Jordania 2005


20.05.05 Sharm el Sheikh - Nuweiba - Akaba

By odwiedzić względnie tanio Bliski Wschód i nie tracić zbyt dużo czasu na podróż lądem można wybrać opcje przelotu czarterem do Egiptu lub Turcji. Poprzednio lecieliśmy do Antalyi, tym razem na Półwysep Synaj. Przelot z opłatami do Sharm el Sheikh kosztował nas 900 PLN od osoby. Dziadek Jurek odwiózł nas do Warszawy, chociaż wolałby oglądać mecz żużlowy w Częstochowie ;)
Trzeciego uczestnika wyprawy - Rafała spotkaliśmy juz na lotnisku. Co ciekawe w ramach oszczędności, jedzenie na pokładzie samolotu trzeba było sobie kupić samemu...
Samolot był pełen turystów lecących do luksusowych hoteli nad zatoka Akaba. My byliśmy jedynymi, których po wylądowaniu o 2.30 w nocy nie zabrał żaden autokar hotelowy. Zakupiwszy znaczki wizowe za 15 USD musieliśmy niestety poczekać do świtu by wydostać się z lotniska na dworzec autobusowy. Noce nawet w maju tu gorące, więc pospacerowaliśmy po nowoczesnym terminalu i posiedzieliśmy pod palmami. Akurat miałem czas poczytać przewodnik i zaplanować wycieczkę ;)
Taksówkarze chcieli 100 funtów egipskich ( 1USD = ok.6 funtów egipskich ) za transport na dworzec. Gdy tylko egipskie ciemności się zakończyły, wyszliśmy przed teren lotniska i obok dwupasmowej trasy zaczęliśmy łapać stopa. Po krótkiej chwili podjechał "normalny" taksówkarz i po krótkich targach pojechaliśmy na dworzec za 20 funtów. Byliśmy tam przed 6.00 a pierwszy autobus do Nuweiby odjeżdżał o 9.00. Znów musieliśmy czekać, tym razem jednak obserwując duży ruch na dworcu i brud bardzo kontrastujący z porządkiem na lotnisku. Dworzec obsługiwał jednak głównie ludność miejscową. Bilety załatwił nam koleś z baru i od razu nauczka na przyszłość i przestroga dla wszystkich - trzeba z takimi kolesiami uzgadniać ceny na początku. Wprawdzie bilety miały cenę stałą - 26 funtów od osoby i tyle zapłaciliśmy, ale naciągnął nas nieźle na herbacie. To jedna z droższych herbat w moim życiu ;) 
Mieliśmy do przejechania 150 km, a autobus jechał ponad 3 godziny. Nie był on pierwszej nowości, a poza tym dość często zatrzymywały nas kontrole. Na mocno uzbrojonych posterunkach sprawdzano bardzo dokładnie dokumenty w obawie przed zamachami. Co ciekawe nasze paszporty też były wertowane skrupulatnie. 

Na lotnisku w Sharm el Sheikh Autostop przed lotniskiem

O 12.00. byliśmy w Nuweibie. Miasteczko bardzo przygnębiające. Zniszczone domy, zamknięte hotele tworzyły smutny krajobraz uzupełniany śmieciami i brudem. Cieszyłem się, że nie musimy tu zostawać na dłużej. Wspólnie z Rachel, podróżującą też do Jordanii szybko znaleźliśmy przystań promową. Trochę z boku znajdują się kasy i tu lekko nas zaskoczyli cenami. Za normalny musieliśmy zapłacić 41 USD, a ulgowy dla dzieciaka 29 USD. Była tez możliwość płynąć szybkim katamaranem, ale za 55 USD. Wszyscy wybraliśmy opcje tańszą. 
Po kontroli bagażu i otrzymaniu pieczątek zastanawialiśmy się co dalej, ale po krótkiej chwili pokazano nam autobus, który zawiózł nas do promu. Powinien on odpływać o 13.00. ale już z wcześniejszych podróży po krajach arabskich wiedziałem, że czasu maja tu więcej... Po małych kłopotach ze znalezieniem wolnego miejsca w economic class, usiedliśmy w końcu na trzecim poziomie, wokół stolika na fotelach i tak siedzieliśmy jeszcze ze dwie godziny. Zabrano nam paszporty, które mieliśmy otrzymać dopiero w Jordanii. Około 15.00 prom ruszył na północ. Zagraliśmy w wojnę i nieco pogadaliśmy z młodą Amerykanką z Colorado. Rafał nawet zaczął snuć plany o małym rancho w USA ;). Rachel była w trakcie rocznej podróży dookoła świata. Zaczęła w Egipcie i teraz lądem przez Bliski Wschód, Europę Wschodnią i Rosje zamierzała dotrzeć do Indochin. Z pokładu statku było w pewnej chwili widać wybrzeża czterech krajów - Egiptu, Jordanii, Izraela i Arabii Saudyjskiej. Po trzech godzinach dotarliśmy do kolejnego z nich - Jordanii. Słonce zachodzące za egipskimi górami oglądaliśmy jednak z pokładu promu, ponieważ już w porcie musieliśmy czekać ponad godzinę na załatwienie wszystkich formalności. Okazało się, ku naszemu zaskoczeniu, że w cenie biletu mieliśmy już zapłaconą wizę jordańską, która kosztuje normalnie 10 USD, a może nawet 10 jordańskich dinarów ( 1 USD = 0,7JD ).  
Po dłuższych poszukiwaniach i targach znaleźliśmy kierowcę, który za 2 JD zawiózł nas do centrum Akaby. Bez problemów znaleźliśmy miejsca w hotelu Jordan Flower Hotel. Jedynka dla Rachel kosztowała 6 JD, a nasza dwójka z łazienką i TV - 8 JD. Po chłodnym prysznicu zmęczenie podróżą zniknęło i mogliśmy poszukać miejsca na obfity posiłek. Najpierw, jeszcze w hotelu, dostaliśmy powitalną arabską herbatkę. Potem w knajpie na świeżym powietrzu zakupiliśmy szałarmy po 0,5 lub 1 JD - zależnie od wielkości. Cały pieczony kurczak kosztował 4 JD, a małe puszki Pepsi - 0,2 l - 0,2 JD. 
Z pełnymi żołądkami urządziliśmy sobie spacer po miasteczku w poszukiwaniu piwa ;). Nie takie to łatwe w arabskim kraju, ale ponieważ Akaba to kurort również dla turystów zagranicznych, więc w końcu znaleźliśmy mały sklepik z alkoholami. Znaleźliśmy też miejską plażę z widokami na izraelski kurort Eilat, pięknie oświetlony nocą. W końcu zmęczenie zwyciężyło i dość wcześnie padliśmy do łóżek.  

Zachód słońca nad zatoką Akaba Na horyzoncie izraelski Eilat

21.05.05 Akaba

Na śniadanie byliśmy umówieni o 8 i bez problemu wszyscy byli gotowi na poszukiwanie miłej knajpki. Jak zawsze szukaliśmy takiej, w której jedli tylko miejscowi i to w dużej grupie. Był to dla mnie wyznacznik przyzwoitych cen i dobrej jakości. Blisko hotelu usiedliśmy pod gołym niebem, wśród przyglądających się nam z dużym zainteresowaniem tubylców. Szef mówił trochę po angielsku i umówiliśmy się, że płacimy po 1 JD od śniadania, a on sam zadecyduje co dostaniemy. Dostaliśmy po talerzu humusu, po 4 falafele, sałatkę i tradycyjne arabskie chlebki. Do tego oczywiście herbatę z pływającymi liśćmi świeżej mięty. Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego, chociaż uwielbiam arabską kuchnię. 
Kolejnym punktem programu było zwiedzanie miasteczka w dzień. Odwiedziliśmy ruiny fortu, do których wejście było o dziwo darmowe. Fort powstał w okresie 1514-1515, choć historia Akaby sięga czasów znacznie wcześniejszych. Panowali tu Nabatejczycy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Krzyżowcy, Turcy i Arabowie, a miejsce z racji swojego położenia było zawsze ważnym centrum handlowym i militarnym na Bliskim Wschodzie. Krzyś zachwycony biegał po korytarzach wewnątrz murów, oprócz których za dużo jednak z dawnej świetności nie zostało. Obok fortu znajduje się muzeum z wykopaliskami na terenie ruin, a wstęp kosztuje 1 JD. Eksponaty widoczne na korytarzu nie prezentowały się za ciekawie i zrezygnowaliśmy z wejścia do środka. Woleliśmy poleżeć na plaży. Plaża w mieście nadawała się jedynie do podziwiania zachodów słońca, więc postanowiliśmy poszukać innej, nadającej się do plażowania. Pożegnaliśmy Rachel, która ruszyła do Petry, a my zaczęliśmy szukać transportu do South Beach, oddalonej od centrum Akaby o 12 km. Młody Jordańczyk, rozkochany w polskich turystkach doradził nam podróż autobusem za 0,25 JD. Umiał nawet powiedzieć piękna polszczyzną "kocham cię" ;). Niestety autobus nie nadjeżdżał i po pół godzinie zaczęliśmy negocjować z taksówkarzami. Negocjacje były dość ciekawe, ponieważ kierowca nie znał angielskiego. Ustaliliśmy cenę na 2 JD i dopiero po drodze chłopak zadzwonił do kumpla. Ten mówił po angielsku lepiej niz ja i dowiedziawszy się dokąd chcemy jechać, udzielił informacji prowadzącemu samochód. Już na miejscu okazało się, że kamienista plaża z wszelkimi wygodami - toalety, parasole, ławki jest darmowa. Dodatkowo mieliśmy jeszcze opiekę anglojęzycznego ochroniarza.     

Miasto Akaba Uczestnicy wycieczki i Rachel z Colorado
Ruiny fortu w Akabie Plaża w Akabie

Woda w morzu nie była wcale taka ciepła jak się spodziewałem. Wprawdzie była miłą ochłodą po słonecznej kąpieli, ale nie potrafiłem posiedzieć w niej dłużej niż kilkanaście minut. Miała co najwyżej 20 stopni. Krzysiowi temperatura nie przeszkadzała. Na zmianę ze mną, albo z Rafałem podziwiał piękne korale z kolorowymi rybkami w przezroczystej wodzie. Jedyny problem to kamieniste dno. Trzeba mieć klapki, albo od razu wchodzić z pomostu na głębsza wodę. Im dalej od brzegu, tym rafa piękniejsza, a różnorodność ryb większa. 
W międzyczasie ochroniarz przyprowadził swojego kumpla Jafara i ten zaczął nas namawiać na wycieczkę po pustyni Wadi Rum. Targowaliśmy się bardzo długo, a i tak ustaliliśmy dość wysoką cenę, jak na nasz budżet - 35 JD. Na szczęście dzieciak za darmo. Umówiliśmy się na następny dzień. Uśmiał się bardzo gdy po wpłaceniu zaliczki 9 JD zrobiłem zdjęcie jego Toyocie i stwierdził, że dziś nas jeszcze nie oszuka, a zrobi to jutro na pustyni z daleka od świadków ;)). 
Powrót do miasta był znacznie prostszy. Zaledwie wyszliśmy na ulicę przy plaży, a zaraz zatrzymał się nam miły Jordańczyk i za darmo zawiózł nas pod sam hotel. Jak wszyscy dotychczas spotkani, był bardzo miły i zainteresowany naszym krajem i na pożegnanie życzył nam udanych wakacji w jego kraju. 
Po drodze nad zatokę skorzystaliśmy z internetu w kafejce. Transfer był bardzo dobry, ale cen też niezła - 1JD za pół godziny. Nad morzem podziwialiśmy zachód słońca namiętnie go fotografując, a także przyglądaliśmy się jordańskim rodzinom zażywającym kąpieli w ubraniu. Niektóre zwyczaje wynikające z religijnych przepisów nie zawsze przystają do warunków klimatycznych. Mieliśmy też możliwość porozmawiać z Jordańczykami relaksującymi się wieczorową porą nad morzem. Jeden z nich stwierdził, że żona po 10 porodach nie wygląda tak jak przed ślubem. Mówiąc szczerze, on też będąc w moim wieku wyglądał na sześćdziesięciolatka. Klimat jednak robi swoje. 
Poszliśmy jeszcze na luksusową kolację do lepszej knajpki. Niestety na tarasie nie mogliśmy usiąść, gdyż tam siedziała duża ekipa turystów z Francji, ale wnętrze było klimatyzowane. Najedliśmy się baraniną - ja z humusem, a Rafał z pomidorami. Krzyś zjadł szałarme z frytkami i nie narzekał ;)). Cała kolacja kosztowała 8,5 JD.  

Arabskie śniadanie Pod wielka flagą w Akabie Beduin?

 

22.05.05 Wadi Rum

Tym razem pospaliśmy znacznie dłużej. Z Jafarem byliśmy umówieni o 11.00, więc mieliśmy czas na spokojne śniadanie w tym samym "lokalu" co wczoraj. Zdążyliśmy potem jeszcze pospacerować po mieście i okolicznych sklepach. Jafer pojawił się prawie punktualnie w umówionym miejscu. Co ciekawe robił wszystko, by obsługa hotelu nie dowiedziała się, że jedziemy z nim na pustynię. Podjechaliśmy jego nową, klimatyzowana Toyotą do sklepu, gdzie zakupił jeszcze kilkadziesiąt puszek piwa. Na pustyni będzie miał na nich zapewne kilkukrotną przebitkę, choć zapewniał nas, że to wszystko na własny użytek ;). W Akabie z racji strefy wolnocłowej alkohol jest dużo tańszy i z powodu turystycznego charakteru miasta znacznie tańszy. Obrót piwem nie jest chyba tak do końca legalny, ponieważ Jafar prosił nas byśmy mówili w czasie potencjalnych kontroli po drodze, że część piwa jest nasza ;). 
Młody Arab był prawdziwym biznesmenem w okolicy, a jeszcze bardziej chciał za takiego uchodzić. Opowiadał sporo o turystach, których woził po całej Jordanii, o współpracy z zachodnioeuropejskimi telewizjami. Żartował, że jeśli nie będziemy zadowoleni z wycieczki, to nie musimy za nią płacić. Opuszczając drogę szybkiego ruchu wjechaliśmy prosto w objęcia pustyni. Dookoła nas królował pomarańczowy piasek i kamienne góry o różnorodnych kształtach. 

Nasz pojazd na początku "safari" Gorący piasek parzył stopy
Mały Krzyś pod Wielkim Skalnym Łukiem Wielki wielbłąd pod Wielkim Łukiem

Pierwszym punktem postoju był Łuk Skalny. To chyba stały punkt programu wycieczek po Wadi Rum, ponieważ dołączyliśmy do kilku  terenowych samochodów pełnych żądnych przygód Francuzów. Tłumnie oglądali okolice łuku, ale na szczęście po chwili odjechali i mogliśmy w spokoju wspiąć się z Krzysiem na górę i przejść po łuku. Potem skorzystaliśmy z zaproszenia na beduińską herbatę. Ponieważ Jafar dostał w międzyczasie ważny telefon, więc opuścił nas i w zamian podesłał kolegę z nissanem patrolem w nieco gorszym stanie niż toyota Jafara. Kolega był miły, ale jego znajomość angielskiego ograniczała się do kilku słów, podobnie jak moja arabskiego ;) Nie mieliśmy zatem tłumacza, ale i tak całkiem nieźle ponarzekaliśmy wspólnie z Beduinami na ciężkie życie na gorącej pustyni i w zimnej dalekiej Polsce ;). Beduini musieli chyba powozić kilku Francuzów na wielbłądach po okolicy gdyż byli mimo wszystko zadowoleni z całego dnia pracy. Herbata parzona na ognisku smakowała wybornie. 
Z nowym kierowcą pojechaliśmy w pustynię odwiedzając kolejne, żelazne punkty programu. Najpierw nabatejskie malowidła na skałach. Są one dowodem na panowanie na tych terenach Nabatejczyków, których największym dziełem była Petra, która mieliśmy jeszcze zobaczyć. 
Pojechaliśmy tez do Studni Lawrenca, gdzie znajduje się nabatejski "akwedukt" wykuty w skałach, którego zadaniem było odprowadzać wodę z opadów do zbiornika w skale. 
Byliśmy też na czerwonych wydmach. Polecam wszystkim wspinaczkę na szczyt wydmy z intensywnie pomarańczowego piasku. Widoki z góry na okoliczne skały pozwalają ocenić choćby odrobinę potęgę pustyni. Piasek jest tak gorący, że bez butów można nabawić się pęcherzy na stopach od poparzeń. Nawet w sandałach szło mi się bardzo trudno. 
W końcu trafiliśmy do miejsca noclegu. Spośród licznych pól namiotowych my trafiliśmy na Palm Camp. Oprócz nas była jeszcze para starszych Brytyjczyków. Po chwili przyjechał Jafar z dwoma młodymi Niemkami. Wolał wozić bogate kapitalistki niż "prawdziwych" turystów ;). Nie ma się co dziwić, u nas szans na napiwek nie miał żadnych ;))

Herbatka przygotowywana przez Beduina na pustyni W oczekiwaniu na zachód słońca
Pustynna karawana Noc na pustyni Wadi Rum

Mogliśmy wybrać czy chcemy spać w dużych namiotach na kanadyjkach, czy w małych szałasach na dywanach i oczywiście woleliśmy pustynną glebę. Zostawiwszy bagaże zabraliśmy się z Brytyjczykami i ich przewodnikiem na wzgórza za obozem, by podziwiać zachód słońca i muszę przyznać, że to jeden z piękniejszych zachodów słońca jakie widziałem. Okoliczne skały oświetlane zachodzącym słońcem, wracające w oddali przez pustynie karawany wielbłądów, cisza zakłócana jedynie podmuchami wiatru i ogrom wolnej i dzikiej przestrzeni wytwarzały niesamowity nastrój. Patrzyliśmy z otwartymi ustami na schodzące coraz niżej słońce. Słońce zaszło, a zaraz pojawił się księżyc w pełni. Dalej było więc widno a widoki wciąż niesamowite. 
Wróciliśmy jednak szybko do obozu na kolację. Dostaliśmy pysznego kurczaka z ryżem i bukietem warzyw i pysznym jogurtem. Smakowało wszystkim, tym bardziej że jedliśmy przy świetle lamp naftowych. Do pustynnej łazienki i toalety mogliśmy jednak pójść tylko dzięki mojej czołówce ;) 
Poszliśmy jeszcze przed snem na pustynię na nocną sesję fotograficzną, która trwała dość długo biorąc pod uwagę, że każde zdjęcia trzeba było naświetlać około 30 sekund. Rzadko widzi się tyle gwiazd  jak na pustynnym niebie.      

Krzyś w nabatejskim akwedukcie Nabatejskie pozostałości na skałach Życie miejscowych nie jest łatwe

23.05.05 Wadi Rum - Petra

Obudziłem się o 5.30 by zobaczyć też wschód słońca na pustyni. Chłopaki spali twardo, kiedy wspinałem się na skały i oglądałem słońce wychodzące zza skał na wschodzie. Było przyjemnie chłodno i przy lekkim wietrze pospacerowałem około dwóch godzin po pustynnym piasku i skałach. Cała okolica spała, a świadectwem toczącego się tu życia były jedynie ślady na piasku i to zarówno tropy zwierząt, jak i koleiny po przejeżdżających jeepach.  
Śniadanie pustynne było równie wyborne jak wczorajsza kolacja i ani trochę nie żałowaliśmy wydanych na wycieczkę pieniędzy. W ramach tychże kierowca nissana zabrał nas jeszcze do autostrady prowadzącej na północ w kierunku Petry. Zdążyliśmy tylko ustawić się na stopa gdy nadjechał Jafar. Okazało się, że jedzie akurat do Petry po klientów i może nas zabrać. Oczywiście nie za darmo. Po długich targach dogadaliśmy się na 7 JD i ani trochę nie żałowaliśmy. Po pewnym czasie bowiem droga do Petry odbiła na zachód i musieliśmy zjechać z autostrady. Bezpośredni transport pozwolił nam zaoszczędzić sporo czasu. Zatrzymaliśmy się jeszcze na punkcie widokowym. Podziwialiśmy widok na położony w depresji rów tektoniczny. Po raz pierwszy w życiu widziałem by niebo cale szaroniebieskie nad samym horyzontem miało błękitny pasek. Jafar przebrał się szybko z cywilnych ciuchów w beduińską jalabę z przypasanym do paska kindżałem. Czego to nie robi się dla turystów...        

Pustynna wulkanizacja Rów tektoniczny w okolicach Petry
Bryczki po Petrze mkną szybciej niż dźwięk Petra - amfiteatr

Podjechaliśmy w Wadi Musa pod hotel Sabaa prowadzony przez przyjaciela Jafara obawiając się nieco wysokich cen. Nie było jednak tak źle i przy dość wysokim standardzie dostaliśmy pokój za 10 JD. Wypiliśmy powitalną herbatkę i patrzeliśmy jak powoli Jafarowi mina rzednie. Wystroił się dla czterech turystek z Tajlandii, a tu się okazało, że wszystkie mają w paszporcie wpisaną płeć męską. Choć mówiąc szczerze można było się pomylić. Chłopaki byli tak zrobieni na dziewczyny, że gdybym nie widział paszportów to mógłbym się nabrać. Dodatkowo jeszcze w kraju arabskim ubierali się bardzo wyzywająco w krótkie spódniczki i bluzeczki bez rękawów. Oczywiście wzbudzali nie lada sensację na ulicach miasteczka. Ale chyba o to im chodziło...
Po przeczekaniu południowego upału wyszliśmy na ulice Wadi Musa by coś zjeść i oczywiście od razu spotkaliśmy Jafara, który zaproponował nam podwiezienie pod wejście do ruin Petry. O dziwo tym razem za darmo. Niestety w knajpach na dole ceny są bardzo wysokie i musieliśmy już pieszo wracać około 1 kilometra ostro pod górkę do Wadi Musa. Tu bez problemu znaleźliśmy knajpkę z jedzeniem na naszą kieszeń. Cały kurczak z frytkami, chlebem, sałatką i napojami kosztował 4,5 JD.

Jak Rafał bedzie tyle jadł... ... to bedzie tak wyglądał... ... i nie zmieści się w te szczeliny między skałami w Petrze :)))

Wróciliśmy do bram wejściowych znacznie raźniej, bo z górki i z pełnymi żołądkami około 13.30. Bilety wstępu były bardzo drogie - 21 JD za normalny i 10,5 JD ulgowy. Ku mojemu zaskoczeniu nie musiałem jednak płacić za Krzysia. Od razu przy wejściu można wynająć konia, bryczkę, wielbłąda czy osiołka. My jednak postanowiliśmy zwiedzać pieszo. Początkowo szliśmy szeroką drogą, ale po dłuższej chwili zaczął się wąwóz, który zabezpieczał Petrę przed najeźdźcami. Droga wiodła pomiędzy skałami wysokimi od 50 do 150 metrów oddalonymi od siebie czasami tak niewiele, że bryczki wiozące turystów ledwo się mieściły. Wrażenia niesamowite tym bardziej, że trzeba tak przejść około 2 kilometrów. Na końcu tego "korytarza" ukazuje się naszym oczom fasada Skarbca znanego z "Poszukiwaczy zaginionej arki" z Harrisonem Fordem i większości fotek z Petry. Mieliśmy możliwość obejrzeć ten skarbiec z bliska, ale nie było w nim ani Arki, ani Świętego Graala. Pusty był po prostu ;) Krzyś był rozczarowany...
Pomimo tego, że w Petrze równocześnie znajduje się mnóstwo turystów, to ogromny obszar pozwala na ich rozproszenie. W zasadzie nie odczuwa się tłoku. Zrozumiałem dlaczego w sprzedaży są bilety  dwu- albo i trzydniowe. Jeśli ktoś chciałby obejrzeć dokładnie wszystkie ruiny to potrzeba sporo czasu i jeszcze więcej energii. Skarbiec był tylko początkiem ukrytego miasta. Postanowiliśmy dojść aż do Monastyru, znajdującego się około 6 kilometrów od Skarbca. Strażnik mówił, że potrzeba około 2 godzin aby tam dojść. Nie uwzględnił jednak ilości fotografii wykonywanych przez nas ;)
Krzyś pobiegł od razu wspinać się po stopniach ogromnego amfiteatru, który jednak lepiej prezentuje się w godzinach porannych ze względu na położenie słońca. Mieściło się tu ponad 8500 widzów. Ilość wykutych w skałach świątyń, domów, fasad ukazuje nam ogrom pracy jaki włożono w budowę Petry. Pierwsze ślady cywilizacji zostawili Nabatejczycy w VII wieku przed naszą erą i panowali tu przez 800 lat. W okresie świetności liczyło około 30 000 mieszkańców. W 106 roku naszej ery Petra przeszła pod panowanie rzymskie i została stolicą rzymskiej prowincji Arabia. Stopniowo jednak traciła na znaczeniu i od około V wieku zaczęła powoli odchodzić w zapomnienie. Duże zniszczenia po trzęsieniu ziemi w VIII wieku  i tryumf islamu praktycznie zakończyły żywot miasta. A od XII wieku do 1812 roku była miastem całkowicie zapomnianym. Archeolodzy i turystyka przywróciły Petrę światu i teraz jest bodajże największą atrakcją turystyczną Jordanii. 
Wzdłuż głównej drogi miasta można kupić różne pamiątki lokalnego rękodzielnictwa. Rafał nabył na przykład bransoletkę za 2 JD. Zaskoczyło mnie, że w pozostałościach po świątyniach trwają dość zaawansowane prace rekonstrukcyjne i może wkrótce ruiny zamienią się z  powrotem w starożytne miasto... 
Po dłuższym spacerze doszliśmy do muzeum, obok którego rozpoczynał się szlak pod górę w kierunku Monastyru. W zasadzie były to bardziej schody niż szlak i Krzyś miał ogromną radochę licząc stopnie. Dal sobie spokój dopiero przy czterechsetnym ;) Wejście zajęło nam około godziny od muzeum i mówiąc szczerze podziwiałem nie tylko ogromną fasadę Monastyru, ale także niespożyte siły mojego syna który bez słowa marudzenia wspinał się po ruinach Petry bez śladu zmęczenia. Monastyr jest jedna z większych budowli w mieście. Fasada przypomina nieco Skarbiec, ale jest większa i mniej zdobiona. W zasadzie nie za bardzo wiadomo czemu budowla tak się nazywa. Była wykuta jako świątynia ku czci jednego z nabatejskich królów. Tak czy owak pięknie tu dookoła. Nawet grupka Japończyków przywieziona na górkę na osiołkach była zachwycona widokami i kilkadziesiąt minut fotografowała wszystko dookoła. Czas płyną bardzo szybko a do hotelu mieliśmy przecież kawał drogi. 

Petra - Skarbiec W Petrze historii można naprawdę dotknąć Monastyr z dołu i osiołki

Około 17-18 Petra pustoszeje. Znikają nie tylko turyści, ale także żyjący z nich Arabowie. Szliśmy w dół nieco szybciej i tym razem od czasu do czasu brałem już Krzysia na barana, ale miał już zapowiedziane, że to ostatnie takie wczasy. Mój kręgosłup nie jest ze stali, a Krzyś waży juz ponad 30 kg i będzie ważył coraz więcej ;)
Mniejsza ilość turystów i cieplejsze światło ułatwiały fotografowanie okolicy i nawet wspiąłem się na górę naprzeciw amfiteatru by mieć lepszy widok na okolicę. Przy bramach Petry byliśmy dokładnie w momencie zachodu słońca. Wykorzystaliśmy zatem czas maksymalnie ;) Nie mieliśmy ochoty wchodzić do miasta po asfalcie więc wjechaliśmy taksówką za 1,5 JD. 
Na ulicach tego dnia cały czas królowały tajskie dziwolągi i biegał za nimi cały czas tłum wrzeszczących wyrostków. Spotykaliśmy taki korowód kilkukrotnie, również w czasie zwiedzania ruin. 
Uwieńczeniem wieczoru była projekcja Indiany Jonesa w hotelowym pokoju. Szef przyniósł nam do pokoju video wielkości mniej więcej telewizora. Chyba jedno z pierwszych w ogóle wyprodukowanych. Po wielu trudach udało mu się połączyć obie skrzynki i na ogromnym kineskopie, podobno kolorowym oglądaliśmy angielską wersję filmu, co w niczym nie przeszkadzało Krzysiowi cieszyć się jak to dziecku ;).                
 

24.05.05 Petra - Amman - Jerash - Amman

Okazało się, że do dworca mamy blisko i dość szybko znaleźliśmy się w minibusie do stolicy Jordanii - Ammanu. Bilet kosztuje 3 JD, a minibus odjeżdża kiedy wszystkie miejsca są zajęte. Nie trwało to zbyt długo i szybko jechaliśmy na północ. Busy jeżdżą nowoczesną Desert Highway, co znacznie skraca czas, ale podobno drogi alternatywne są znacznie bardziej widokowe. 
Około południa byliśmy na Wihdat - południowym dworcu autobusowym Ammanu i bardzo szybko złapaliśmy taksówkę do Downtown za 2 JD. Kierowca, stary Palestyńczyk w arafatce, całą drogę usiłował namówić nas na wycieczkę do Jerash, wymianę pieniędzy czy choćby polecić hotel znajomego. Ceny jednak miał z kosmosu. Wysiedliśmy więc w centrum Starego Miasta na zatłoczonej ulicy, przy południowym ukropie. Zamiast szukać hoteli z przewodnika, weszliśmy do pierwszego z brzegu Al Shab Al Jadid Hotel na ulicy Króla Talala. Po zwyczajowych targach ustaliliśmy cenę na 6 JD za dwójkę, co biorąc pod uwagę standard było ceną bardzo wygórowaną. W Ammanie znacznie łatwiej znaleźć można fast food na ulicy. Za 0,2 JD zjedliśmy pyszne falafele z bakłażanem i kefirem.           
Po krótkich konsultacjach z recepcjonistą postanowiliśmy zrezygnować z wycieczki nad Morze Martwe i odwiedzić Jerash. Kompleks ruin rzymskich w tym mieście polecała nam jeszcze Kinga studiująca architekturę. Pytając przechodniów dowiedzieliśmy się skąd jeżdżą serwis taxi na dworzec północny - Abdali. Trzeba szukać tych białych z ciemnymi napisami - bilet kosztował 0,25 JD. Na dworcu od razu wsiedliśmy do dużego kursowego autobusu do Jerash i zakupiliśmy bilety za 0,4 JD. 45 kilometrów pokonaliśmy w godzinę.

Petra - przy głównej drodze Monastyr z góry i osiołki
Petra - miasto wykute w skale Petra - skały mają różne barwy

Kierowca wysadził nas w centrum obok informacji turystycznej, ale niestety tu kas biletowych nie ma. Musieliśmy się wrócić kilkaset metrów aż za hipodrom gdzie sprzedawane są bilety. Normalny kosztuje 5 JD, a ulgowy dla Krzysia 2,5 JD. Weszliśmy obok remontowanego Łuku Hadriana na teren ruin. Znajdują się one w środku funkcjonującego miasta i podobno dookoła,  na wzgórzach pod dzisiejszymi budynkami kryje się jeszcze mnóstwo archeologicznych skarbów starożytnej Gerasy. Małe rozczarowanie przeżyliśmy wchodząc na hipodrom. Po pierwsze ponieważ z trybun zostały tylko resztki, a po drugie bo sezon wyścigów na rydwanach zaczynał się dopiero 1 czerwca. Byliśmy tu tydzień za wcześnie...
Na teren miasta weszliśmy przez wejście południowe. Pierwszym obiektem który obejrzeliśmy był duży Plac Owalny otoczony połączonymi kolumnami. Na tyle duży, że ciężko zmieścić go w obiektywie ;) Byliśmy też w muzeum podziwiając kolekcję lokalnej ceramiki i narzędzi codziennego użytku. Przeszliśmy kolumnadą obok Nymphaeum do Północnego Teatru. Krzyś z Rafałem nie mogli się oprzeć pokusie i zaczęli tańczyć na scenie bardzo dobrze zachowanego amfiteatru, ale ja byłem ich jedynym widzem ;)

Jerash - trakt główny Amfiteatr pólnocny w Jerash


Kolejny duży zabytek to Świątynia Artemidy z dobrze zachowanymi kolumnami frontowymi. Kiedyś musiała prezentować się bardzo okazale. Obok, w pozostałościach świątyń chrześcijańskich,  obejrzeliśmy podłogowe bizantyjskie mozaiki. Niestety w czasach chrześcijańskich budowano kościoły z materiału z wyburzanych starszych budowli...        
Na koniec weszliśmy do Amfiteatru Południowego i tu mieliśmy szczęście. Właśnie odbywały się występy orkiestry armii królewskiej. Muzyka bardziej przypominała szkocką niż jordańską ale i tak mieliśmy sporo radości jak i spora włoska wycieczka podziwiająca maszerujących na scenie grajków. Orkiestra grała na kobzach i bębnach, ale nawet standardy klasyki wychodziły im nieźle. Akustyka amfiteatru pomimo upływu stuleci była wyśmienita, co mogłem stwierdzić siedząc na szczycie, w ostatnim rzędzie. Po koncercie odbyła się sesja fotograficzna i Krzyś stał się ulubieńcem żołnierzy. 
Powrót do Ammanu odbył się również bez większych problemów minibusem za 0,3 JD. Jak się okazało w czasie podróży wyjazdy z dzieckiem może być okazją do nawiązywania ciekawych znajomości. Zainteresowane Krzysiem w autobusie zaczepiły nas dwie młode, śliczne Jordanki ale niestety podróż trwała zbyt krótko by zbliżyć się jeszcze bardziej ;) 
Posiedzieliśmy chwilę w internecie - godzina za 1 JD, ale był koszmarnie wolny. Spacerowaliśmy po mieście do późnego wieczora, a około 22 ulice zaczęły pustoszeć. Po małych zakupach - muzyka w mp3 i piłkarska koszulka dla Krzysia w barwach reprezentacji Palestyny, wróciliśmy do hotelu.  

Plac Owalny w Jerash Czasy świetności Jerash to niestety przeszłość
Świątynia Artemidy Krzyś został ulubieńcem królewskiej orkiestry

25.05.05 Amman - Morze Martwe - Amman

Nie daliśmy rady wstać na bezpośredni autobus na\d Morze Martwe, który podobno odjeżdża o 7 rano, więc musieliśmy kombinować. Najpierw autobusem spod hotelu dojechaliśmy w okolice III ronda na dworzec Muhajireen, skąd za 0,5 JD złapaliśmy minibusa w kierunku zachodnim. Droga wiodła ostro w dół. nie ma się co dziwić w końcu jechaliśmy do najniżej położonego miejsca na ziemi. Minęliśmy nawet tabliczkę z napisem "Sea level". Niestety minibus dużo dalej nie jechał i odbił na północ w kierunku miejsca chrztu Jana Chrzciciela, a my wysiedliśmy i przesiedliśmy się do kolejnego minibusa. Tez z kolei dowiózł nas do Sweineh i kierowca oświadczył, że dalej nie jedzie. Byliśmy przy punkcie kontrolnym obok napisu "Dead Sea Hotels" ale do hoteli i plaży było jeszcze kawałek. Tym razem złapaliśmy na stopa ogromną ciężarówkę i Krzys miał okazje po raz pierwszy w życiu przejechać się takim pojazdem. Miły Arab wysadził nas obok ośrodka Amman Beach. Bilety na całą podróż kosztowały nas mniej niż 1 JD na osobę. Na szczęście pomimo, że ośrodek jest właśnie intensywnie rozbudowywany, duża część jest już gotowa. Weszliśmy jakoś tak z boku i nawet nie wiem, czy trzeba było kupić bilety? Na pustej plaży rozstawione są parasole, jest kilka pryszniców, przebieralni i plażowa knajpka. Po wizycie w morzu od razu zrozumieliśmy po co potrzebne są takie duże prysznice. Woda jest tu niewyobrażalnie słona. Nie potrzeba było Krzysiowi żadnych mankietów. Można się położyć na wodzie z rękami założonymi za głowę. Nawet przy próbach zanurzenia jest to niemożliwe, ponieważ woda wypycha nas ku górze. Jedyny minus to fakt, że kontakt wody z błonami śluzowymi ma nieprzyjemne konsekwencje. Oczy pieką niesamowicie - trzeba od razu płukać, a w ustach ma się wrażenie jakby wszystkie odczynniki z pracowni chemicznej zadziałały na nasze kubki smakowe naraz. Inne miejsca naszego ciała, co bardziej wrażliwe, też są mocno drażnione...
Krzyś z Rafałem urządzili sobie jeszcze kąpiele błotne w mazi z dna morskiego. Przekonani, że zrobią na tym majątek, zapakowali do reklamówek ponad kilogramowe kule błotne z zamiarem transportu ich do Polski w celach handlowo - zdrowotnych. 
Powoli plaża się zapełniała turystami zarówno zachodnimi jak i miejscowymi szejkami w arafatkach. Wszyscy mieli frajdę z dryfowania na powierzchni morza, z tym że jedni w kąpielówkach, a drudzy w kompletnych ubraniach ;) 

"Luksusowy" hotel w centrum Ammanu Morze Martwe od strony jordańskiej
Zdrowotne kąpiele błotne Czemu nie wziąłem książki... ?

W drodze powrotnej mieliśmy mnóstwo szczęścia przy autostopie. Wprawdzie chcieliśmy jeszcze odwiedzić Madabę z jej słynnymi mozaikami, ale zatrzymany mercedes jechał prosto do Ammanu. Młody Jordańczyk z żoną jechali właśnie z Bahrajnu odwiedzić rodzinę. Dzięki tej okazji mogliśmy obejrzeć inne oblicze Ammanu. Przejeżdżaliśmy przez luksusowe dzielnice, położone na zachodzie miasta diametr4alnie różniące się od Downtown. Nie brakowało tu juz nic z zachodniego luksusu. Widzieliśmy piękne wille i wieżowce, KFC, McDonalda, a nawet Planet Hollywood. Woleliśmy jednak wysiąść przy rzymskim amfiteatrze. Wstęp kosztuje 1 JD a mało ustępuje on temu z Petry. Występów jednak nie było ;)  
Urządziliśmy sobie dłuższy spacer po centrum fotografując tubylców. Wspięliśmy się na wzgórze z cytadelą, do której jednak nie znaleźliśmy wejścia. Można jednak stąd obejrzeć panoramę miasta w zasadzie we wszystkich kierunkach. Miasto jest duże. Mieszka tu w końcu 3 miliony ludzi - połowa mieszkańców Jordanii. Rozłożone jest na wzgórzach , ale nie policzyłem czy na siedmiu. Odwiedziliśmy też Złoty Suk, bardziej  w celach turystycznych niż handlowych. Ze znalezieniem miejsca w celu spożycia posiłku nie ma w Ammanie najmniejszego problemu. Knajpek jest dużo, wybór urozmaicony, a ceny bardzo przyzwoite. Tym razem skusiłem się na baranią wątróbkę i bardzo mi smakowała. 
Wieczorem mieliśmy szczęście obejrzeć pokaz sztucznych ogni z dachu naszego hotelu, który odbywał się w związku z Dniem Niepodległości - w rocznicę opuszczenia przez Anglików ziem jordańskich.
Ostatnim punktem programu był jeszcze finał pucharu Europy w hotelowej TV. Rafał z recepcjonistą podziwiali Jurka Dudka w bramce Liverpoolu, podczas, gdy ja z Krzysiem smacznie już spaliśmy...  

Downtown - Centrum Ammanu z rzymskim amfiteatrem Slumsy w Ammanie
Handel w sklepie... ... i handel uliczny

26.05.05 Amman - Nazaret

Aby uprościć sobie podróż, postanowiliśmy wjechać do Izraela bezpośrednim autobusem do Nazaretu. W przewodniku miałem podane, że autobus taki odjeżdża o 8.30 w pobliżu VII-go ronda, więc się tam udaliśmy. Pod dużym wieżowcem stał wprawdzie autobus, ale jechał on na plażę przy Morzu Martwym, a przecież byliśmy tam wczoraj. Zacząłem szukać transportu po okolicznych biurach. Najpierw trafiłem do agencji lotniczej, ale tu było za drogo. W końcu trafiłem do Trust Transport Company i tu okazało się, że transport jest, ale kosztuje nie 10 JD, jak podawał przewodnik, ale 18 JD bez zniżek dla dzieci. Był to wprawdzie rozbój w biały dzień, ale zdecydowaliśmy się oszczędzać bardziej czas niż pieniędzy, choć tych ubywało zbyt szybko...
Autobus mieliśmy luksusowy i bardzo szybko dojechaliśmy do Irbidu, a potem do doliny Jordanu. W odróżnieniu od pustynnego krajobrazu w całej niemal Jordanii, tu królowała zieleń. 
Na granicy odbyło się bez problemów. Nawet był bank, gdzie wymieniłem dolary, aby zapłacić 5 JD podatku wyjazdowego. Znacznie bardziej opłaca się wozić ze sobą USD niż euro, które wymieniają w Jordanii praktycznie po kursie dolara, choć na świecie jest ono znacznie droższe. Otrzymawszy pieczątki mogliśmy przejechać przez most do Ziemi Obiecanej...    

Takimi okazjami jeździ się w Jordanii Oazy zieleni w dolinie Jordanu

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]

[ Uzbekistan  Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]

[Kuba] [Jordania] [Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria]