Islandia 2005
Kolejna wyprawa to tym razem wycieczka z Pawłem na Islandię. Bilety kupiliśmy za pośrednictwem Lturu za 625 zł od osoby. Najpierw jednak musieliśmy dojechać do Monachium. O siódmej ruszyliśmy w drogę przez Czechy. Tuż za Pragą fiesta postanowiła zastrajkować. Może dlatego, że całą drogę od domu myślałem, że już dawno nic się nie zepsuło. Nagle przestał pracować jeden cylinder. Po krótkiej konsultacji ze znajomym elektrykiem, doszliśmy do wniosku, że możemy spróbować dojechać pozostałe 400 km do lotniska na trzech cylindrach. Na szczęście większość trasy jechaliśmy autostradą. W Czechach trzeba było jednak za nią zapłacić – dwutygodniowa „winietka” kosztuje 200 koron. Na lotnisko w Monachium dojechaliśmy trzy godziny przed planowanym odlotem. Zostawiliśmy samochód na parkingu dla urlopowiczów, co kosztuje 45 € za osiem dni. Parking jest trochę oddalony od terminalu, ale można do niego dojechać darmowym autobusem. Samolot odleciał punktualnie. Pomimo taniego przelotu, dostaliśmy na pokładzie sporo dobrego jedzenia i napojów. Lot trwał 4 godziny. Wylądowaliśmy tuż przed północą czasu islandzkiego, a wokół było widno. W tym czasie w Polsce była druga w nocy. Na Islandii leżącej tuż przy kole podbiegunowym nawet w lipcu występują białe noce. Wymieniliśmy część pieniędzy – 1€ = 75 koron islandzkich (ISK). W informacji dowiedzieliśmy się kilku szczegółów na temat dalszego podróżowania, a najważniejszy był fakt, że bilet do Reykiawiku kosztował 1150 ISK. Postanowiliśmy więc przejść się 3 km do najbliższego campingu. Nie doszliśmy tam jednak, gdyż zaraz za lotniskiem zeszliśmy z głównej drogi na pole lawowe i za ogromnym głazem rozbiliśmy się na dziko. Najwięcej kłopotu mieliśmy z wbijaniem szpilek, a skończyło się na obłożeniu namiotu dookoła kamieniami, których tu nie brakowało. Zasnąć nie było łatwo. Nie dość, że widno, to jeszcze mnóstwo hałasu robiły startujące i lądujące samoloty i jeżdżące nie wiadomo czemu o tej godzinie samochody. Może faktycznie ludzie nie sypiają tu latem.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
15.07.05 Keflavik - Dyrholaey - Skogafoss - Vik
Zebraliśmy się dość szybko o siódmej, a przed zaczynającym się deszczem zdążyliśmy jeszcze zjeść śniadanie i umyć zęby. Plany na zwiedzanie Islandii były dość luźne, a w zasadzie to ich nie było. Najpierw chcieliśmy dojechać do stolicy. Ubraliśmy się w nasze goreteksowe ubranka i stanęliśmy na stopa. Na szczęście padało niezbyt mocno. Dość szybko zatrzymał się nam miły Islandczyk i jak większość tubylców mówił po angielsku. Po krótkiej dyskusji ustaliliśmy, że jedziemy wzdłuż wybrzeża na wschód, a on był tak miły, że podrzucił nas do drogi wylotowej ze stolicy w kierunku Selfoss. Tu też za długo nie postaliśmy i od razu zabrali nas islandzkie nastolatki mocno zdezelowanym peugeotem. To byli przedstawiciele już całkiem innego pokolenia niż poprzedni kierowca. Mieli bardzo luźne podejście do życia, niechlujne ubrania i rozczochrane włosy. Chodzili jeszcze do szkoły, ale latem pracowali zarabiając ok. 120 tys. ISK miesięcznie. Podobno zarobki „dorosłych” pracowników wahają się w granicach od 200 tys. do miliona ISK. Niestety z pięknych widoków wzdłuż pokonywanej trasy widzieliśmy niewiele z powodu deszczu i nisko wiszących chmur. Co chwila tylko nasi dobroczyńcy mówili nam, że w tym czy innym miejscu byłoby widać wspaniałe krajobrazy. Dowiedzieliśmy się jeszcze – co bardzo rozbawiło chłopaków – że wychodząc z domu na pijaństwo, na Islandii mówi się „idę poszukać Piotra i Pawła”. Bawiło ich to, że oni nie wyszli "szukać Piotra i Pawła", a znaleźli. Próbowaliśmy się od nich nauczyć kilku słów po islandzku, ale nie mogliśmy zapamiętać nawet „dzień dobry”. Gdy powiedzieliśmy ile w Polsce kosztuje piwo, chcieli tam jechać natychmiast. Na Islandii butelka kosztuje 500 ISK. Wysiedliśmy na krzyżówce w szczerym polu, ok. 30 km za Selfoss i ponownie mieliśmy szczęście, ponieważ od razu udało się nam zatrzymać terenówkę pełną zakupów. Za kierownicą siedziała bardzo miła Islandka mniej więcej w naszym wieku. Zdziwiło mnie, że chciała się w ogóle zatrzymać, gdyż z naszego powodu musiała przepakować połowę samochodu. Wiozła towar do swojego hotelu w Vik. Autostop na Islandii okazywał się znacznie prostszy niż myśleliśmy. Kobieta miała bardzo dobre zdanie o Polakach, którzy jej zdaniem są bardzo pracowici, nawet sama zatrudniała trzy Polki w hotelu. Co ciekawe opłacało jej się jechać 100 km na zakupy do supermarketu z niższymi cenami. Po drodze opowiadała nam dość dużo o Islandii i sama zaproponowała nam abyśmy wysiedli nieco wcześniej przy drodze na płaskowyż Dyrholaey, aby obejrzeć maskonury. Żeby ułatwić nam podróżowanie zabrała nasze plecaki na camping w Vik. My musieliśmy jeszcze dotrzeć ok.6 km do morza, ale po krótkim marszu zatrzymaliśmy parę Anglików z Bristolu, którzy również jechali podziwiać południowe wybrzeże Islandii. W okolicach latarni morskiej zrobiłem kilkanaście zdjęć prześlicznym maskonurom, których tysiące siedziało na skalnym urwisku. Pozwalały one podchodzić do siebie prawie na wyciągnięcie ręki. Ale nie tylko dla maskonurów warto było przyjechać w to miejsce. Krajobrazy wokół były niesamowite: czarne plaże, skalne łuki nad morzem, zielone wzgórza na horyzoncie i przebijające się przez chmury słońce. Obok gniazdujących na skałach mew przeszliśmy bardziej na wschód, by podziwiać widoczne w oddali skalne palce Reynisdrangur wystających nad powierzchnię morza. Nie mogliśmy dojść do nich, ponieważ akurat w tym miejscu plażę przecinała szeroka rzeka.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Nasyciwszy oczy widokami, postanowiliśmy dotrzeć do Vik. Oczywiście i tym razem bardzo szybko złapaliśmy autostop – tym razem podróżującą po wyspie parę Niemców. Ci namówili nas, aby wspólnie obejrzeć Skogafoss, olbrzymi wodospad, do którego jednak musieliśmy się wrócić lekko na zachód. Na miejscu dalej mieliśmy szczęście do pogody. Wspięliśmy się obok wodospadu, by z góry obejrzeć spadające w 62-metrową otchłań wody płynące z lodowca. Niemcy pojechali dalej na zachód, a my znów stanęliśmy na stopa, aby w końcu dotrzeć do naszych plecaków. Staliśmy przy głównej drodze z widokiem na Skogar, wioskę której nazwa oznacza las. Faktycznie na wzgórzach przy wiosce widać było niespotykaną gdzie indziej na Islandii ilość drzew. Podobno resztę islandzkich drzew wycięli Wikingowie wieki temu. Do Vik zabrał nas doradca ubezpieczeniowy, jadący na weekend na ryby. Ledwo zmieściliśmy się do jego samochodu, ale najważniejsze że dowiózł nas do celu podróży. Cały czas jechał zgodnie z przepisami, tłumacząc że mandaty na Islandii wynoszą od 20 do 50 tys. ISK. W Vik pole campingowe znaleźliśmy bez problemu. Na recepcji czekały na nas nasze plecaki i dwie staruszki obsługujące camping. Zapłaciliśmy 120 ISK i rozbiliśmy namiot. Ostatnim punktem dnia była wycieczka na pobliską plażę z czarnym piaskiem i widokiem na palczaste skały z drugiej strony. Miasteczko Vik jest bardzo małe, wg przewodnika liczy 310 mieszkańców, ale pomimo tego posiada termalny basen, a o ile się nie mylę to oglądając prognozę pogody w Polsce, jest ona zaznaczona na mapie Islandii.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
16.07.05 - Vik
Już w nocy obudził nas spory deszcz, którego krople uderzały w tropik naszego namiotu. Rano małą nadzieję zrobiła nam przerwa w deszczu, ale jak tylko zjedliśmy śniadanie, rozpadało się na dobre. Zwinęliśmy namiot bardzo szybko i postanowiliśmy przeczekać deszcz w campingowej świetlicy. Po godzinie deszczu stwierdziliśmy, że trzeba złapać stopa moknąc. Stanęliśmy więc przy drodze nr 1 machając przejeżdżającym samochodom. Staliśmy tak i stali marznąc w deszczu, a po 3,5 godzinach daliśmy sobie spokój i wróciliśmy na camping zrobić obiad. Autostopu na dziś mieliśmy dość. Pewnie większość kierowców nie chciała sobie pomoczyć tapicerki. Zjedliśmy spaghetti, przy którym poznaliśmy miłego Szwajcara, który spędzał tu miesiąc. Właśnie wrócił z pięciodniowego trekkingu i też usiłował bezskutecznie złapać stopa. Zapłaciliśmy za kolejną noc, rozbiliśmy namiot i wybraliśmy się na wiejski basen, czynny w weekendy do 17.00 Mieliśmy całą godzinkę, by nacieszyć się leżeniem w 40-stopniowej wodzie pod gołym niebem. Za 300 ISK na dzień 310 obywateli Fik ma możliwość skorzystania z kompleksu trzech basenów: dużego do pływania – 28°C, średniego – 34°C i małego z jackuzzi – 40°C. Na głowę ciągle padało, a my wylegiwaliśmy się w ciepłej wodzie w towarzystwie samych tubylców. Leżenie w gorącej wodzie potrafi nieźle zmęczyć. Co ciekawe w szatni na basenie nie było żadnych szafek. Wszyscy wieszają ubrania, dokumenty i inne osobiste rzeczy na wieszak. Przed wejściem na basem, trzeba się najpierw dokładnie umyć, a mydło jest udostępniane gratis. Wieczór spędziliśmy w świetlicy. Co ciekawe, Niemcy, którzy wrócili z Jökulsarlon, położonego trochę bardziej na wschód opowiadali, że cały dzień mieli słońce. Spać poszliśmy pełni nadziei, że następnego dnia pogoda będzie lepsza i zdecydowani, że jeśli stop będzie funkcjonował tak jak dziś, wydamy trochę pieniędzy na autobus albo wynajęcie samochodu.
![]() |
![]() |
![]() |
17.07.05 Vik - Kirkjubæjarklaustur - Skaftafell - Jökulsarlon - Selfoss
Wstaliśmy bardzo wcześnie – o 7.00 rano i na szczęście nie padało. Wszyscy jeszcze spali. Zjedliśmy tradycyjne śniadanie, serek i suszoną kiełbasę, zwinęliśmy namiot i ustawili w tym samym miejscu co wczoraj. Po godzinie doszliśmy do wniosku, że może to miejsce jest pechowe. Przeszliśmy więc kilkaset metrów w kierunku wioski i po kilkunastu minutach, udało się nam zatrzymać młodą parę Łotyszy. Vika i Gints za 1000 € na osobę wykupili sobie pakiet – wypożyczenie samochodu i noclegi na wyspie na tydzień. Jechali aż do Höfn, co było dla nas niesamowitą okazją. Korzystaliśmy podwójnie, ponieważ zatrzymywali się we wszystkich ciekawych miejscach. Pierwszym przystankiem był wodospad Systrafoss ( po polsku Wodospad Sióstr ) w Kirkjubæjarklaustur, obok którego obejrzeliśmy też fragmenty „kościelnej” podłogi Kirkjugólf. Wygładzona powierzchnia bazaltowych kolumn ukrytych pod powierzchnią ziemi wygląda jak regularna mozaika podłogowa, prawie niemożliwe wydaje się, że nie wykonała tego ludzka ręka tylko matka natura.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
W czasie wspólnej podróży rozmawialiśmy z miłymi Łotyszami, którzy byli bardzo dobrze przygotowani do wycieczki. Wszystkie miejsca, które chcieli odwiedzić mieli zaznaczone na mapie i dodatkowo wydrukowali wiele informacji z internetu. Z notatek tych dowiedzieliśmy się np., że trenowali tu amerykańscy astronauci przed wyprawą na księżyc. Kolejnym punktem wycieczki była „wioska hobbitów”, obok niedużego – jak na islandzkie warunki wodospadu. Wszystkie domki łącznie z niedużym kościółkiem były obrośnięte trawą. Nie pamiętam nazwy, ale na tej miejscowości kończyła się kraina zieleni, a zaczynał sandur – pustkowie z lodowcami na horyzoncie, gdzie z powodu erupcji wulkanicznych i regularnych powodzi powodowanych przez lodowce już nikt nie mieszkał. Krajobraz był zdominowany przez ciemny, wulkaniczny piasek i płynące przezeń rzeki, niosące brudną wodę z lodowca. Przy pięknej, słonecznej pogodzie na horyzoncie widzieliśmy czapę największego lodowca Islandii - Vatnajökull. Wybuch wulkanu 1996 roku zniszczył całkowicie mosty i drogi prowadzące przez tereny Skeidarsandur i przez długie miesiące nie było połączenia do miejscowości położonych na południowo – wschodnim wybrzeżu. Na szczęście do czasu naszej podróży mosty i drogi odbudowano. Byliśmy szczęśliwi, że wczoraj nikt nas nie zabrał, bo dzisiaj w pięknym słońcu mogliśmy podziwiać krajobraz przy doskonałej widoczności.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zatrzymaliśmy się na dłużej w Parku Narodowym Skaftafell. Łotysze poszli zobaczyć czoło lodowca, a my wybraliśmy się na małą wycieczkę pod górę do wodospadu Svartifoss. Na szlaku mijaliśmy wielu turystów wykorzystujących piękną pogodę i po półgodzinnym marszu doszliśmy do wodospadu spadającego wśród bazaltowych skał. Dookoła, przez cały czas widoki były niesamowite i myślę, że można by tu spacerować przez kilka dni na licznych i dość dobrze oznakowanych ścieżkach. Jak się później dowiedzieliśmy można też przy kempingu wynająć przewodnika i wypożyczyć sprzęt by zdobyć najwyższy szczyt Islandii Hvannadalshnukur ( 2119 m n.p.m.). My byliśmy jednak umówieni z Łotyszami na dalszą podróż. Droga wiodła cały czas na wschód. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by fotografować mijany lodowiec. Widoki zapierały dech w piersiach, szczególnie w miejscach gdzie jęzory lodowca schodziły całkiem nisko. W końcu dojechaliśmy do celu naszej podróży – Jökulsarlon. Jest to laguna pełna oderwanych od lodowca niewielkich gór lodowych. Niestety nie wolno tu biwakować. Vika i Ginc skorzystali z możliwości wycieczki łódką po lagunie za 2,5 tysiąca ISK. My nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami z brzegu i pożegnawszy naszych dobrodziejów przeszliśmy na drugą stronę laguny przez wąski most, obserwując płynące do morza kry.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zadecydowaliśmy, że nie jedziemy dalej na wschód, dzisiejszą noc spędzimy w Skaftafell na polu namiotowym. Ruch był niewielki, a przejeżdżające samochody były pełne. Poszedłem więc na parking, na który podjechała akurat para Islandczyków w średnim wieku i zapytałem czy nie jadą na zachód. Po dłużej chwili namysłu i wnikliwej obserwacji mojej osoby okazało się, że jadą aż do Reykiawiku i mogą nas zabrać. Islandczycy nie byli zbyt rozmowni i tylko od czasu do czasu nasz kierowca flegmatycznie do nas zagadywał. Miał firmę budowlaną i razem wracali z weekendu do domu. Wyjechaliśmy z Jökulsarlon ok. 18.30, a do Reykiawiku było ok. 400 km , na szczęście na okrągło było widno. Po 300 km podróży, ok. 21.00 kierowca postanowił zrobić sobie przerwę i odwiedzić znajomych.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wysiedliśmy więc w Hella, by dalej łapać stopa. Ledwie wyciągnąłem rękę, kiedy zatrzymała się islandzka szczebiotka po dwudziestce. Zapakowała nas do zabałaganionego samochodu i całą drogę trajkotała bez przerwy. Po angielsku mówiła bardzo dobrze, ale przede wszystkim bardzo dużo. Ok. 22.00 zawiozła nas na camping w Selfoss. Zdążyliśmy tylko ugotować zupkę i spaghetti, gdy recepcjonista ogłosił ciszę nocną; zamknął kuchnię i zainkasował od nas 500 ISK za nocleg i poszedł do domu. Dowiedzieliśmy się, że gorąca woda nie nadaje się do picia - zajeżdżała siarką, ale zimna smakowała wybornie. W międzyczasie poznaliśmy Kathrin, miłą, samotnie podróżującą Niemkę, która opowiadała nam o swych podróżach po Islandii. Jeździła głównie autobusami wykupując bilety na poszczególne trasy. Najbardziej opłaca się kupić bilet okresowy na cały kraj lub tylko na rejon po którym jeździmy. Niezależnie od ilości postojów i przerw cena jest stała i uzależniona od wielkości i dostępności regionu. Gadaliśmy przy "starej myśliwieckiej" do 2 w nocy, a cały czas było widno na tyle, że oglądaliśmy przewodnik bez latarek. W końcu zmęczenie okazało się być silniejsze i poszliśmy spać.
18.07.05 Sellfoss - Geysir - Gullfoss - Pingvellir - Snaefellsnes
![]() |
![]() |
Zgodnie z prognozami słońce grzało nieprzyzwoicie od samego rana, ale tym razem pospaliśmy trochę dłużej. Zjedliśmy na śniadanie jajka, które dostaliśmy od Kathrin i chyba jako ostatni opuściliśmy kemping. Niemka pojechała dalej autobusem, a my musieliśmy przejść przez całe miasteczko, a nawet 2 km dalej, do skrzyżowania z drogą do Geysir. Usiedliśmy przy drodze i opalając się czekaliśmy na poczciwego człowieka. Po raz kolejny szczęście uśmiechnęło się do nas, i to jeszcze jak! Zatrzymaliśmy małego, czerwonego hyundaia, z którego wnętrza wyglądał Heinz i za bardzo nie wiedział gdzie jechać, bo w zasadzie trafił tu przypadkowo na niecałe 3 dni, lecąc z USA. Wracał właśnie z 6-tygodniowej wyprawy rowerowej po zachodnich Stanach. Był bardzo rozmowny, a że spodobaliśmy się mu tak samo jak on nam, spędziliśmy z nim następne 2 dni – ja ustalałem trasę, a on był kierowcą.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Najpierw pojechaliśmy do Geysir obejrzeć gejzery. Niestety od dawna nieczynny jest już Geysir – gejzer, od którego nazwę wzięły wszystkie inne. Na szczęście jego mniejszy brat Stokkur wyrzuca wodę na wysokość 30- 40 metrów regularnie co 5-7 minut. Dookoła gejzeru stał tłum turystów i trzeba dość rozważnie wybrać miejsce obserwacji by po takim wybuchu gejzeru nie być przemoczonym nawet stojąc dość daleko. Wszędzie unosi się tu zapach siarki a krajobraz przesłaniają opary wydostające się z ziemi. Obejrzeliśmy kilka wybuchów i pojechaliśmy dalej obejrzeć Gullfoss leżący około 6 kilometrów dalej. Trzeba mieć szczęście by trafić tu przy dobrej pogodzie bo wtedy wodospad prezentuje się nam w całej okazałości z pięknymi widokami na horyzoncie. Trzeba tylko uważać by w czasie fotografowania kłębiąca się woda unoszona przez wiatr nie zalała nam obiektywu. Najpierw doszliśmy do punktu widokowego przy samej szczelinie, w którą spadają masy wody. Potem ogrodzoną ścieżką doszliśmy do miejsca, skąd na tle wodospadu widać było piękną tęczę. Po serii fotografii wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy w kierunku Pingvellir, gdzie docelowo planowaliśmy zakończyć podróż tego dnia. Pomimo szutrowej drogi, jechaliśmy dość szybko, aczkolwiek co chwila prosiłem o postój w celach fotograficznych. Dotarliśmy do doliny Pingvellir nad pięknym jeziorem Pingvallavatn. To tutaj od X w. zbierał się islandzki parlament, po raz pierwszy w 930 r. Tutaj także ponad 1000 lat temu Islandia przyjęła chrześcijaństwo. W tej zielonej dolinie, przez którą przepływa rzeka Oksara znajduje się kilka szczelin tektonicznych. Przespacerowaliśmy się wzdłuż jednej z nich aż do punktu widokowego skąd pięknie było widać kościół, rzekę i otaczające wzgórza. Postanowiliśmy jednak, że nie zostaniemy tu na noc i pojechaliśmy na północ od Reykiawiku.
![]() |
![]() |
![]() |
O 19.00 ruszyliśmy w dalszą drogę na zachód w kierunku morza. Wiało tak bardzo, że w trakcie robienia fotografii urwie mi głowę, a Heinz stwierdził, że takiego wiatru nie chciałby mieć jadąc na rowerze. Przy morzu odbiliśmy na północ i jechaliśmy w kierunku Akranes. Heinz zapłacił za przejazd 5km tunelem pod fiordem 1000 ISK i jechaliśmy dalej ku półwyspowi Snaefellsnes, który miał być celem wycieczki tego dnia. Za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie będziemy nocować, ale w przewodniku wyczytałem, że w Hellissandur jest pole campingowe. Aby tam dojechać trzeba było jednak przejechać przez cały półwysep. Na szczęście dni są tutaj dość długie.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wieczorne słońce wraz z chmurami tworzyło nam niesamowity spektakl świetlny. Minęliśmy wulkan Eldbord podziwiając pola lawy wokół niego i wjechaliśmy w krainę elfów. Niestety chmury zasłoniły szczyty lodowca Snaefellsjökull i wszystkie elfy poszły już spać. Mijaliśmy piękne wodospady i pola lawy, obejrzeliśmy słupy skalne Blandlangar i latarnię morską Malariff. Mogliśmy również podziwiać wyrzeźbione lawą zbocza Snaefell (wys. 1446 m .n.p.m.). To tutaj Juliusz Verne umieścił początek swojej akcji „Podróży do wnętrza ziemi”. Minęliśmy radary amerykańskiej bazy i już po chwili byliśmy w Hellissandur. Bez problemu znaleźliśmy pole namiotowe i około 23.00 wzięliśmy się za rozbijanie namiotu. W czasie spaceru po miasteczku spotkaliśmy dzieciaki bawiące się na podwórkach pomimo tak późnej pory. Tuż przed północą słońce zrobiło nam numer i zaszło za horyzont. Pomimo tego było dość widno, a na ponowny wschód słońca już nie czekaliśmy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
19.07.05 Hellissandur - Rejkiavik
Obudziliśmy się o ósmej, najwcześniej ze
wszystkich turystów. Zagotowaliśmy wodę na herbatę, zjedliśmy serek i kiełbasę
i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem jechaliśmy północnym wybrzeżem półwyspu,
które wg Heinza było jeszcze piękniejsze niż południowe. Pomiędzy
rybackimi wioskami Olafsvik i Grundarfjördur droga wiła się wzdłuż wybrzeża
z cudownymi widokami na okoliczne góry i wzgórza. Według Heinza – wspaniała
trasa rowerowa. Zwiedziliśmy port Olafsvik, a jadąc dalej w pewnym momencie
odbiliśmy na drogę numer 56, by przeciąć półwysep w kierunku Rejkiawiku,
do którego dotarliśmy bardzo szybko. Heinz zawiózł nas na camping w parku
Langadalur. Pożegnaliśmy się z nim bardzo serdecznie, dziękując mu za
wszystko.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Pogoda była wspaniała i po raz pierwszy mogliśmy
chodzić w samych podkoszulkach. Musieliśmy zapłacić po 800 ISK za camping,
ale standard był tu znacznie wyższy od poprzednich. Trzeba było niestety płacić
dodatkowo za prąd przy gotowaniu, ale gorące prysznice były za darmo. W
kuchni uzupełniliśmy zapasy żarcia zostawionego w specjalnym miejscu przez
turystów, którzy już wyjechali z Islandii, a nawet znaleźliśmy dwie, prawie
pełne butle gazowe. Z pełnymi żołądkami poszliśmy odpocząć na pobliski
basen. Wstęp kosztował 250 ISK, ale jak w całej Islandii jest to opłata stała,
niezależnie od czasu trwania kąpieli. Cały kompleks jest rewelacyjny,
zaczynając od mnóstwa pryszniców, suszarek do kąpielówek i darmowego, pachnącego
płynu do kąpieli, na licznych basenach kończąc. 50-metrowy basen miał 8 torów
z idealnie czystą wodą, a wokół niego znajdowało się kilka mniejszych
basenów z wodą coraz cieplejszą. Najpierw popływaliśmy, a potem już tylko
wylegiwaliśmy się w gorącej wodzie. Po 2 godzinach mieliśmy dość i
postanowiliśmy choć odrobinę zwiedzić stolicę. Wprawdzie do ścisłego
centrum było 5 km , ale bilet autobusowy kosztował 250 ISK. Poszliśmy więc piechotą –
przecież to zdrowiej! Po raz pierwszy, nie licząc zakupu jednej butli gazowej,
wybraliśmy się na zakupy odwiedzając supermarket „Bonus”. Kupiliśmy
paczkę jabłek, jogurt, mleko, ciastka i dwa piwa kiepskiej jakości, płacąc
za wszystko 700 ISK. 1kg kurczaka kosztował 1000 ISK więc postanowiliśmy
poczekać na domowego kurczaka u Jurka. Kupiliśmy jeszcze kartki pocztowe i
karty do gry dla Krzysia. Doszliśmy do samego centrum pod parlament i ratusz,
gdzie tak jak sporo młodych ludzi, rozłożyliśmy się na trawniku
w celu wypicia piwa. Chciałem sfotografować trochę tubylców, ale nie wiedziałem
jak ich odróżnić od turystów – wyglądali tak samo. Obejrzeliśmy jeszcze
wystawę zdjęć pt.: „Twarze północy”, na których znany islandzki
fotograf prezentował trudy życia ludzi na Islandii, Grenlandii i Wyspach
Owczych. Spacerując uliczkami w centrum Reykiawiku trochę żałowaliśmy, że nie stać
nas na piwo i kolację w knajpie. Piwo kosztowało 600 ISK, a najtańszy obiad
– 2.000 ISK. Zajadaliśmy więc jabłka. Dopiero po powrocie na camping
zrobiliśmy sobie ze zdobycznych zapasów kuskus z pysznym sosem. Po raz
pierwszy noc była bardzo ciepła.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
20.07.05 Reykjavik - Keflavik - Grundavik
Zrezygnowaliśmy niestety z kolejnej wizyty na stołecznym basenie i zmieniając
nieco plany postanowiliśmy zwiedzić dość dokładnie Reykjanes - półwysep
położony na południowym - zachodzie, a co najważniejsze w pobliżu lotniska.
Nie chcieliśmy ryzykować wyjazdów dalej, ponieważ przy naszym środku
lokomocji różnie mogłoby to wyglądać.
Do tej pory mieliśmy jednak szczęście i dalej miało nas ono nie opuszczać.
Ponieważ dla autostopowiczów kemping w Reykjaviku nie jest położony
najlepiej, musieliśmy przespacerować się około 4 km do drogi wylotowej na południe
miasta. Zaraz jak tylko znaleźliśmy małą zatoczkę przy tej drodze zatrzymał
się nam młody człowiek widząc kartkę z napisem, że chcemy jechać do
Keflaviku. Planowaliśmy wstępnie zajechać tam i zostawić plecaki na kempingu
a potem zwiedzać półwysep bez bagażu. Po kilkunastu minutach rozmowy po
angielsku okazało się, że jest z Litwy i super mówi po polsku :) Dalej
konwersacja toczyła się już zatem w ojczystym języku. Naszym ojczystym, ma
się rozumieć. Robert podjechał tylko po swoją dziewczynę i pojechaliśmy
razem prosto do Keflaviku. Przyjechał na Islandię przed 5 laty i nie wyobraża
sobie teraz już powrotu na Litwę - chyba że na urlop - mówi że tam za gorąco
dla niego...
![]() |
![]() |
Zwiedziliśmy małe miasteczko i po raz kolejny zmieniliśmy plany postanawiając
jechać z Robertem do Grundaviku. Miejscowość ta leży kilka kilometrów na południe
od Błękitnej Laguny nad morzem wśród rozległych pól zastygłej lawy.
Robert był tak miły, że podwiózł nas jeszcze trochę za Grundavik ku pięknemu
wybrzeżu klifowemu. Zrobiliśmy oczywiście mnóstwo fotek i cieszyliśmy oczy
pięknymi widokami, a płuca morską bryzą. Dociera tu niewielu turystów gdyż
miejsce nie jest szczególnie rozreklamowane a przyjechać naprawdę warto. Wróciliśmy
do Grundaviku na pole namiotowe, gdzie pożegnaliśmy się z naszym kolejnym
dobroczyńcą wymieniając adresy mailowe. Ile to człowiek interesujących
ludzi może poznać dzięki autostopowi...
Słońce zostało niestety w Reykjaviku, ale na szczęście nie padało, więc wybraliśmy się na pieszą wycieczkę po okolicznych bezdrożach. Doszliśmy aż
do Błękitnej Laguny ale kąpiel tam zaplanowana była nazajutrz. W promieniu
wielu kilometrów, aż po horyzont wszędzie widać porośnięte mchami czarne
kamienie pochodzenia wulkanicznego. Mieliśmy trochę wyrzutów sumienia
chodząc po dywanie z mchów, ale czasami nie było innej drogi, a szlaki z mapy
nie były zbyt łatwe do odnalezienia. Porzuciliśmy pomysł wspinania się na
wzgórze koło kąpieliska. Wracając do Grundaviku stoczyłem tylko krótką
walkę z mewą, która prawdopodobnie próbowała odciągnąć mnie od gniazda i
pikowała w moim kierunku wznosząc się z powrotem w odległości około 2 metrów
od mojej głowy. Paweł miał niezły ubaw i kręcił sceny prawie jak z
"Ptaków" Hitchcocka. Wieczór spędziliśmy na nowoczesnym basenie w
Grundaviku - wstęp 300 ISK. Tu chyba w każdej miejscowości jest uroczy basen z
gorącą wodą, ale przecież za dużych wydatków w celu jej podgrzania ponosić
nie muszą. Po basenie na kempingu, po raz pierwszy w czasie naszej wycieczki,
spotkaliśmy Polaków z Gliwic, którzy przylecieli z dwójką dzieciaków i
dopiero zaczynali swą podróż po Islandii.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
21.07.05 Grundavik - Blue Lagoon - Keflavik - Monachium
Ostatni dzień na Islandii. Niebo dalej raczej zachmurzone, ale nadal na szczęście
bezdeszczowo. Postanowiliśmy poleniuchować nie ryzykując
dalszych wypadów przed dzisiejszym nocnym odlotem. Z samego ranka trzeba było
zapłacić 500 ISK od głowy za kemping. Tu rada - śpiochy nie płacą. Zbierający
pieniądze przychodzi raz dziennie i jeśli nie ma od kogo pobrać to nie
pobiera ;). Poznani wczoraj Polacy wstali po 10 rano i zdziwieni byli, ze trzeba
płacić skoro w przewodniku napisali, że kemping darmowy...
Spotkaliśmy o dziwo inna parę Polaków z Warszawy kończących już swoja podróż
po Islandii. Przypłynęli tu ze swoim terenowym samochodem przez Wyspy Owcze i
objechali całą wyspę dookoła i nie tylko. Ale na to trzeba mieć minimum 2
tygodnie i własne autko ;). Największym przeżyciem była dla dziewczyny
wspinaczka na szczyt lodowca Vatnajokull i trochę jej zazdrościłem, że nie
zafundowaliśmy sobie tej 14 godzinnej przyjemności za 10 000 ISK od osoby. W
cenie przewodnik i wypożyczenie sprzętu. Może zdecydujemy się następnym
razem....
Opłata za kemping upoważnia do 50% zniżki na zwiedzanie miejscowego muzeum
produkcji solonych ryb. Było to jedyne muzeum odwiedzone przez nas na Islandii
i musze przyznać, że bardzo mi się podobało. Spędziliśmy w nim 2 godziny
nie tylko czytając o historii przemysłu rybnego, ale oglądając filmy o
codziennym życiu zwykłych ludzi na Islandii przed wieloma laty. Nie zdawaliśmy
sobie sprawy na jaką skalę na przełomie wieków XIX i XX produkowano tu
solone ryby, które potem były przysmakami na stołach Hiszpanii, Włoch czy w
krajach Ameryki Południowej. Dopiero filmy pokazujące hektary islandzkich pól
pokrytych suszącymi się tonami ryb i krzątających się wokół nich tłumów
Islandczyków uzmysławiają czym był ten przemysł dla Islandii. Jeszcze
bardziej zafascynował mnie film pokazujący połów ryb przy pomocy małych łódek
i liny z zaczepionymi kilkudziesięcioma haczykami. Pokazywał on dokładnie jak
wyglądało życie na Islandii przed epoką wielkiego przemysłu.
Ostatnim punktem programu naszej wycieczki była wizyta w Blue Lagoon. Jest to słynny,
duży kompleks rekreacyjno - leczniczy, w którym prędzej czy później lądują
prawie wszyscy turyści odwiedzający Islandię. Może z powodu bliskości
lotniska, a może z powodu uroku kąpieliska z turkusową, gorącą wodą pośród
lawowych pól przewija się tu codziennie tłum ludzi. Nie przeszkadza to jednak
w relaksie, ponieważ ośrodek jest na prawdę duży i zawsze można znaleźć
miejsce dla siebie. Cały system szafek, pryszniców, przebieralni podobnie jak
w większości basenów islandzkich jest doskonale zorganizowany. Tutaj jednak
przyjemność termalnej kąpieli jest nieco droższa niż na zwykłym basenie i
za wstęp płaci się 1600 ISK. Oprócz dużego basenu, można skorzystać też z sauny, łaźni parowej, wodnego masażu oraz z
masażu
leczniczego - ten ostatni już jednak za dodatkową opłatą -
jedyne 6000 ISK... W basenie woda jest tym
cieplejsza im bardziej zbliżamy się do miejsca w którym wypływa ona z ziemi,
a w najcieplejszym miejscu dochodzi do granic wytrzymałości termicznej skóry
- przynajmniej mojej ;)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po długim leniuchowaniu w gorącej w wodzie pozostało nam tylko wrócić na
lotnisko, na którym nasza podróż się rozpoczęła. Udało nam się złapać
ostatniego już stopa i mili Belgowie zawieźli nas pod sam terminal, pomimo iż
musieli nadłożyć kilkanaście kilometrów w przeciwnym kierunku niż
zamierzali jechać. Na lotnisku mieliśmy jeszcze sporo czasu i obserwowaliśmy
demontaż i pakowanie rowerów, na których ambitniejsi turyści z Niemiec
zwiedzali wyspę. Jest to możliwe, ale trzeba mieć dużo samozaparcia i
kondycji, głównie z powodu ostrych wiatrów często wiejących rowerzystom w
oczy. .
Pożegnaliśmy piękną wyspę z mocnym postanowieniem powrotu w przyszłości
bliżej nieokreślonej, zauroczeni pięknem wodospadów, gejzerów, lodowców,
białych nocy i maskonurów ;) Trzeba będzie jednak zorganizować ten kolejny
pobyt z własnym środkiem lokomocji by mieć możliwość dotarcia do wnętrza
wyspy, które dla nas pozostało jeszcze do odkrycia...
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]
[ Uzbekistan Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]
[ Kuba ] [Jordania Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria] [Maroko]