawet po wieloletnim okresie wojen domowych i zniszczeń jest sporo miejsc wartych obejrzenia. Zwłaszcza budynki rządowe i siedziby przedstawicielstw innych krajów są odnowione i wyremontowane. 

Katedra w Bisssau Czy tu ktos jeszcze mieszka?... Szyby w oknach sa zbedne w Bissau

Najpierw poszliśmy do portu gdzie nic nie działo się o tej porze. Potem główną ulicą Avd Amilcar Cabral poszliśmy do pałacu prezydenckiego na końcu ulicy. Okazały budynek znajduje się w bardzo opłakanym stanie. Podobno wkrótce mają rozpocząć się prace renowacyjne, ale dotychczasowe próby zawsze były przerywane kolejnymi zamieszkami. Tuż obok znajduje się ciekawy budynek portugalskich linii lotniczych. Przeszliśmy także przez plac Che Guevary i na ulicach zobaczyliśmy rozkładające się stragany. Nie było problemów z wymianą dolarów u miejscowych cinkciarzy 1$ za 530 CFA. Zjedliśmy w małym hoteliku śniadanie – kanapki po 500 CFA i sok z tamaryszku po 300 CFA. Kasia została jeszcze na kawie, a ja poszedłem obejrzeć fortecę. Obszedłem ją dookoła, ale nie ma możliwości wejść do środka. Jest to wciąż obiekt wojskowy. Wprawdzie na murach mają armaty z XVII-XVIII wieku, ale zapewne w środku wojsko ma nieco lepsze uzbrojenie. Nie pozwolono mi jednak fotografować nawet murów i cieszyłem się, że nikt nie zabrał mi aparatu po kilkukrotnych upomnieniach, że tu trwa wojna i obiekty wojskowe są chronione. O 9.30 zaczęło się bardzo ocieplać i wróciliśmy do hotelu. Po dłuższej dyskusji z bardzo miłym właścicielem obniżyliśmy cenę z 20000 do 15000 CFA za pokój z powodu braku klimatyzacji. Pojechaliśmy taksówką za 700 CFA na dworzec autobusowy. Po drodze zaskoczyło nas natężenie ruchu na głównej drodze pełnej niebieskich mercedesów. Niestety na dworcu byliśmy pierwszymi chętnymi na Bush-taxi do Senegalu. Pora nie była najlepsza i musieliśmy czekać ponad dwie godziny na komplet pasażerów. Kupiłem płytę z lokalną muzyką za 2000 CFA. Usiedliśmy w taksówce, gdzie przy otwartych oknach lekki przeciąg nieznacznie ułatwiał oddychanie rozżarzonym powietrzem. Bilety kosztowały 4900 CFA + 1000 CFA za bagaż. Tuz po południu udało się skompletować załogę i mogliśmy ruszać. Tym razem mieliśmy bardzo miłych towarzyszy podróży a rastafariański kierowca doskonale prowadził starego Peugeota. Kontrole odbywały się sprawnie, a gdy kontrolujący nas urzędnik dowiedział się, że można z nami pogadać po portugalsku albo hiszpańsku zaraz zostaliśmy „amigos”. Przyniósł nam nawet krzesła byśmy nie musieli czekać na stojąco na kierowcę załatwiającego formalności. O dziwo już przy pierwszej kontroli przy wyjeździe za przedmieścia stolicy wbito nam do paszportu pieczątki wyjazdowe. Tradycyjnie na kolejnych kontrolach jadący z nami płacili po około 1000 CFA bliżej nieokreślonej opłaty i raz nawet chcieli od nas, ale odpowiedziałem im, że zapłaciłem za wizy i to powinno wystarczyć. Ku mojemu zdziwieniu dali nam spokój a jeden z jadących z nami Gambijczyków stwierdził z uśmiechem, że ciągle w Afryce wystarczy być białym by być lepiej traktowanym. Większość kontrolerów na posterunkach rozpoznawała nas od wczoraj i wcale nas nie sprawdzali. Przeprawa promowa odbyła się tym razem bez większych przygód i bardzo sprawnie posuwaliśmy się na północ. Na granicy mieliśmy już swoją rubrykę „Pologne” w dużej księdze i pojawiły się tam dwa kolejne krzyżyki, które zastąpiły pieczątki w naszych paszportach J. W Ziguinchor byliśmy około 16. Jeden z pasażerów dał nam kartkę z nazwą hotelu i tam pojechaliśmy taksówką za 400 CFA. Cena pokoi uzależniona była od standardu. Wzięliśmy z wiatrakiem za 11000 CFA ze śniadaniem w cenie. Znów zajrzeliśmy do „ La Casa ” na wieczorne danie dnia i piwo. Dość długo spacerowaliśmy wzdłuż rzeki szukając możliwości zorganizowania wycieczki łódką dziś wieczorem lub nazajutrz o poranku. Nie udało się znaleźć chętnych, więc wróciliśmy do hotelu z ogromnym arbuzem pod pachą.

Glowna ulica w Bissau Na dworcu w Bissau
Domki przy drodze w Bissau Zniwa?

28.04 Ziguinchor – Kotu

Śniadanie nie powaliło nas na kolana. Bułka z masłem i dżemem oraz kawą, względnie herbatą. Po dwóch dniach gorąca zapragnęliśmy wrócić do Sunset Beach. Poganiani przez rozgrzewające się powietrze odpuściliśmy wycieczkę po rzece i prosto po śniadaniu pojechaliśmy na dworzec. Tym razem ruszyliśmy bardzo szybko jako, że trafiły nam się dwa ostatnie bilety na bush-taxi. Błyskawicznie dotarliśmy do granicy i tu po znanych już formalnościach wpuszczono nas do Gambii z powrotem. Złapaliśmy kolejne bush-taxi i jeszcze przed południem byliśmy w Serekundzie. Na resztę dnia zaplanowaliśmy lenistwo w ramach hotelu. Darmowa kąpiel w basenie, piwko w barze po 65D i dość smaczna pieczeń wołowa za 150 D to nieliczne urozmaicenia wieczoru. Reszta czasu minęła nam na leżeniu na plaży względnie oglądaniu wiadomości z dalekiego świata.

Lodzie w porcie w Ziguinchor W wielu miejscach Afryki Zachodniej lodzie sa jedynym srodkiem transportu
Na ulicach Ziguinchor Interes chwilowo byl zamkniety...

29.04  Serekunda - Kotu

Wypoczęci wyruszyliśmy dość wcześnie z hotelu z zamiarem dotarcia na południe do Tanji Bird Reserve. Do Serekundy dojechaliśmy bez większych problemów, ale już przy wjeździe zdziwiły nas pustki na ulicach i dworcu. Okazało się, że ostatnia sobota miesiąca to tutaj dzień sprzątania. Wszystko było zamknięte co najmniej do 13 i nie jeździły żadne busy. Musieliśmy po raz kolejny zmienić nasze plany. Przeszliśmy pieszo całe miasto, które w niczym nie przypominało tego sprzed kilku dni. Na ulicach żadnych samochodów, nieliczni ludzie zajęci byli porządkowaniem ulic. Po ulicach jeździła ogromna ciężarówka z młodymi chłopakami pakującymi śmieci na pakę. W końcu dotarliśmy do Karaiba Avenue znacznie różniącej się od innych ulic. Sporo tu luksusowych budynków biurowych i centrów handlowych. Mnie jednak nie podobało się tu za bardzo. Dotarliśmy do plaży i wzdłuż niej pospacerowaliśmy w kierunku hotelu. Mijaliśmy luksusową rezydencję amerykańskiego ambasadora i kiepskiej jakości, na pierwszy rzut oka, pole golfowe. Dłużej zabawiliśmy na targu, gdzie zakupiliśmy drewniane misy i małe figurki słoni i hipopotamów. Zamówiliśmy także szachy ręcznej roboty dla Krzysia, ponieważ nie mieli zamykanego pudełka, ale obiecali nam je wykonać przed naszym wyjazdem. Po kąpieli w oceanie wróciliśmy do Fajary gdzie u „Mamy” obżeraliśmy się bufetem afrykańskim za 250D od osoby. Wybór był bardzo szeroki, a że chcieliśmy spróbować wszystkiego nasze żołądki musiały nieźle napracować się tego wieczoru. Sporo było kłopotów by donieść je do hotelowych łóżek…

Meczet w Serekundzie Na ulicach Serekundy po wielkim sprzataniu
Dzieci wesolo wybiegly ze szkoly Maly rzemieslnik

30.04 Wyspa Bijol 

Tym razem Serekunda tętniła życiem nic sobie nie robiąc z niedzieli. Większość mieszkańców Gambii to w końcu muzułmanie. Zapakowaliśmy się do prawie pełnego busa i po chwili jechaliśmy do Tanji. Gdy tylko zobaczyłem tabliczkę z napisem Tanji Bird Reserve zacząłem krzyczeć do kierowcy by się zatrzymał, ale odrobinę wywiózł nas za daleko. Dzięki temu wracając wzdłuż drogi mieliśmy okazję zobaczyć kolejny raz dużą czerwoną małpę, która niestety nie chciała poczekać aż wyjmę aparat.
Biuro przy parku było zamknięte i nie wiedzieliśmy czy pojawiliśmy się za wcześnie czy też pracownicy parku mają niedziele wolne. Poszliśmy przez las w kierunku plaży, gdzie okazało się że akurat mamy przypływ, a morze jest mocno wzburzone. Wzdłuż plaży poszliśmy aż do wioski rybackiej przy której zacumowane było mnóstwo niedużych łodzi. Na Brufut Beach przy niektórych łodziach uwijali się młodzi tubylcy. Okazało się, że jak większość mieszkańców mówi tylko po francusku i we własnym języku. Przybyli tu z Senegalu i osiedlili się zakładając wioskę. Zaprowadzili nas do starszego rybaka mówiącego nieco po angielsku. Naprawiał on akurat swoje sieci, ale chwilę z nami porozmawiał. Dowiedzieliśmy się, że nie ma możliwości popłynąć na wyspę Bijol bez zgody strażnika rezerwatu. Kary sięgają od 5000 D aż do roku więzienia. Musieliśmy więc wrócić do budki szumnie nazywanej biurem. Wracając pomogłem rybakom wyciągnąć jedną z łodzi na brzeg i jeden z nich dołączył do nas. Mohammed mówił po angielsku i zaproponował nam wycieczkę na wyspę bez wiedzy strażników, ale nie byłem pewien czy kary dotyczą tylko tubylców, a wolałem nie sprawdzać jaki standard mają gambijskie więzienia. Tym razem biuro było już otwarte i strażnik zaproponował nam wycieczkę na wyspę Bijol za 350D od osoby. Dostaliśmy nawet schematyczną mapę wysp. Razem ze strażnikiem wróciliśmy do wioski i gdy ten zaczął przygotowywać małą łódkę Mohammed przyprowadził kilku kolesiów i wioska z miłej i spokojnej zamieniła się w typową nastawioną na naciąganie turystów. Strażnik zażądał opłaty także za naszego nowego przyjaciela. Nie miałem zamiaru płacić, więc dostał ode mnie 50 D za pomoc w tłumaczeniu. Mimo wszystko ubrał kamizelkę ratunkową i zapakował się z nami do łódki na której był już miejscowy sternik.

Brufut Beach Lodzie trzeba wyciagnac na brzeg po pracy...
Czekajac na rejs Woda w oceanie jest goraca caly rok

Zaraz po odpłynięciu od brzegu pierwsza fala przemoczyła nas i nasz plecak całkowicie. Potem było już trochę lepiej, ale i tak od czasu do czasu ocean robił nam słony prysznic. Woda była ciepła, ale porywisty wiatr robił swoje. Strażnik płynący z nami drżał z zimna jak osika. Na szczęście nie zdążyliśmy przemarznąć. W ciągu pół godziny dopłynęliśmy na miejsce. Duże fale utrudniały znacznie przybicie do brzegu. Gdy wyskoczyliśmy na brzeg, motorniczy odpłynął na otwarte morze, by tam na nas poczekać. 
Trudno powiedzieć czy Bijol to wyspa czy dwie wyspy. Dzisiaj akurat były to dwie wyspy z powodu przypływu, ale w czasie odpływu, gdy poziom wody znacznie obniża się, wysepki stanowią jedna całość. Widać to doskonale na schematycznej mapie, którą otrzymaliśmy w kasie rezerwatu. Oczywiście lepiej przypłynąć tu w czasie odpływu, ale my nie mieliśmy tego szczęścia. W związku z tym bardzo trudno było przyglądać się wysiadującym jajka rybitwom. Są one bardzo płochliwe i głośno krzycząc wznoszą się nad plażą usianą czarno nakrapianymi jajkami. Staraliśmy się nie podchodzić za blisko i w miarę możliwości przemieszczać wzdłuż brzegu. Gdy rybitwa zostawi jajko na ponad pięć minut, wyziębi się ono na tyle, że nie ma szans by wykluło się z niego pisklę. Wykonałem zatem serię fotografii tysięcy rybitw dbających o swój gatunek, obejrzeliśmy pelikany na przeciwległym krańcu wyspy i po krótkim pobycie zaczęliśmy dawać znaki "kapitanowi" by wracał po nas. Żółwi nie udało się nam zobaczyć, ale te widać przy niższym poziomie wody. W okresie lęgowym zwiedzanie wysp jest bardzo ograniczone, więc byliśmy szczęśliwi, że w ogóle pozwolono nam tu dopłynąć. Zaproponowałem strażnikowi by zawiózł nas na plażę w Tanji, bo wydawało mi się po drodze, ale zażądał dodatkowo 300 D, więc podziękowałem. Dopłynęliśmy szybko na plażę w Brufut mocno przemoczeni. Oczywiście miejscowi chłopcy bardzo chętnie pomagali wyciągać łódkę na brzeg, cały czas mówiąc jak to strasznie muszą się namęczyć przy tej pracy. Kasia poszła wzdłuż plaży, a ja ze strażnikiem zacząłem rozmowę o zapłacie. Dostał umówione 700 D i stwierdził, że za mało, bo przecież musi zapłacić okolicznej młodzieży za pomoc. Naciągnął mnie więc jeszcze na 100 D i był bardzo niezadowolony, że tylko na tyle. Chłopaki próbowali mi jeszcze wcisnąć muszle, ale miałem dość ich natarczywości i poszedłem za Kasią wzdłuż plaży. Mohammed długo nie mógł się pogodzić, że nie dostanie więcej kasy i szedł z nami jeszcze długo tłumacząc jak to wiele dla nas zrobił. W końcu jednak dał spokój i pożegnał się całkiem miło życząc nam szczęścia w czasie dalszej podróży po Gambii. 
Szybko złapaliśmy minibusa do Serekundy, a dalej do Kotu. Lekko zmęczeni popołudnie spędziliśmy leniuchując w hotelu nad oceanem, wygrzewając się w afrykańskim słońcu. Zamówiłem jeszcze "lunch box" zamiast śniadania na jutrzejszą podróż.    

Na wyspie Bijol Ktos przeszkadza nam na naszej wyspie...
Widok z góry musi byc znacznie ciekawszy Cala wyspa jest pelna rybitw wysiadujacych jaja

1.05 Banjul, Barra, Bakau

Oczywiście zamówionego śniadania nie było na recepcji i musieliśmy czekać, aż je dla nas naszykują. Tym razem bułki nie były już tak smaczne jak poprzednio. Widocznie specjalista od bułek miał wolne ;)
Udało się nam wyjechać przed 7 do Serekundy. Po drodze w minibusie siedziałem koło miłego Gambijczyka i po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że jest policjantem i jednocześnie sportowcem. Biega w maratonach i biegach długodystansowych. Opowiedział mi o udziale w mistrzostwach świata w Helsinkach i licznych wyjazdach z reprezentacją na zawody i zgrupowania po całym świecie. Ostatnio był na obozie kondycyjnym w Kenii. Podobno reprezentacja Gambii w mistrzostwach policjantów w Szwajcarii w lekkoatletyce zajęła czwarte miejsce...
W Serekundzie pomógł nam złapać  minibusa do Banjulu. O dziwo był tańszy niż poprzednio - 6 D od osoby. Zatrzymał się przy ulicy 22 lipca niedaleko łuku. Do przystani promowej mieliśmy miły poranny spacer pustymi jeszcze ulicami stolicy.  Wprawdzie pierwszy poranny prom już odpłynął, ale nie musieliśmy za długo czekać na następny. Bilet kosztuje 5 D i w tą stronę nie było nawet za bardzo tłoku na pokładzie. Trzy promy kursują wahadłowo między Banjul a Barrą po drugiej stronie ujścia rzeki Gambii do oceanu. Przeprawa trwa około godziny - tak potężna jest ta rzeka nawet w porze suchej. Niebo było lekko zachmurzone, więc początkowo nie było nawet gorąco. Po przybyciu do Barry mijaliśmy potężną kolejkę czekających na wjazd na prom ciężarówek. Widocznie transport odbywa się tu głównie z północy na południe. 
Oczywiście od razu doczepił się do nas niezwykle uprzejmy właściciel najlepszej po tej stronie rzeki taksówki i proponował jazdę dokądkolwiek. Za przejazd do Jufureh - wioski Kunta Kinte z serialu "Korzenie" - zaśpiewał 1000 D i zarzekał się, że lokalnymi środkami transportu nie ma szans dotrzeć tam i wrócić w ciągu jednego dnia. Nie był to jednak cel naszej dzisiejszej wycieczki, chociaż koleś widząc nasz upór zjechał z ceny do 650 D i bardzo długo nie dawał za wygraną. Na dworcu przejął nas kolejny "pomocnik". Ten z kolei dowiedziawszy się, że planujemy dojechać do wyspy Ginak również roztoczył wizję niedostępności tegoż miejsca i próbował nam wcisnąć miejscową taksówkę. W końcu widząc nasz upór, zaprowadził nas do busz-taxi jadącego w tamtym kierunku. Nie był to jednak peugeot kombi, ale stary samochód terenowy. Zajęliśmy miejsca obok murzyńskich staruszek na pace, po uprzednim uściśnięciu dłoni każdej z nich. Przejazd miał kosztować po 25 D od osoby. Czekaliśmy spokojnie na zapełnienie się jeepa, kiedy kierowca zaczął pakować nam pod nogi worki z mąką. Coraz mniej było miejsca do siedzenia, a bagażu do zapakowania jeszcze sporo. Trochę nas to wkurzyło i biorąc pod uwagę dodatkowo przypiekające z nieba słońce, które właśnie na dobre wyszło zza chmur zrezygnowaliśmy z wycieczki do Ginak. Postanowiliśmy zwiedzić Barrę i wrócić do Banjul.

Na promie przez rzeke Gambie Targ w Banjul Kosciol w Bakau

Za dużo do zwiedzania jednak nie było. Jest to mała miejscowość portowa, żyjąca głównie z transportu ludzi i samochodów z brzegu na brzeg. Targ mają dość kolorowy, jak większość w Afryce Zachodniej. Dotarliśmy na plażę, gdzie zjedliśmy śniadanie, a potem przeszliśmy do położonych na brzegu pozostałości po angielskim forcie. Złomu tu chyba nikt nie skupuje, bo wokół poniewierały się stalowe  armaty, które lata świetności miały głównie w XVII - XVIII wieku. Fort jest zamknięty, ale jeśli ktoś się uprze to można znaleźć klucznika, który otworzy furtę prowadzącą do środka. 
Powrót z Barry był już trochę bardziej uciążliwy. Najpierw trzeba było wystać się w kolejce po bilety za 5 D, a potem jeszcze poczekać na przypłynięcie promu. Tym razem był wypełniony po brzegi i nie mieliśmy nawet miejsca by usiąść. Większość współpasażerów ubrana była na modę zachodnią i obiecywanych przez rezydentkę kolorowych strojów lokalnych za dużo nie widzieliśmy. Po kolejnej godzinie na wodzie byliśmy z powrotem w stolicy. Jakże tu inaczej niż o poranku. Nie dość, że straszliwie gorąco to jeszcze tłoczno na ulicach i bardzo gwarno. Szczególnie w porcie. Przeszliśmy więc na ulicę Nelsona Mandeli, na której zlokalizowanych jest kilka wyśmienitych knajpek arabskich. Usiedliśmy w libańskiej " King of Shawarma". Za 30 D można zjeść wyśmienitego falafela a za 50 D niezłą mięsną szałarmę. Do tego napoje gazowane po 15 D a naturalne soki za 30 D -  polecam grapefruitowy bez lodu. 
Kasia wypoczywała w knajpie, a ja wybrałem się na wycieczkę po markecie Alberta. Przyczepił się do mnie koleś mówiący po niemiecku i zaprowadził mnie najpierw do sklepu swojego wujka. Nie chciałem jednak kupować wyrobów tutejszych artystów, więc poszliśmy do stoiska z gambijską muzyką. Trochę dałem się tu zrobić w balona. Płyty były po 125 D. Wysłuchałem kilku i jedna nawet mi się spodobała. Nie mieli jednak wydać ze 150 D. Mój przyjaciel poleciał rozmienić kasę i tyle go widziałem... Musieli go jednak tu znać, ponieważ płytę dostałem bez żadnych dodatkowych dopłat. Inni kolesie próbowali mnie jeszcze zaciągnąć na lokalną wódkę, ale nie miałem za bardzo ochoty. Wróciłem po Kasię i  złapaliśmy minibusa do Bakau. To jedna z pierwszych miejscowości turystycznych na wybrzeżu gambijskim, słynąca głównie z narodowego stadionu sportowego i jeziorka, przy którym można podobno głaskać krokodyle. Są one tu symbolem płodności. Krokodyli nie głaskaliśmy, a poszliśmy do miejscowej przystani. Obejrzeliśmy różnego rodzaju ryby, aż po takie ogromne długości ponad  metr. Ciekawą propozycją wydaje się być wieczór na plaży przy przystani. Chłopaki zachwalali bardzo smażone na miejscu ryby. Również od znajomego Niemca słyszeliśmy, że szczególnie "ladyfish" jest tu wyśmienita i prawie nie ma ości. Było jednak jeszcze za wcześnie na wieczorne jedzenie ryby, a nasze żołądki pełne były libańskich przysmaków. Dojechaliśmy zatem do Fajary i plażą wróciliśmy do hotelu by odpocząć po trudach gorącego dnia.  

Prom plynacy przez Gambie do Banjul Twierdza w Barra
Na ulicach Barry Afrykanskie krajobrazy

2.05 Kotu - Wyspy Zielonego Przylądka - Frankfurt

Ostatni dzień na ziemi afrykańskiej upłynął głównie na przygotowaniach do wyjazdu. Rano pojawiła się jeszcze murzynka, która codziennie sprzątała nasz pokój i dekorowała łóżko pięknymi kwiatami. Bardzo się ucieszyła, gdy oprócz napiwku dostała jeszcze poszewkę na kołdrę. Musieliśmy jednak napisać jej specjalne pismo, że to prezent dla niej. Pracownicy są bowiem przeszukiwani przy wyjściu z hotelu.
Poszliśmy na spacer na okoliczne mokradła, ponieważ tu też mnóstwo rożnych ptaków. Czasami wyjeżdża się na  całodniowe wycieczki, a pod nosem można obejrzeć bardzo ciekawe okazy afrykańskiej fauny. Po serii zdjęć niewielkich ptaszków i większych świń biegających po okolicy wróciliśmy do hotelu by pakować dobytek na powrotną podróż. Zakupione za 1000D trzy ogromne kosze wiklinowe zapakowaliśmy jeden w drugi i oddaliśmy do recepcji gdzie miano nam je zabezpieczyć na podróż. Faktycznie poowijane były bardzo dokładnie ale kosztowało to prawie tyle co same kosze... 

Pawiany kolo Tenaby Na hotelowym drzewie
Nieznane mi stworzenie na gambijskiej plazy Czujny obserwator naszego sniadania

Trochę z żalem a trochę ciesząc się, że wracamy do domu dojechaliśmy minibusem do lotniska. Po drodze dyskutowaliśmy z młodym Niemcem. który zgodził się przewieźć karton papierosów jednemu z tubylców i wysłać je poczta do jego rodziny. Zastanawiał się bardzo długo i w końcu przed samą odprawą zostawił paczkę w koszu. Kto wie czy były tam tylko zwykłe papierosy... A może za dużo filmów oglądamy ? :)
Nasze wiklinowe kufry zostały specjalnie nadane i ponieważ nie przekroczyliśmy limitu wagi nie trzeba było dopłacać. W drodze do Europy wylądowaliśmy jeszcze na lotnisku w Sal na Wyspach Zielonego Przylądka. Tu musieliśmy wysiąść na terminal i po dłuższym oczekiwaniu związanym z tankowaniem i sprzątaniem samolotu wróciliśmy na pokład. Za dużo Wysp nie widzieliśmy ale na pewno w przyszłości będzie okazja tu wrócić. Samolot wzbił się w rozgwieżdżone niebo i tyle nas widzieli w Afryce.

Dzieciaki w Afryce nie maja tak zle :) Policjant w Bissau Senegalski rybak na Brufut Beach

3.05 Frankfurt - Kamyk

Za dużo to już nie ma co tu pisać. Chyba głównie podziękowania dla cioci i wujka którzy odebrali nas z lotniska we Frankfurcie i ugościli przed drogą królewsko. Dalej pojechaliśmy juz sami i po kilku ładnych godzinach dotarliśmy do naszego mieszkanka w Kamyku z głowami pełnymi kolorowych obrazów z Afryki Zachodniej i planami podbijania świata rodzinnie. 
Kasia zaraziła mnie odrobinę podglądaniem ptaków korzystając z tego, że dla ornitologów Afryka Zachodnia to raj. Przydałby się tylko lepszy obiektyw...
Gambia, moim zdaniem, jest idealnym krajem na początek zwiedzania Czarnej Afryki szczególnie dla osób, które dotychczas podróżowały głównie po kurortach europejskich. Jest tu egzotyka ale jest i hotelowy luksus. Są piękne plaże i wykwintne restauracje, ale jest też odrobina dzikiego interioru. Nie ma tu problemów językowych, gdyż większość mieszkańców dobrze mówi po angielsku, a w dodatku jest tu bardzo bezpiecznie.

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]

[ Uzbekistan  Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]

[ Kuba ] [Jordania Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria] [Maroko

[ Etiopia ]Gambia Słowacja 

Lanzarote Anglia Rzym Estonia Bieszczady

Argentyna Skandynawia