20.05.05 Sharm el Sheikh - Nuweiba - Akaba
By odwiedzić względnie tanio Bliski Wschód i nie tracić zbyt dużo czasu
na podróż lądem można wybrać opcje przelotu czarterem do Egiptu lub Turcji.
Poprzednio lecieliśmy do Antalyi, tym razem na Półwysep Synaj. Przelot z opłatami
do Sharm el Sheikh kosztował nas 900 PLN od osoby. Dziadek Jurek odwiózł nas
do Warszawy, chociaż wolałby oglądać mecz żużlowy w Częstochowie ;)
Trzeciego uczestnika wyprawy - Rafała spotkaliśmy juz na lotnisku. Co ciekawe
w ramach oszczędności, jedzenie na pokładzie samolotu trzeba było sobie kupić
samemu...
Samolot był pełen turystów lecących do luksusowych hoteli nad zatoka Akaba.
My byliśmy jedynymi, których po wylądowaniu o 2.30 w nocy nie zabrał żaden autokar
hotelowy. Zakupiwszy znaczki wizowe za 15 USD musieliśmy niestety poczekać do
świtu by wydostać się z lotniska na dworzec autobusowy. Noce nawet w maju tu
gorące, więc pospacerowaliśmy po nowoczesnym terminalu i posiedzieliśmy pod
palmami. Akurat miałem czas poczytać przewodnik i zaplanować wycieczkę ;)
Taksówkarze chcieli 100 funtów egipskich ( 1USD = ok.6 funtów egipskich ) za transport na dworzec.
Gdy tylko
egipskie ciemności się zakończyły, wyszliśmy przed teren lotniska i obok
dwupasmowej trasy zaczęliśmy łapać stopa. Po krótkiej chwili podjechał
"normalny" taksówkarz i po krótkich targach pojechaliśmy na dworzec
za 20 funtów. Byliśmy tam przed 6.00 a pierwszy autobus do Nuweiby odjeżdżał
o 9.00. Znów musieliśmy czekać, tym razem jednak obserwując duży ruch na
dworcu i brud bardzo kontrastujący z porządkiem na lotnisku. Dworzec obsługiwał
jednak głównie ludność miejscową. Bilety załatwił nam koleś z baru i od razu nauczka na przyszłość i przestroga dla wszystkich - trzeba
z takimi kolesiami uzgadniać ceny na początku. Wprawdzie bilety miały cenę
stałą - 26 funtów od osoby i tyle zapłaciliśmy, ale naciągnął nas nieźle
na herbacie. To jedna z droższych herbat w moim życiu ;)
Mieliśmy do przejechania 150 km, a autobus jechał ponad 3
godziny. Nie był on pierwszej nowości, a poza tym dość często zatrzymywały
nas kontrole. Na mocno uzbrojonych posterunkach sprawdzano bardzo dokładnie
dokumenty w obawie przed zamachami. Co ciekawe nasze paszporty też były
wertowane skrupulatnie.
![]() |
![]() |
O 12.00. byliśmy w Nuweibie. Miasteczko bardzo przygnębiające. Zniszczone
domy, zamknięte hotele tworzyły smutny krajobraz uzupełniany śmieciami i brudem. Cieszyłem
się, że nie musimy tu zostawać na dłużej. Wspólnie z Rachel, podróżującą
też do Jordanii szybko znaleźliśmy przystań promową. Trochę z
boku znajdują się kasy i tu lekko nas zaskoczyli cenami. Za normalny musieliśmy
zapłacić 41 USD, a ulgowy dla dzieciaka 29 USD. Była tez możliwość płynąć
szybkim katamaranem, ale za 55 USD. Wszyscy wybraliśmy
opcje tańszą.
Po kontroli bagażu i otrzymaniu pieczątek zastanawialiśmy się co dalej, ale
po krótkiej chwili pokazano nam autobus, który zawiózł nas do promu.
Powinien on odpływać o 13.00. ale już z wcześniejszych podróży po krajach
arabskich wiedziałem, że czasu maja tu więcej... Po małych kłopotach ze
znalezieniem wolnego miejsca w economic class, usiedliśmy w końcu na trzecim poziomie,
wokół stolika na fotelach i tak siedzieliśmy jeszcze ze dwie godziny. Zabrano
nam paszporty, które mieliśmy otrzymać dopiero w Jordanii. Około 15.00 prom
ruszył na północ. Zagraliśmy w wojnę i nieco pogadaliśmy z młodą
Amerykanką z Colorado. Rafał nawet zaczął snuć plany o małym rancho w USA
;). Rachel była w trakcie rocznej podróży dookoła świata. Zaczęła w
Egipcie i teraz lądem przez Bliski Wschód, Europę Wschodnią i Rosje zamierzała
dotrzeć do Indochin. Z pokładu statku było w pewnej chwili widać wybrzeża
czterech krajów - Egiptu, Jordanii, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Po trzech
godzinach dotarliśmy do kolejnego z nich - Jordanii. Słonce zachodzące za
egipskimi górami oglądaliśmy jednak z pokładu promu, ponieważ już w porcie
musieliśmy czekać ponad godzinę na załatwienie wszystkich formalności.
Okazało się, ku naszemu zaskoczeniu, że w cenie biletu mieliśmy już zapłaconą
wizę jordańską, która kosztuje normalnie 10 USD, a może nawet 10 jordańskich
dinarów ( 1 USD = 0,7JD ).
Po dłuższych poszukiwaniach i targach znaleźliśmy kierowcę, który za 2 JD
zawiózł nas do centrum Akaby. Bez problemów znaleźliśmy miejsca w hotelu
Jordan Flower Hotel. Jedynka dla Rachel kosztowała 6 JD, a nasza dwójka z łazienką
i TV - 8 JD. Po chłodnym prysznicu zmęczenie podróżą zniknęło i mogliśmy
poszukać miejsca na obfity posiłek. Najpierw, jeszcze w hotelu, dostaliśmy
powitalną arabską herbatkę. Potem w knajpie na świeżym powietrzu zakupiliśmy
szałarmy po 0,5 lub 1 JD - zależnie od wielkości. Cały pieczony kurczak
kosztował 4 JD, a małe puszki Pepsi - 0,2 l - 0,2 JD.
Z pełnymi żołądkami urządziliśmy sobie spacer po miasteczku w poszukiwaniu
piwa ;). Nie takie to łatwe w arabskim kraju, ale ponieważ Akaba to kurort również
dla turystów zagranicznych, więc w końcu znaleźliśmy mały sklepik z
alkoholami. Znaleźliśmy też miejską plażę z widokami na izraelski kurort
Eilat, pięknie oświetlony nocą. W końcu zmęczenie zwyciężyło i dość
wcześnie padliśmy do łóżek.
![]() |
![]() |
21.05.05 Akaba
Na śniadanie byliśmy umówieni o 8 i bez problemu wszyscy byli gotowi na
poszukiwanie miłej knajpki. Jak zawsze szukaliśmy takiej, w której jedli
tylko miejscowi i to w dużej grupie. Był to dla mnie wyznacznik przyzwoitych
cen i dobrej jakości. Blisko hotelu usiedliśmy pod gołym niebem, wśród
przyglądających się nam z dużym zainteresowaniem tubylców. Szef mówił
trochę po angielsku i umówiliśmy się, że płacimy po 1 JD od śniadania, a
on sam zadecyduje co dostaniemy. Dostaliśmy po talerzu humusu, po 4 falafele,
sałatkę i tradycyjne arabskie chlebki. Do tego oczywiście herbatę z pływającymi
liśćmi świeżej mięty. Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, chociaż
uwielbiam arabską kuchnię.
Kolejnym punktem programu było zwiedzanie miasteczka w dzień. Odwiedziliśmy
ruiny fortu, do których wejście było o dziwo darmowe. Fort powstał w
okresie 1514-1515, choć historia Akaby sięga czasów znacznie wcześniejszych.
Panowali tu Nabatejczycy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Krzyżowcy, Turcy i Arabowie,
a miejsce z racji swojego położenia było zawsze ważnym centrum handlowym i
militarnym na Bliskim Wschodzie. Krzyś zachwycony biegał po korytarzach wewnątrz
murów, oprócz których za dużo jednak z dawnej świetności nie zostało. Obok fortu znajduje się muzeum z wykopaliskami na terenie ruin, a wstęp
kosztuje 1 JD. Eksponaty widoczne na korytarzu nie prezentowały się za
ciekawie i zrezygnowaliśmy z wejścia do środka. Woleliśmy poleżeć na plaży.
Plaża w mieście nadawała się jedynie do podziwiania zachodów słońca, więc
postanowiliśmy poszukać innej, nadającej się do plażowania. Pożegnaliśmy
Rachel, która ruszyła do Petry, a my zaczęliśmy szukać transportu do South
Beach, oddalonej od centrum Akaby o 12 km. Młody Jordańczyk, rozkochany w
polskich turystkach doradził nam podróż autobusem za 0,25 JD. Umiał nawet
powiedzieć piękna polszczyzną "kocham cię" ;). Niestety autobus
nie nadjeżdżał i po pół godzinie zaczęliśmy negocjować z taksówkarzami.
Negocjacje były dość ciekawe, ponieważ kierowca nie znał angielskiego.
Ustaliliśmy cenę na 2 JD i dopiero po drodze chłopak zadzwonił do kumpla.
Ten mówił po angielsku lepiej niz ja i dowiedziawszy się dokąd chcemy jechać,
udzielił informacji prowadzącemu samochód. Już na miejscu okazało się, że
kamienista plaża z wszelkimi wygodami - toalety, parasole, ławki jest darmowa.
Dodatkowo mieliśmy jeszcze opiekę anglojęzycznego
ochroniarza.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Woda w morzu nie była wcale taka ciepła jak się spodziewałem. Wprawdzie
była miłą ochłodą po słonecznej kąpieli, ale nie potrafiłem posiedzieć
w niej dłużej niż kilkanaście minut. Miała co najwyżej 20 stopni.
Krzysiowi temperatura nie przeszkadzała. Na zmianę ze mną, albo z Rafałem
podziwiał piękne korale z kolorowymi rybkami w przezroczystej wodzie. Jedyny
problem to kamieniste dno. Trzeba mieć klapki, albo od razu wchodzić z pomostu
na głębsza wodę. Im dalej od brzegu, tym rafa piękniejsza, a różnorodność
ryb większa.
W międzyczasie ochroniarz przyprowadził swojego kumpla Jafara i ten zaczął
nas namawiać na wycieczkę po pustyni Wadi Rum. Targowaliśmy się bardzo długo,
a i tak ustaliliśmy dość wysoką cenę, jak na nasz budżet - 35 JD. Na szczęście
dzieciak za darmo. Umówiliśmy się na następny dzień. Uśmiał się bardzo
gdy po wpłaceniu zaliczki 9 JD zrobiłem zdjęcie jego Toyocie i stwierdził,
że dziś nas jeszcze nie oszuka, a zrobi to jutro na pustyni z daleka od świadków
;)).
Powrót do miasta był znacznie prostszy. Zaledwie wyszliśmy na ulicę przy plaży,
a zaraz zatrzymał się nam miły Jordańczyk i za darmo zawiózł nas pod sam
hotel. Jak wszyscy dotychczas spotkani, był bardzo miły i zainteresowany
naszym krajem i na pożegnanie życzył nam udanych wakacji w jego kraju.
Po drodze nad zatokę skorzystaliśmy z internetu w kafejce. Transfer był
bardzo dobry, ale cen też niezła - 1JD za pół godziny. Nad morzem podziwialiśmy
zachód słońca namiętnie go fotografując, a także przyglądaliśmy się
jordańskim rodzinom zażywającym kąpieli w ubraniu. Niektóre zwyczaje
wynikające z religijnych przepisów nie zawsze przystają do warunków klimatycznych.
Mieliśmy też możliwość porozmawiać z Jordańczykami relaksującymi się
wieczorową porą nad morzem. Jeden z nich stwierdził, że żona po 10 porodach
nie wygląda tak jak przed ślubem. Mówiąc szczerze, on też będąc w moim
wieku wyglądał na sześćdziesięciolatka. Klimat jednak robi swoje.
Poszliśmy jeszcze na luksusową kolację do lepszej knajpki. Niestety na
tarasie nie mogliśmy usiąść, gdyż tam siedziała duża ekipa turystów z
Francji, ale wnętrze było klimatyzowane. Najedliśmy się baraniną - ja z
humusem, a Rafał z pomidorami. Krzyś zjadł szałarme z frytkami i nie narzekał
;)). Cała kolacja kosztowała 8,5 JD.
![]() |
![]() |
![]() |
22.05.05 Wadi Rum
Tym razem pospaliśmy znacznie dłużej. Z Jafarem byliśmy umówieni o
11.00, więc mieliśmy czas na spokojne śniadanie w tym samym
"lokalu" co wczoraj. Zdążyliśmy potem jeszcze pospacerować po mieście
i okolicznych sklepach. Jafer pojawił się prawie punktualnie w umówionym
miejscu. Co ciekawe robił wszystko, by obsługa hotelu nie dowiedziała się,
że jedziemy z nim na pustynię. Podjechaliśmy jego nową, klimatyzowana Toyotą
do sklepu, gdzie zakupił jeszcze kilkadziesiąt puszek piwa. Na pustyni będzie
miał na nich zapewne kilkukrotną przebitkę, choć zapewniał nas, że to
wszystko na własny użytek ;). W Akabie z racji strefy wolnocłowej alkohol
jest dużo tańszy i z powodu turystycznego charakteru miasta znacznie tańszy.
Obrót piwem nie jest chyba tak do końca legalny, ponieważ Jafar prosił nas
byśmy mówili w czasie potencjalnych kontroli po drodze, że część piwa jest
nasza ;).
Młody Arab był prawdziwym biznesmenem w okolicy, a jeszcze bardziej chciał za
takiego uchodzić. Opowiadał sporo o turystach, których woził po całej
Jordanii, o współpracy z zachodnioeuropejskimi telewizjami. Żartował, że jeśli
nie będziemy zadowoleni z wycieczki, to nie musimy za nią płacić. Opuszczając
drogę szybkiego ruchu wjechaliśmy prosto w objęcia pustyni. Dookoła nas królował
pomarańczowy piasek i kamienne góry o różnorodnych kształtach.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Pierwszym
punktem postoju był Łuk
Skalny. To chyba stały punkt programu wycieczek po Wadi Rum, ponieważ dołączyliśmy
do kilku terenowych samochodów pełnych żądnych przygód Francuzów. Tłumnie
oglądali okolice łuku, ale na szczęście po chwili odjechali i mogliśmy w
spokoju wspiąć się z Krzysiem na górę i przejść po łuku. Potem skorzystaliśmy
z zaproszenia na beduińską herbatę. Ponieważ Jafar dostał w międzyczasie
ważny telefon, więc opuścił nas i w zamian podesłał kolegę z nissanem
patrolem w nieco gorszym stanie niż toyota Jafara. Kolega był miły, ale jego
znajomość angielskiego ograniczała się do kilku słów, podobnie jak moja arabskiego
;) Nie mieliśmy zatem tłumacza, ale i tak całkiem nieźle ponarzekaliśmy
wspólnie z Beduinami na ciężkie życie na gorącej pustyni i w zimnej
dalekiej Polsce ;). Beduini musieli chyba powozić kilku Francuzów na wielbłądach
po okolicy gdyż byli mimo wszystko zadowoleni z całego dnia pracy. Herbata
parzona na ognisku smakowała wybornie.
Z nowym kierowcą pojechaliśmy w pustynię odwiedzając kolejne, żelazne
punkty programu. Najpierw nabatejskie malowidła na skałach. Są one dowodem na
panowanie na tych terenach Nabatejczyków, których największym dziełem była
Petra, która mieliśmy jeszcze zobaczyć.
Pojechaliśmy tez do Studni Lawrenca, gdzie znajduje się nabatejski
"akwedukt" wykuty w skałach, którego zadaniem było odprowadzać wodę
z opadów do zbiornika w skale.
Byliśmy też na czerwonych wydmach. Polecam wszystkim wspinaczkę na szczyt
wydmy z intensywnie pomarańczowego piasku. Widoki z góry na okoliczne skały
pozwalają ocenić choćby odrobinę potęgę pustyni. Piasek jest tak gorący,
że bez butów można nabawić się pęcherzy na stopach od poparzeń. Nawet w
sandałach szło mi się bardzo trudno.
W końcu trafiliśmy do miejsca noclegu. Spośród licznych pól namiotowych my
trafiliśmy na Palm Camp. Oprócz nas była jeszcze para starszych Brytyjczyków.
Po chwili przyjechał Jafar z dwoma młodymi Niemkami. Wolał wozić bogate
kapitalistki niż "prawdziwych" turystów ;). Nie ma się co dziwić,
u nas szans na napiwek nie miał żadnych ;))
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Mogliśmy wybrać czy chcemy spać w dużych namiotach na kanadyjkach, czy w
małych szałasach na dywanach i oczywiście woleliśmy pustynną glebę.
Zostawiwszy bagaże zabraliśmy się z Brytyjczykami i ich przewodnikiem na wzgórza
za obozem, by podziwiać zachód słońca i muszę przyznać, że to jeden z piękniejszych
zachodów słońca jakie widziałem. Okoliczne skały oświetlane zachodzącym słońcem,
wracające w oddali przez pustynie karawany wielbłądów, cisza zakłócana
jedynie podmuchami wiatru i ogrom wolnej i dzikiej przestrzeni wytwarzały
niesamowity nastrój. Patrzyliśmy z otwartymi ustami na schodzące coraz niżej
słońce. Słońce zaszło, a zaraz pojawił się księżyc w pełni. Dalej było
więc widno a widoki wciąż niesamowite.
Wróciliśmy jednak szybko do obozu na kolację. Dostaliśmy pysznego kurczaka z
ryżem i bukietem warzyw i pysznym jogurtem. Smakowało wszystkim, tym bardziej
że jedliśmy przy świetle lamp naftowych. Do pustynnej łazienki i toalety
mogliśmy jednak pójść tylko dzięki mojej czołówce ;)
Poszliśmy jeszcze przed snem na pustynię na nocną sesję fotograficzną, która
trwała dość długo biorąc pod uwagę, że każde zdjęcia trzeba było naświetlać
około 30 sekund. Rzadko widzi się tyle gwiazd jak na pustynnym
niebie.
![]() |
![]() |
![]() |
23.05.05 Wadi Rum - Petra
Obudziłem się o 5.30 by zobaczyć też wschód słońca na pustyni. Chłopaki
spali twardo, kiedy wspinałem się na skały i oglądałem słońce wychodzące
zza skał na wschodzie. Było przyjemnie chłodno i przy lekkim wietrze
pospacerowałem około dwóch godzin po pustynnym piasku i skałach. Cała
okolica spała, a świadectwem toczącego się tu życia były jedynie ślady na
piasku i to zarówno tropy zwierząt, jak i koleiny po przejeżdżających
jeepach.
Śniadanie pustynne było równie wyborne jak wczorajsza kolacja i ani trochę
nie żałowaliśmy wydanych na wycieczkę pieniędzy. W ramach tychże kierowca
nissana zabrał nas jeszcze do autostrady prowadzącej na północ w kierunku
Petry. Zdążyliśmy tylko ustawić się na stopa gdy nadjechał Jafar. Okazało
się, że jedzie akurat do Petry po klientów i może nas zabrać. Oczywiście
nie za darmo. Po długich targach dogadaliśmy się na 7 JD i ani trochę nie żałowaliśmy.
Po pewnym czasie bowiem droga do Petry odbiła na zachód i musieliśmy zjechać
z autostrady. Bezpośredni transport pozwolił nam zaoszczędzić sporo czasu.
Zatrzymaliśmy się jeszcze na punkcie widokowym. Podziwialiśmy widok na położony
w depresji rów tektoniczny. Po raz pierwszy w życiu widziałem by niebo cale
szaroniebieskie nad samym horyzontem miało błękitny pasek. Jafar przebrał się
szybko z cywilnych ciuchów w beduińską jalabę z przypasanym do paska kindżałem. Czego to nie robi się dla turystów...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Podjechaliśmy w Wadi Musa pod hotel Sabaa prowadzony przez przyjaciela
Jafara obawiając się nieco wysokich cen. Nie było jednak tak źle i przy dość
wysokim standardzie dostaliśmy pokój za 10 JD. Wypiliśmy powitalną
herbatkę i patrzeliśmy jak powoli Jafarowi mina rzednie. Wystroił się dla
czterech turystek z Tajlandii, a tu się okazało, że wszystkie mają w
paszporcie wpisaną płeć męską. Choć mówiąc szczerze można było się pomylić.
Chłopaki byli tak zrobieni na dziewczyny, że gdybym nie widział paszportów
to mógłbym się nabrać. Dodatkowo jeszcze w kraju arabskim ubierali się bardzo
wyzywająco w krótkie spódniczki i bluzeczki bez rękawów. Oczywiście
wzbudzali nie lada sensację na ulicach miasteczka. Ale chyba o to im chodziło...
Po przeczekaniu południowego upału wyszliśmy na ulice Wadi Musa by coś zjeść
i oczywiście od razu spotkaliśmy Jafara, który zaproponował nam podwiezienie
pod wejście do ruin Petry. O dziwo tym razem za darmo. Niestety w knajpach na
dole ceny są bardzo wysokie i musieliśmy już pieszo wracać około 1
kilometra ostro pod górkę do Wadi Musa. Tu bez problemu znaleźliśmy knajpkę
z jedzeniem na naszą kieszeń. Cały kurczak z frytkami, chlebem, sałatką i
napojami kosztował 4,5 JD.
![]() |
![]() |
![]() |
Wróciliśmy do bram wejściowych znacznie raźniej, bo z górki i z pełnymi
żołądkami około 13.30. Bilety wstępu były bardzo drogie - 21 JD za normalny i 10,5 JD
ulgowy. Ku mojemu zaskoczeniu nie musiałem jednak płacić za Krzysia. Od razu
przy wejściu można wynająć konia, bryczkę, wielbłąda czy osiołka. My
jednak postanowiliśmy zwiedzać pieszo. Początkowo szliśmy szeroką drogą,
ale po dłuższej chwili zaczął się wąwóz, który zabezpieczał Petrę
przed najeźdźcami. Droga wiodła pomiędzy skałami wysokimi od 50 do 150
metrów oddalonymi od siebie czasami tak niewiele, że bryczki wiozące turystów
ledwo się mieściły. Wrażenia niesamowite tym bardziej, że trzeba tak przejść
około 2 kilometrów. Na końcu tego "korytarza" ukazuje się naszym
oczom fasada Skarbca znanego z "Poszukiwaczy zaginionej arki" z
Harrisonem Fordem i większości fotek z Petry. Mieliśmy możliwość obejrzeć
ten skarbiec z bliska, ale nie było w nim ani Arki, ani Świętego Graala.
Pusty był po prostu ;) Krzyś był rozczarowany...
Pomimo tego, że w Petrze równocześnie znajduje się mnóstwo turystów, to
ogromny obszar pozwala na ich rozproszenie. W zasadzie nie odczuwa się tłoku.
Zrozumiałem dlaczego w sprzedaży są bilety dwu- albo i trzydniowe. Jeśli
ktoś chciałby obejrzeć dokładnie wszystkie ruiny to potrzeba sporo czasu i
jeszcze więcej energii. Skarbiec był tylko początkiem ukrytego miasta.
Postanowiliśmy dojść aż do Monastyru, znajdującego się około 6 kilometrów
od Skarbca. Strażnik mówił, że potrzeba około 2 godzin aby tam dojść. Nie
uwzględnił jednak ilości fotografii wykonywanych przez nas ;)
Krzyś pobiegł od razu wspinać się po stopniach ogromnego amfiteatru, który
jednak lepiej prezentuje się w godzinach porannych ze względu na położenie słońca.
Mieściło się tu ponad 8500 widzów. Ilość wykutych w skałach świątyń,
domów, fasad ukazuje nam ogrom pracy jaki włożono w budowę Petry. Pierwsze
ślady cywilizacji zostawili Nabatejczycy w VII wieku przed naszą erą i
panowali tu przez 800 lat. W okresie świetności liczyło około 30 000 mieszkańców.
W 106 roku naszej ery Petra przeszła pod panowanie rzymskie i została stolicą
rzymskiej prowincji Arabia. Stopniowo jednak traciła na znaczeniu i od około V
wieku zaczęła powoli odchodzić w zapomnienie. Duże zniszczenia po trzęsieniu
ziemi w VIII wieku i tryumf islamu praktycznie zakończyły żywot miasta.
A od XII wieku do 1812 roku była miastem całkowicie zapomnianym. Archeolodzy i
turystyka przywróciły Petrę światu i teraz jest bodajże największą
atrakcją turystyczną Jordanii.
Wzdłuż głównej drogi miasta można kupić różne pamiątki lokalnego rękodzielnictwa.
Rafał nabył na przykład bransoletkę za 2 JD. Zaskoczyło mnie, że w pozostałościach
po świątyniach trwają dość zaawansowane prace rekonstrukcyjne i może wkrótce
ruiny zamienią się z powrotem w starożytne miasto...
Po dłuższym spacerze doszliśmy do muzeum, obok którego rozpoczynał się
szlak pod górę w kierunku Monastyru. W zasadzie były to bardziej schody niż
szlak i Krzyś miał ogromną radochę licząc stopnie. Dal sobie spokój
dopiero przy czterechsetnym ;) Wejście zajęło nam około godziny od muzeum i
mówiąc szczerze podziwiałem nie tylko ogromną fasadę Monastyru, ale także
niespożyte siły mojego syna który bez słowa marudzenia wspinał się po
ruinach Petry bez śladu zmęczenia. Monastyr jest jedna z większych budowli w
mieście. Fasada przypomina nieco Skarbiec, ale jest większa i mniej zdobiona.
W zasadzie nie za bardzo wiadomo czemu budowla tak się nazywa. Była wykuta
jako świątynia ku czci jednego z nabatejskich królów. Tak czy owak pięknie
tu dookoła. Nawet grupka Japończyków przywieziona na górkę na osiołkach była
zachwycona widokami i kilkadziesiąt minut fotografowała wszystko dookoła.
Czas płyną bardzo szybko a do hotelu mieliśmy przecież kawał drogi.
![]() |
![]() |
![]() |
Około 17-18 Petra pustoszeje. Znikają nie tylko turyści, ale także żyjący
z nich Arabowie. Szliśmy w dół nieco szybciej i tym razem od czasu do czasu
brałem już Krzysia na barana, ale miał już zapowiedziane, że to ostatnie
takie wczasy. Mój kręgosłup nie jest ze stali, a Krzyś waży juz ponad 30 kg
i będzie ważył coraz więcej ;)
Mniejsza ilość turystów i cieplejsze światło ułatwiały fotografowanie
okolicy i nawet wspiąłem się na górę naprzeciw amfiteatru by mieć lepszy
widok na okolicę. Przy bramach Petry byliśmy dokładnie w momencie zachodu słońca.
Wykorzystaliśmy zatem czas maksymalnie ;) Nie mieliśmy ochoty wchodzić do
miasta po asfalcie więc wjechaliśmy taksówką za 1,5 JD.
Na ulicach tego dnia cały czas królowały tajskie dziwolągi i biegał za nimi
cały czas tłum wrzeszczących wyrostków. Spotykaliśmy taki korowód
kilkukrotnie, również w czasie zwiedzania ruin.
Uwieńczeniem wieczoru była projekcja Indiany Jonesa w hotelowym pokoju. Szef
przyniósł nam do pokoju video wielkości mniej więcej telewizora. Chyba jedno
z pierwszych w ogóle wyprodukowanych. Po wielu trudach udało mu się połączyć
obie skrzynki i na ogromnym kineskopie, podobno kolorowym oglądaliśmy angielską
wersję filmu, co w niczym nie przeszkadzało Krzysiowi cieszyć się jak to
dziecku ;).
24.05.05 Petra - Amman - Jerash - Amman
Okazało się, że do dworca mamy blisko i dość szybko znaleźliśmy się w
minibusie do stolicy Jordanii - Ammanu. Bilet kosztuje 3 JD, a minibus odjeżdża
kiedy wszystkie miejsca są zajęte. Nie trwało to zbyt długo i szybko jechaliśmy
na północ. Busy jeżdżą nowoczesną Desert Highway, co znacznie skraca czas,
ale podobno drogi alternatywne są znacznie bardziej widokowe.
Około południa byliśmy na Wihdat - południowym dworcu autobusowym Ammanu i
bardzo szybko złapaliśmy taksówkę do Downtown za 2 JD. Kierowca, stary
Palestyńczyk w arafatce, całą drogę usiłował namówić nas na wycieczkę
do Jerash, wymianę pieniędzy czy choćby polecić hotel znajomego. Ceny jednak
miał z kosmosu. Wysiedliśmy więc w centrum Starego Miasta na zatłoczonej
ulicy, przy południowym ukropie. Zamiast szukać hoteli z przewodnika, weszliśmy
do pierwszego z brzegu Al Shab Al Jadid Hotel na ulicy Króla Talala. Po
zwyczajowych targach ustaliliśmy cenę na 6 JD za dwójkę, co biorąc pod uwagę
standard było ceną bardzo wygórowaną. W Ammanie znacznie łatwiej znaleźć
można fast food na ulicy. Za 0,2 JD zjedliśmy pyszne falafele z bakłażanem i
kefirem.
Po krótkich konsultacjach z recepcjonistą postanowiliśmy zrezygnować z
wycieczki nad Morze Martwe i odwiedzić Jerash. Kompleks ruin rzymskich w tym
mieście polecała nam jeszcze Kinga studiująca architekturę. Pytając
przechodniów dowiedzieliśmy się skąd jeżdżą serwis taxi na dworzec północny
- Abdali. Trzeba szukać tych białych z ciemnymi napisami - bilet kosztował
0,25 JD. Na dworcu od razu wsiedliśmy do dużego kursowego autobusu do Jerash i
zakupiliśmy bilety za 0,4 JD. 45 kilometrów pokonaliśmy w godzinę.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Kierowca wysadził nas w centrum obok informacji turystycznej, ale niestety
tu kas biletowych nie ma. Musieliśmy się wrócić kilkaset metrów aż za
hipodrom gdzie sprzedawane są bilety. Normalny kosztuje 5 JD, a ulgowy dla
Krzysia 2,5 JD. Weszliśmy obok remontowanego Łuku Hadriana na teren ruin.
Znajdują się one w środku funkcjonującego miasta i podobno dookoła,
na wzgórzach pod dzisiejszymi budynkami kryje się jeszcze mnóstwo
archeologicznych skarbów starożytnej Gerasy. Małe rozczarowanie przeżyliśmy
wchodząc na hipodrom. Po pierwsze ponieważ z trybun zostały tylko resztki, a
po drugie bo sezon wyścigów na rydwanach zaczynał się dopiero 1 czerwca.
Byliśmy tu tydzień za wcześnie...
Na teren miasta weszliśmy przez wejście południowe. Pierwszym obiektem który
obejrzeliśmy był duży Plac Owalny otoczony połączonymi kolumnami. Na tyle
duży, że ciężko zmieścić go w obiektywie ;) Byliśmy też w muzeum
podziwiając kolekcję lokalnej ceramiki i narzędzi codziennego użytku.
Przeszliśmy kolumnadą obok Nymphaeum do Północnego Teatru. Krzyś z Rafałem
nie mogli się oprzeć pokusie i zaczęli tańczyć na scenie bardzo dobrze
zachowanego amfiteatru, ale ja byłem ich jedynym widzem ;)
![]() |
![]() |
Kolejny duży zabytek to Świątynia Artemidy z dobrze zachowanymi kolumnami
frontowymi. Kiedyś musiała prezentować się bardzo okazale. Obok, w pozostałościach
świątyń chrześcijańskich, obejrzeliśmy podłogowe bizantyjskie
mozaiki. Niestety w czasach chrześcijańskich budowano kościoły z materiału
z wyburzanych starszych budowli...
Na koniec weszliśmy do Amfiteatru Południowego i tu mieliśmy szczęście. Właśnie
odbywały się występy orkiestry armii królewskiej. Muzyka bardziej przypominała
szkocką niż jordańską ale i tak mieliśmy sporo radości jak i spora włoska
wycieczka podziwiająca maszerujących na scenie grajków. Orkiestra grała na kobzach
i bębnach, ale nawet standardy klasyki wychodziły im nieźle. Akustyka
amfiteatru pomimo upływu stuleci była wyśmienita, co mogłem stwierdzić
siedząc na szczycie, w ostatnim rzędzie. Po koncercie odbyła się sesja
fotograficzna i Krzyś stał się ulubieńcem żołnierzy.
Powrót do Ammanu odbył się również bez większych problemów minibusem za
0,3 JD. Jak się okazało w czasie podróży wyjazdy z dzieckiem może być
okazją do nawiązywania ciekawych znajomości. Zainteresowane Krzysiem w
autobusie zaczepiły nas dwie młode, śliczne Jordanki ale niestety podróż
trwała zbyt krótko by zbliżyć się jeszcze bardziej ;)
Posiedzieliśmy chwilę w internecie - godzina za 1 JD, ale był koszmarnie
wolny. Spacerowaliśmy po mieście do późnego wieczora, a około 22 ulice zaczęły
pustoszeć. Po małych zakupach - muzyka w mp3 i piłkarska koszulka dla Krzysia
w barwach reprezentacji Palestyny, wróciliśmy do hotelu.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
25.05.05 Amman - Morze Martwe - Amman
Nie daliśmy rady wstać na bezpośredni autobus na\d Morze Martwe, który
podobno odjeżdża o 7 rano, więc musieliśmy kombinować. Najpierw autobusem
spod hotelu dojechaliśmy w okolice III ronda na dworzec Muhajireen, skąd za
0,5 JD złapaliśmy minibusa w kierunku zachodnim. Droga wiodła ostro w dół.
nie ma się co dziwić w końcu jechaliśmy do najniżej położonego miejsca na
ziemi. Minęliśmy nawet tabliczkę z napisem "Sea level". Niestety
minibus dużo dalej nie jechał i odbił na północ w kierunku miejsca chrztu
Jana Chrzciciela, a my wysiedliśmy i przesiedliśmy się do kolejnego minibusa.
Tez z kolei dowiózł nas do Sweineh i kierowca oświadczył, że dalej nie
jedzie. Byliśmy przy punkcie kontrolnym obok napisu "Dead Sea Hotels"
ale do hoteli i plaży było jeszcze kawałek. Tym razem złapaliśmy na stopa
ogromną ciężarówkę i Krzys miał okazje po raz pierwszy w życiu przejechać
się takim pojazdem. Miły Arab wysadził nas obok ośrodka Amman Beach. Bilety
na całą podróż kosztowały nas mniej niż 1 JD na osobę. Na szczęście
pomimo, że ośrodek jest właśnie intensywnie rozbudowywany, duża część
jest już gotowa. Weszliśmy jakoś tak z boku i nawet nie wiem, czy trzeba było
kupić bilety? Na pustej plaży rozstawione są parasole, jest kilka pryszniców,
przebieralni i plażowa knajpka. Po wizycie w morzu od razu zrozumieliśmy po co
potrzebne są takie duże prysznice. Woda jest tu niewyobrażalnie słona. Nie
potrzeba było Krzysiowi żadnych mankietów. Można się położyć na wodzie z
rękami założonymi za głowę. Nawet przy próbach zanurzenia jest to niemożliwe,
ponieważ woda wypycha nas ku górze. Jedyny minus to fakt, że kontakt wody z błonami
śluzowymi ma nieprzyjemne konsekwencje. Oczy pieką niesamowicie - trzeba od
razu płukać, a w ustach ma się wrażenie jakby wszystkie odczynniki z
pracowni chemicznej zadziałały na nasze kubki smakowe naraz. Inne miejsca naszego
ciała, co bardziej wrażliwe, też są mocno drażnione...
Krzyś z Rafałem urządzili sobie jeszcze kąpiele błotne w mazi z dna
morskiego. Przekonani, że zrobią na tym majątek, zapakowali do reklamówek
ponad kilogramowe kule błotne z zamiarem transportu ich do Polski w celach
handlowo - zdrowotnych.
Powoli plaża się zapełniała turystami zarówno zachodnimi jak i miejscowymi
szejkami w arafatkach. Wszyscy mieli frajdę z dryfowania na powierzchni morza,
z tym że jedni w kąpielówkach, a drudzy w kompletnych ubraniach ;)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
W drodze powrotnej mieliśmy mnóstwo szczęścia przy autostopie. Wprawdzie
chcieliśmy jeszcze odwiedzić Madabę z jej słynnymi mozaikami, ale zatrzymany
mercedes jechał prosto do Ammanu. Młody Jordańczyk z żoną jechali właśnie
z Bahrajnu odwiedzić rodzinę. Dzięki tej okazji mogliśmy obejrzeć inne
oblicze Ammanu. Przejeżdżaliśmy przez luksusowe dzielnice, położone na
zachodzie miasta diametr4alnie różniące się od Downtown. Nie brakowało tu
juz nic z zachodniego luksusu. Widzieliśmy piękne wille i wieżowce, KFC,
McDonalda, a nawet Planet Hollywood. Woleliśmy jednak wysiąść przy rzymskim
amfiteatrze. Wstęp kosztuje 1 JD a mało ustępuje on temu z Petry. Występów
jednak nie było ;)
Urządziliśmy sobie dłuższy spacer po centrum fotografując tubylców. Wspięliśmy
się na wzgórze z cytadelą, do której jednak nie znaleźliśmy wejścia. Można
jednak stąd obejrzeć panoramę miasta w zasadzie we wszystkich kierunkach. Miasto
jest duże. Mieszka tu w końcu 3 miliony ludzi - połowa mieszkańców
Jordanii. Rozłożone jest na wzgórzach , ale nie policzyłem czy na siedmiu. Odwiedziliśmy
też Złoty Suk, bardziej w celach turystycznych niż handlowych. Ze
znalezieniem miejsca w celu spożycia posiłku nie ma w Ammanie najmniejszego
problemu. Knajpek jest dużo, wybór urozmaicony, a ceny bardzo przyzwoite. Tym
razem skusiłem się na baranią wątróbkę i bardzo mi smakowała.
Wieczorem mieliśmy szczęście obejrzeć pokaz sztucznych ogni z dachu naszego
hotelu, który odbywał się w związku z Dniem Niepodległości - w rocznicę
opuszczenia przez Anglików ziem jordańskich.
Ostatnim punktem programu był jeszcze finał pucharu Europy w hotelowej TV.
Rafał z recepcjonistą podziwiali Jurka Dudka w bramce Liverpoolu, podczas, gdy
ja z Krzysiem smacznie już spaliśmy...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
26.05.05 Amman - Nazaret
Aby uprościć sobie podróż, postanowiliśmy wjechać do Izraela bezpośrednim
autobusem do Nazaretu. W przewodniku miałem podane, że autobus taki odjeżdża
o 8.30 w pobliżu VII-go ronda, więc się tam udaliśmy. Pod dużym wieżowcem
stał wprawdzie autobus, ale jechał on na plażę przy Morzu Martwym, a przecież
byliśmy tam wczoraj. Zacząłem szukać transportu po okolicznych biurach.
Najpierw trafiłem do agencji lotniczej, ale tu było za drogo. W końcu trafiłem
do Trust Transport Company i tu okazało się, że transport jest, ale kosztuje
nie 10 JD, jak podawał przewodnik, ale 18 JD bez zniżek dla dzieci. Był to
wprawdzie rozbój w biały dzień, ale zdecydowaliśmy się oszczędzać
bardziej czas niż pieniędzy, choć tych ubywało zbyt szybko...
Autobus mieliśmy luksusowy i bardzo szybko dojechaliśmy do Irbidu, a potem do
doliny Jordanu. W odróżnieniu od pustynnego krajobrazu w całej niemal
Jordanii, tu królowała zieleń.
Na granicy odbyło się bez problemów. Nawet był bank, gdzie wymieniłem
dolary, aby zapłacić 5 JD podatku wyjazdowego. Znacznie bardziej opłaca się
wozić ze sobą USD niż euro, które wymieniają w Jordanii praktycznie po
kursie dolara, choć na świecie jest ono znacznie droższe. Otrzymawszy pieczątki
mogliśmy przejechać przez most do Ziemi Obiecanej...
![]() |
![]() |
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]
[ Uzbekistan Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]
[Kuba] [Jordania] [Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria]