KUBA 2005


17.03.05 Kamyk - Bruksela

Po krótkich poszukiwaniach internetowych udało się nam zakupić bilety do Varadero z Brukseli za 400 euro. W porównaniu z promocyjną ceną 2800 pln z Warszawy via Madryt nawet doliczając koszta dojazdu do Brukseli było to znacznie taniej. Tym bardziej, że tym razem ekipa była dość liczna. Czterech młodych mężczyzn żądnych przygód na gorącej wyspie ;)
Paweł z Maćkiem przyjechali do mnie z Krakowa i razem pojechaliśmy do Poznania po Jarka. Mała Fiesta musiała się trochę rozciągać by pomieścić nas i nasze bagaże, ale daliśmy radę wysiedzieć w środku około 14 godzin z dwoma przerwami na tankowanie. W odróżnieniu od niemieckich, autostrady belgijskie są gęsto oświetlone żółtymi lampami na całej długości przez całą noc. Ciekawie musi to wyglądać z góry...
Na lotnisku potwierdziło się to co już wcześniej sprawdzaliśmy w sieci. Parking kosztował 12 euro za dzień, co przy prawie trzytygodniowej wycieczce dawało koszt paliwa do stolicy Belgii. Postanowiliśmy więc pokombinować i zostawiwszy bagaże na lotnisku zagadaliśmy taksówkarza, by podrzucił nas na najbliższy darmowy parking. W centrum Zavendem, miejscowości najbliższej lotnisku znalazł się taki parking i za 20 euro dla taksówkarza problem z miejscem dla samochodu mieliśmy z głowy. Bez żadnych problemów dostaliśmy na lotnisku bilety zakupione przed trzema dniami w internecie. Co ważne, karta turystyczna, niezbędna by dostać się na Kubę była już w cenie biletu. Przy podróży samolotem liniowym kosztuje 22 euro. Zapakowaliśmy się do samolotu pełnego belgijskich wczasowiczów i wyruszyliśmy na podbój Nowego Świata. 

Pierwszy rzut oka na Karaiby Lotnisko w Varadero
Matanzas - "freski" z czasów przedrewolucyjnych Katedra  San Carlos Borromeo w Matanzas

18.03.05 Bruksela - Varadero - Matanzas

Lecąc na zachód mieliśmy dzień wydłużony o 5 godzin, tyle bowiem wynosi różnica czasu między Europą a Kubą. Nie znam się na geografii i nie wiem czemu samolot nie leciał w linii prostej nad oceanem. Prawie cały czas widzieliśmy ląd pod nami. Lecieliśmy nad Wielką Brytanią, Grenlandią i wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Ameryki z panoramą na Nowy Jork. Posiłki w czasie lotu nie były takie smaczne jak w Aeroflocie, ale dało się zjeść. Gdy zobaczyliśmy pod nami śliczne wyspy na turkusowym Morzu Karaibskim, wiedzieliśmy, że cel naszej podróży już blisko. Wylądowaliśmy w południe czasu lokalnego na lotnisku w Varadero. O dziwo odprawa paszportowa odbyła się bez problemów, przed którymi ostrzegały liczne relacje podróżników. Może dlatego, że mieliśmy wpisane w kartach turystycznych dokładny adres hotelu w Hawanie, który wzięliśmy z przewodnika.
Większość pasażerów wsiadła do luksusowych autokarów i pojechała do Varadero - najlepszego podobno kurortu kubańskiego - prosto do ekskluzywnych hoteli all inclusive. Nasze plany były jednak nieco inne. Chcieliśmy zobaczyć całą wyspę, z dala od luksusu, poznać trochę zwykłych ludzi. Nawet hiszpańskiego się trochę w tym celu uczyłem ;)
Już na lotnisku można było wymienić pieniądze. Od niedawna nie opłaca się przywozić dolarów, ponieważ zgodnie z rozporządzeniem Fidela pobierają podatek 10 %. Przy wymianie euro takich opłat nie ma. O walucie na Kubie będzie później. Na razie tylko tyle, że za 1 euro dostaje się 1,28 peso convertible. 

Radość dziecięca Na ulicach Matanzas Z głodu tu nikt nie umiera :)


Postanowiliśmy odpuścić sobie Varadero i od razu jechać do stolicy prowincji - Matanzas. Trochę z nas zdarli bo te 30 km z lotniska przejechaliśmy za 25 $ ( załóżmy że będzie to symbol peso convertible teoretycznie odpowiadającemu 1 usd ). Mieliśmy klimatyzowany autobusik tylko dla nas. Wysiedliśmy w samym centrum sennego miasteczka na placu Parque de la Libertad i od razu obskoczyli nas naganiacze proponujący kwatery tzw. casas particulares. Turystyka jest głównym źródłem dochodu dla zwykłych Kubańczyków. Wszystkie drogie, luksusowe hotele są państwowe, ale sieć prywatnych kwater jest bardzo dobrze rozwinięta. Wystarczy zapłacić 100 $ na miesiąc i można przyjmować turystów. Niestety niezależnie od tego czy turyści są czy nie opłaty trzeba robić. Na szczęście sezon turystyczny trwa tu cały rok ;)
Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy kwaterę z dwoma pokojami - każdy 20 $. Właściciel kwatery - inżynier Luis Alberto i jego żona okazali się być bardzo miłymi ludźmi. Zaraz po tym jak nas zameldowali telefonicznie i spisali nasze dane, uzyskaliśmy kilka wiadomości o miasteczku, okolicy i połączeniach do innych miejsc na Kubie. Dowiedzieliśmy się też dokładnie o systemie płatniczym. Funkcjonują tu dwie waluty - peso convertible i peso cubano. 1 $ to 24 peso. Można je wymieniać w specjalnych kantorach zwanych cadeca. W sklepach za peso cubano nie ma za bardzo nic, a w sklepach za peso convertible jest wszystko - trochę to jak nasze Pewexy. Trzeba jednak mieć obie waluty bo czasem tanie jedzenie kupuje się tylko za peso. Najczęściej jednak niestety ceny dla turystów są w peso convertible, a dla Kubańczyków w peso cubano. Przynajmniej jeśli chodzi o bilety wstępu, bilety na przejazdy czy noclegi. Casa particulares dla turystów zagranicznych są oznaczone zielonym namiocikiem, a dla tubylców czerwonym i nie wolno tam nocować obcokrajowców. Autobusy miejskie na szczęście płatne są dla wszystkich jednakowo i za 0,2 peso od osoby pojechaliśmy na dworzec kupić bilety na pociąg. Nie mieliśmy początkowo peset, więc Luis dał nam 2 peso na bilety w obie strony. Na dworcu okazało się niestety, że biletów dziś nie kupimy i trzeba przyjść jutro, bo przecież pociąg do Santiago odjeżdża dopiero jutro po południu. 
Wróciliśmy zatem do centrum i po odwiedzeniu sklepu ( dla ciekawych - litr rumu Havana Club Anejo Blanco kosztuje 5,2 $ ;) ), poszliśmy na plażę, by po raz pierwszy wykąpać się w Morzu Karaibskim. Plaża wyglądała nieźle dopiero po paru łykach rumu, ale na szczęście woda była dość czysta i co najważniejsze ciepła. Zamówiliśmy u Luisa kolację na 19.00,  więc mieliśmy jeszcze trochę czasu by pozwiedzać miasteczko. Doszliśmy aż do kościoła św. Piotra Apostoła i potem wałęsając się po pustych uliczkach w zachodzącym słońcu chłopaki wrócili na kwaterę, a ja zajrzałem do internetu - 1 godzina za 6 $. Wracając robiłem trochę fotek. Jednego postawnego Murzyna wkurzyło trochę, że próbuję zrobić mu zdjęcie. Podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że obaj mówimy po niemiecku i dowiedziałem się, że pracował kiedyś w NRD i nawet ma tam dzieciaka. Zaprosił mnie do knajpy i o dziwo napiłem się rumu nie płacąc za to. Z reguły w zwyczaju jest tu, że turystę zaprasza się do knajpy, a potem on musi płacić. Przekonaliśmy się o tym dość boleśnie później... 
Raul stwierdził, że musimy jeszcze koniecznie spotkać się jutro i był niepocieszony, że musiałem lecieć na kolację. 
Ponieważ był to pierwszy dzień wakacji to trochę zaszaleliśmy. Zamówiliśmy kurczaka z ryżem, sałatkami, deserem i do tego wino. Normalnie ceny za posiłki na kwaterach wahają się od 5 do 10 $ - zależy co się zamówi. Ale ponieważ wzięliśmy też wino, Luis policzył nam po 4 $ za kurczaka. Jarek zmęczony długim dniem zasnął, ale reszta poszła jeszcze "na miasto" nocą. Dzięki temu poznaliśmy Luisa "rowerzystę" , który jeździł za nami po całym mieście, aż w końcu stał się naszym przyjacielem.
Życie na Kubie wygląda nieco inaczej niż w chłodnej Europie. Tu nie ma czegoś takiego jak wstyd, zakłopotanie. dziewczyna nigdy nie opuści wzroku gdy spojrzeć jej prosto w oczy, a wręcz przeciwnie prowokuje do nawiązania flirtu i myślę, że to nie tylko chęć zarobienia pieniędzy na "bogatych" turystach z Zachodu skłania ku takim zachowaniom, ale po prostu ludzie mają tu inny temperament i zabawę we krwi. Już po kilku krokach mieliśmy zresztą propozycję noclegu za 10 $ od osoby w towarzystwie ślicznych Mulatek. Szkoda, że tak szybko wcześniej znaleźliśmy kwatery ;))
Naszym przyjacielem został jednak Luis, który za wszelką cenę postanowił sprzedać Maćkowi cygara, o których mieliśmy się wiele jeszcze dowiedzieć w czasie naszej wycieczki. W końcu mu się to udało, ale musiał obniżyć cenę z 25$ do 12 $ za 25 sztuk Monte Christo numero 4, a dodatkowo kosztowało go to trochę samogonu ;) 

Popołudniem na mieście W pracy
Jedyna kolej elektryczna na Kubie Przystań promowa w Hawana Casablanca

19.03.05 Matanzas - Hawana

Po dobrze przespanej nocy, trzeba było wcześnie wstawać. Jeszcze wczoraj w czasie kolacji za namową Luisa Alberto zmieniliśmy plany wycieczki i postanowiliśmy pojechać najpierw do Hawany. O tyle lepiej, że dworzec tej jedynej elektrycznej linii kolejowej na wyspie znajdował się całkiem blisko kwatery, a pociąg mieliśmy o 8.30.  Teoria o podwójnych biletach sprawdziła się i kupiliśmy po 3 $ bilety do Hawana Casablanca. Pociąg miał jechać 3 godziny, a na biletach mieliśmy nawet numery miejsc. Standard wagonów niższy niż w polskich kolejkach podmiejskich. W dodatku jechaliśmy żółwim tempem zatrzymując się co chwilę. Wreszcie po dojechaniu do stacji Hershey pociąg stanął na dobre i usłyszeliśmy "cambiar". Czyli, że będzie wymiana pociągu. Na wymianę czekaliśmy około 2 godzin wśród tłumu spokojnych Kubańczyków. To pewnie normalka tutaj ;) W międzyczasie zaczęliśmy szukać sklepu, by zakupić coś do jedzenia, ale znaleźliśmy tylko jeden ze sprzedawczynią i pustymi butelkami na półkach. Paweł z Maćkiem mieli więcej szczęścia, a może wyglądali na bardziej głodnych. Sklepikarka się zlitowała wyciągając dwie bułki ze swojej torby, co w połączeniu z polską kiełbasą i kubańskimi pomidorami było akurat na małe śniadanie dla czterech osób. 
W końcu doczekaliśmy się na pociąg i około 13 byliśmy w stolicy Kuby za dworcu Casablanca. By dostać się do centrum musieliśmy przepłynąć promem przez zatokę. Przy wejściu do promowego terminalu trafiliśmy na bardzo szczegółową kontrolę bagażu. Przeszukali nam bagaże tak dokładnie, że Jarek musiał zostawić resztki wódeczki z Polski. Ciekawe czy takie przepisy, czy po prostu chłopaki chcieli się napić alkoholu zza morza. Bilety na prom kosztują 10 peso. Mieliśmy możliwość obejrzeć z jednej strony panoramę Habana Vieja oraz z drugiej strony cytadelę i pomnik Chrystusa strzegącego miasta. Wykorzystaliśmy numer telefonu do znajomych Luisa Alberto wykonując telefon lokalny za 5 centymów kubańskich ! ;). Nie mieli akurat wolnych miejsc, ale dali nam adres pod który mamy dojść. Ruszyliśmy więc ulicami Starego Miasta w pełnym rynsztunku, przypiekani kubańskim słońcem. Co jakiś czas byliśmy zaczepiani przez miejscowych naganiaczy by obejrzeć kwaterę. Funkcjonuje to na dość zdrowych zasadach. Właściciel kwatery oddaje część zarobku naganiaczowi i wszyscy są szczęśliwi. Wiadomo, że znajdując kwaterę samemu łatwiej targować się o niższą cenę. W końcu nie doszliśmy do wskazanego adresu, ale daliśmy się zaciągnąć do kwatery na ulicy Compostella - w samym centrum Habana Vieja. Wytargowaliśmy śniadanie gratis w cenie 25 $ za dwuosobowy pokój. 

Fort "Tres Reyes del Morro" Kościół Santo Angelo Custodio
Muzeum Rewolucji z zewnątrz Muzeum Rewolucji wewnątrz


Zostawiwszy bagaże poszliśmy pospacerować po tym niesamowitym mieście. Kolonialne budynki pozostawione są tu same sobie. Nikt nie dba o jakikolwiek remont. Większość fasad jest w kiepskim stanie, ale dla turystów klimat miasta jest przez to wyjątkowy. Dodatkowo na ulicach stoją samochody znacznie starsze od któregokolwiek z uczestników naszej wycieczki, także w bardzo różnym stanie. Co ciekawe wszystkie są sprawne. Jedyną ulicą nieco odrestaurowaną dla turystów jest Obispo i dlatego jest ich tu najwięcej. Tu też najwięcej sklepików, knajpek i banków. Doszliśmy aż do Placu Katedralnego, który moim zdaniem jest jednym z piękniejszych miejsc w Hawanie. Dodatkowo zawsze grają tu na żywo kubańską muzykę i można poczuć klimaty bardzo starej Hawany. Obok znajduje się czynny w weekendy targ z pamiątkami. Wracając w kierunku kwatery w okienku prywatnego domu zakupiliśmy pizzę za 8 peso i była na tyle zjadliwa, że właśnie pizza miała się stać głównym składnikiem naszego menu na wyspie. Znaleźliśmy też knajpkę obok z piwem za 6 pesos. Jedynym problemem okazał się niedostatek kubków i musieliśmy sporo poczekać, aż znajdą się wolne by napić się lanego piwa hawańskiego. W międzyczasie miłe kelnerki zaprosiły nas na wieczór panieński swojej koleżanki. Poszliśmy zatem wieczorem do jej domu, gdzie na dziedzińcu odbywała się większa impreza. Znajomi i sąsiedzi popijali różnego rodzaju alkohol - głównie rum i piwo. Jedzenia jednak za dużo nie było i poszliśmy do pobliskiej knajpki zapraszani przez koleżanki. Tu boleśnie nauczyliśmy się, że będąc zapraszanym przez Kubańczyków płacić trzeba za wszystkich, a przylazło za nami chyba pół imprezy ;) Byliśmy jednak honorowi i popłynęło prawie 80 $ - dobrze chociaż, że jedzenie w miarę smaczne było. Z pustymi kieszeniami, po krótkich tańcach na imprezie i kilku drinkach ( już darmowych ) wróciliśmy na kwatery bogatsi w doświadczenia, biedniejsi o całodniowy budżet...

Hawana - w porcie Towarzysze rewolucjoniści - "Che" i Cienfuegos Fabryka cygar Partagas

20.03.05 Hawana

W Niedzielę Palmową zaraz po śniadaniu wybraliśmy się do położonego dość blisko kościoła St. Angelo Custodio, gdzie wysłuchaliśmy pasji czytanej na role po hiszpańsku. Nabożeństwo mszalne prawie identyczne jak w Polsce, ale przy przekazywaniu sobie znaku pokoju wszyscy obejmują się wzajemnie i całują. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek - 
prosto z kościoła poszliśmy do pałacu Batisty, w którym aktualnie znajduje się Muzeum Rewolucji. Wstęp kosztuje 4 $. Na trzech piętrach przedstawiona jest historia wyspy od hiszpańskiej konkwisty, aż po najbardziej wyeksponowaną epokę rewolucji i zmian ustrojowych w latach 60. Większość eksponatów to mapy, zdjęcia, wykresy, ale zdarzają się też ubrania, przedmioty codziennego użytku rewolucjonistów. Prawie całe piętro poświęcone jest męczennikowi rewolucji - Ernesto "Che" Guevara. Zwiedzając mogliśmy obejrzeć film o rewolucji, widzieliśmy też kolekcję znaczków pocztowych, z których Kuba zawsze słynęła. Na podwórzu można też podziwiać jacht, którym Fidel przypłynął na Kubę z Meksyku i inne pojazdy z lat 60-tych, które służyły partyzantom w walce z wojskami rządowymi - między innymi "czołgi" domowej roboty. Nie mogło tu też zabraknąć kombinezonu pierwszego kubańskiego kosmonauty. Moim zdaniem warto odwiedzić to muzeum, szczególnie jeśli kogoś interesuje historia wyspy i to nie tylko ta rewolucyjna. Choć niektórzy z członków wycieczki narzekali... ;)
Przespacerowaliśmy się w kierunku morza i pozostałości po fortyfikacjach chroniących niegdyś Hawanę przed atakami z tj strony. Potem jedną z głównych ulic stolicy i bardziej odnowionych zwanej Prado doszliśmy do Kapitolu, wzorowanego na Kapitolu amerykańskim. Prezentuje się on monumentalnie, a dodatkowo otoczony jest przez śliczne budowle w podobnym stylu. Tu po raz pierwszy zobaczyłem typowe chyba tylko dla Kuby autobusy naczepy. Ogromne ciężarówki ciągną długie naczepy wypełnione pasażerami. Spacerowaliśmy w kierunku dworca kolejowego uzyskując po drodze różnorodne informacje. Autobus do Vinales kosztować miał 12 $, a do Santiago 60 $. Taksówka do Vinales i z powrotem to wydatek rzędu 70-80 $. Mieliśmy w planach wycieczkę dalej na zachód wyspy, ale pokrzyżował nam je kolejowy rozkład jazdy. Okazało się, że do Santiago, gdzie chcieliśmy jechać za dwa dni jeżdżą pociągi o różnym standardzie. Co drugi dzień jedzie pociąg klasy pierwszej za 70 $, albo drugiej za 30 $. Akurat ten tańszy miał jechać nazajutrz o 15.00. Zrezygnowaliśmy więc z wycieczki do Vinales i postanowiliśmy jeszcze nacieszyć się Hawaną do jutrzejszego popołudnia. 
Chodząc wąskimi uliczkami, wśród mocno zniszczonych kamienic wreszcie odkryliśmy dlaczego nad wieloma balkonami na ostatnim piętrze znajdują się murarskie bloczki. Co chwilę przy pomocy tych bloczków wciągane były do góry torby z pustymi butelkami, a zjeżdżały w dół już napełnione rumem domowej roboty. 
Pomimo niedzielnego popołudnia bank na Obispo był czynny i mogliśmy wymienić pieniądze, których po wczorajszej kolacji mieliśmy mało. Tym razem zjedliśmy pizze za 10 peso, ale była z cebulką i sporo smaczniejsza od wczorajszej. Chłopaki poszli na plażę, a ja włóczyłem się po uliczkach Hawany podziwiając architekturę, słuchając kubańskiej salsy i fotografując tubylców. Udało mi się nawet posłuchać próby chóru w kościele św. Franciszka z Asyżu. W końcu znalazłem resztę towarzystwa wylegującego się na plaży, o ile można tak nazwać głazy nad brzegiem morza, z których amatorzy kąpieli skakali do wody. Atrakcyjnie z tego miejsca prezentuje się na horyzoncie Nowa Hawana ( Vedado ), szczególnie w wieczornym świetle. Trzeba bardzo uważać chodząc po śliskich kamieniach wybrzeża, o czym przekonałem się na własnej skórze. Dobrze, że skończyło się jedynie na małych zadrapaniach i utracie zatyczki do obiektywu. Szukałem jej wprawdzie w morzu, ale za duży tu prąd i fale. Dobrze, że aparat nie ucierpiał, bo nie byłoby dokumentacji fotograficznej naszej wyprawy. Wieczorem znów wybraliśmy się na spacer aż do Placu Katedralnego i z powrotem do parku na Prado. Tu intensywnie ćwiczyłem mój hiszpański z młodymi Kubańczykami, którzy dyskutowali z nami bez żadnych oporów na wszystkie możliwe tematy, nawet polityczne. Głownie jednak dyskutowaliśmy o możliwości zrobienia fortuny na handlu cygarami. Tylko, że my chcieliśmy rozwinąć handel na wielką skalę, a oni sprzedać nam paczkę ;)        

Na plaży w Hawanie Hawana - Prado
Przed Pałacem Sztuk Pięknych Hawańskie autobusy

21.03.05 Hawana

Za wcześnie nie ma na Kubie co wstawać. Nie dość, że nie mieliśmy wody na kwaterze, to jeszcze wszelkie sklepy i poczta były czynne od 9. Wybraliśmy się więc z Jarkiem na dworzec kolejowy celem zakupu biletów do Santiago. Poznany wczoraj w parku Kubańczyk miał nam pomóc  kupić bilety w cenie dla Kubańczyków, ale nie przyszedł na spotkanie. Kupiliśmy więc oficjalnie, w specjalnej kasie dla obcokrajowców, znajdującej się nieco w bok od głównego budynku dworca. Miła Kubanka skasowała po 30 $ za imienne bilety, objaśniła, że pociąg jest o 15.15, ale powinniśmy być pół godziny wcześniej i ku mojemu zdziwieniu spisała numery banknotu 50$ do specjalnego zeszytu i musiałem potwierdzić, że to ja go wpłaciłem. Na kwaterze woda już na szczęście była i po kąpieli zjedliśmy omlet z owocową sałatką. Gospodarz trochę się krzywił, gdy poprosiliśmy o dokładkę. Po stwierdzeniu, że powinniśmy mu te dodatkowe jajka odkupić, dał nam jednak najeść się do syta. 
Zamiast spaceru do Vedad wybrałem się na poszukiwania punktu naprawy aparatów, by usunąć z obiektywu pęknięty w czasie wczorajszego wypadku filtr, ale nawet w najlepszym podobno w Hawanie punkcie nie podjęli się próby odkręcenia filtru. Został mi więc tylko jeden obiektyw, ale i tak byłem szczęśliwy, że aparat działał po solidnym uderzeniu o skały.
Pospacerowałem jeszcze po chińskiej dzielnicy, gdzie jednak oprócz chińskich napisów na knajpach nie widziałem żadnego Chińczyka. Nawet w barze Pekin, gdzie zafundowałem sobie Mojito za 3 $ obsługiwali mnie Kubańczycy. 
Wylądowaliśmy na dworcu tak jak nas poinstruowano. Od razu dowiedzieliśmy się, że pociąg się zepsuł i trzeba czekać nie wiadomo za bardzo jak długo, aż podstawią kolejny. Leżeliśmy na plecakach cztery godziny czytając w naszym niemieckim przewodniku po Kubie, że ten kto podróżuje samodzielnie musi mieć czas i cierpliwość ;) 
W międzyczasie poznaliśmy Duka, skośnookiego Kanadyjczyka pochodzenia wietnamskiego, który przyłączył się do nas w obawie przed kieszonkowcami. Okazał się być bardzo ciekawym człowiekiem. Miał 65 lat i w czasach swej młodości odbył siedmioletnią podróż dookoła świata ze swoją żoną i dzieciakiem. Nawet chwalił się wycinkami z kanadyjskiej gazety o swojej podróży, w czasie której odwiedził ponad 100 krajów. Twierdził jednak, że podróżowanie w latach 70-tych to nie to samo co teraz. W dzisiejszych czasach każdy chce na turyście zarobić, a wtedy każdy gościł ich z ciekawości spotykania innego człowieka. 
Obserwując ludzi wcześniej i teraz na dworcu doszedłem do wniosku, że Kuba jest jednym z nielicznych miejsc gdzie nie ma chyba problemów rasowych. Biali, czarni i mulaci często w wymieszanych grupach sprawiali wrażenie całkowicie zintegrowanych rasowo. Może to trudy życia ich połączyły? 
W końcu około 19 pociąg przyjechał. Proces wsiadania do pociągu nie był prosty. Trzy razy sprawdzano nam dokumenty i bilety. Najpierw wpuszczając nas na peron, potem do pociągu, a w końcu już na miejscach. Może i dobrze, że bilety kupowaliśmy oficjalnie. Sam pociąg swoim standardem na kolana nie rzucał, ale siedzenia były wysokie i dość wygodne. Szkoda może że "lekko" brudne. Jarek stwierdził, że nie oprze głowy przez cała podróż, ale lekko chyba przesadzał. Zawsze włosy można umyć, a ubranie wyprać ;)          

Capitolio National W chińskiej dzielnicy
Catedral de la Habana Na Placu Katedralnym

22.03.05 Hawana - Santiago de Cuba

Mieliśmy tego dnia zwiedzać Santiago. Mieliśmy, ale pociąg, który powinien dojechać rano do końcowej stacji prawie podwoił  teoretyczny czas przejazdu. Zamiast nocnej podróży mieliśmy zatem podróż całodobową. Był czas na czytanie przewodnika, naukę hiszpańskiego i obserwację dość monotonnych krajobrazów. Za oknami migały nam palmy, plantacje bananowców, tytoniu, ubogie domki czy biedne zagrody z chudymi zwierzętami. Widok wołu ciągnącego na polu radło to tu nic nadzwyczajnego... 
Całe szczęście, że mieliśmy jeszcze zapasy jedzenia z Polski, bo przecież mieliśmy jeść w Santiago. Kiełbasa i serki smakowały wybornie z chlebem Vasa ... 
Pogadałem trochę z młodym Kubańczykiem, który miał "zdrowe" podejście do życia. Tłumaczył mi, że największy błąd mężczyzn to próba zrozumienia kobiet. Stwierdził, że lepiej udawać idiotę i przytakiwać :) Jechał właśnie ze swoją narzeczoną Hiszpanką odwiedzić rodzinę. On czeka na Kubie, aż dziewczyna zarobi w Hiszpanii na dom. Wtedy się pobiorą i tam wyprowadzą, a na razie ona pracuje, on przytakuje i cieszy się życiem na Kubie. Miał już wprawdzie żonę Kubankę, ale jak stwierdził była zbyt zazdrosna, co w warunkach kubańskich jest ogromnym mankamentem u małżonki ;)
Przy zachodzącym słońcu o godzinie 19 wtoczyliśmy się na dworzec w Santiago spóźnieni o 12 godzin. Wspólnie z naszym kanadyjskim przyjacielem i dwoma miłymi Kubańczykami poznanymi w pociągu udaliśmy się na spacer do centrum w poszukiwaniu kwatery. Odwiedziliśmy najpierw luksusową po 30 $ , ale pożałowaliśmy kasy i trafiliśmy na calle Pio Rosado do dwóch kwater po 15 $ ze śniadaniem. Cena odpowiednia, a warunki wystarczająco schludne. Wylądowaliśmy w knajpce Dolores na placu Dolores na wykwintnej kolacji - owoce morza z ryżem i piwo marki Bucanero. Duke jako przedstawiciel rasy żółtej miał głowę znacznie słabszą od przeciętnego Europejczyka i po kilku butelkach zaczął nam opowiadać barwnie swoje życie w Europie i w podróży w czasach dzieci-kwiatów. Dzięki podróżom znał kilka języków i nawet robił wykłady po hiszpańsku Kubańczykom, bo bardzo denerwowało go gdy nazywali go Chińczykiem...

Pociąg relacji Hawana - Santiago Santiago - lokalny autobus

23.03.05 Santiago de Cuba

Po wczorajszej kolacji Duke miał zbyt duże bóle głowy by zwiedzać z nami. Poszliśmy najpierw poszukać wypożyczalni samochodów. Wyliczyliśmy bowiem, że przy dość sporych cenach biletów autobusowych nie będzie wcale drożej, a na pewno więcej zobaczymy mając własny środek lokomocji. Nie było wcale łatwo. Albo nie mieli samochodów, albo ceny były bardzo wysokie, albo nie zgadzali się na oddanie w innym mieście. Dopiero w agencji turystycznej Islazul spotkaliśmy Adelę, miłą Kubankę, która z rozrzewnieniem wspominała 5 lat spędzone za młodu w Odessie i rozmawiając z nami po rosyjsku wykonała kilka telefonów i zarezerwowała nam Atosa na jutrzejszy ranek. Naganiacze proponowali nam wycieczkę do Gran Piedro za 40 $, ale postanowiliśmy poleżeć dziś na plaży. Najpierw jednak trzeba było tam dojechać. Wybór padł na plaże Siboney, oddaloną od miasta około 20 km. Dowiedzieliśmy się od Adeli, że można tam dojechać za 1 peso ciężarówką. Aby dojść do przystanku ciężarówek musieliśmy przejść jednak przez całe miasto. W porównaniu z Hawaną zaskakiwała mnie duża ilość ludzi na ulicach. A może to kwestia pory dnia. W końcu udało nam się zapakować do odpowiedniej ciężarówki. Była zapełniona po brzegi. Zbierający pieniądze za bilety stwierdził, że jako obcokrajowcy nie pojedziemy za 1 peso. Dopiero gdy siedzące obok nas kobiety zaczęły go wyzywać, wyraźnie rozczarowany wziął od nas po 1 peso i ruszyliśmy. 

Santiago - Plac Cespedes Santiago - w klubie szachowym


Plaża nie była rewelacyjna, ale było się gdzie położyć i było tez gdzie popływać w ciepłym, ale bardzo słonym morzu. Leżeliśmy w prażącym słońcu popijając mleczko kokosowe z kokosów z palm rosnących na plaży - sztuka z 0,5 $. Koleś nie tylko je nam sprzedał, ale rozłupał i nożem wykroił miąższ. Co ciekawe każdy z tubylców pytał, czy będzie mógł zabrać po nas puste butelki od wody mineralnej. 
Po 16.00 postanowiliśmy wracać i sytuacja w ciężarówce powtórzyła się, ale tu obsługa była już twarda i chciała od nas minimum 2 $. W końcu zgodzili się zabrać nas za 10 peso od głowy. Jedna ze starszych Kubanek zaczęła nam tłumaczyć, że powinniśmy wziąć taksówkę za 5 $. Jeden z pasażerów był nawet tak zbulwersowany ceną naszych biletów, że zaczął Pawła wypytywać o dane i zapisywać je w swoim kapowniku - pewnie jakiś tajniak...
Wróciliśmy do miasta i kiedy reszta wycieczki udała się na kwaterę zamówić kolację i odpocząć, ja włóczyłem się po uroczych uliczkach fotografując ludzi, samochody i architekturę. Trafiłem nawet do klubu szachowego, gdzie zagrałem dwie krótkie partie z instruktorem, oczywiście sromotnie przegrywając. 
Zjedliśmy wspólnie kurczaka z ryżem popijając rumem z colą. Duke stwierdził, że niestety nie pojedzie z nami do Baracoa bo za bardzo gonią go terminy i boi się, że nie zdąży na samolot na Jamajkę. Miął być tam jeden dzień, a potem jeszcze jeden na Haiti. Stwierdził, że musi zaliczyć te państwa, bo brakuje mu ich jeszcze na mapie odwiedzonych przez niego krajów. Może na starość też będę tak podróżował? :) 

Wiecznie uśmiechnięte dziewczyny kubańskie Muzykant uliczny w Santiago Santiago - Catedral de Nuestra Senora de la Asuncion

24.03.05 Santiago - Baracoa

Byliśmy umówieni z Adelą na 8.30, ale jak przekonaliśmy się nie raz, Kubańczycy traktują punktualność z dość dużym przymrużeniem oka. Gdy Adela przyszła dowiedzieliśmy się, że samochód ma na nas czekać hotelu San Juan na peryferiach miasta. Znów przeszliśmy zatem przez całe miasto. Elsa, miła pracowniczka agencji stwierdziła, że samochodu nie ma ale ma tu kolegę z lotniska, który wynajmie nam upragnione auto. W końcu dostaliśmy niebieskiego Atosa na tydzień płacąc 55$ za dobę plus 200 $ kaucji. Bagaży sporo, chłopaki z nas tez spore, więc ledwo zapakowaliśmy się do pojazdu ciesząc się, że Duke  zrezygnował ze wspólnej podróży. Byłoby naprawdę ciasno. Przed wyjazdem z Santiago odwiedziliśmy jeszcze twierdzę del Morro San Pedro de la Roca, która kiedyś była ważnym punktem obrony miasta przed napadami od strony morza. Została zbudowana w połowie XVII wieku. O jej świetności najlepiej mówią liczne armaty stojące na murach. Wstęp do zamku kosztuje 4 $. Z murów rozpościerają się wspaniałe widoki na wybrzeże i Cayo Granma - kolejną turystyczną atrakcję Santiago, którą my podziwialiśmy jednak z daleka. Czas było nam ruszać w drogę. Gospodyni dała nam namiary na kwaterę w Baracoa - celu naszej dzisiejszej trasy. Nawet tam zadzwoniła i koleś miał na nas czekać przy wjeździe do miasteczka. 

Twierdza El Morro Południowo - wschodnie  wybrzeża Kuby

Na mapie wyglądało to całkiem blisko, a okazało się, że mamy do przejechania około 240 km. Na szczęście droga była znacznie lepszej jakości niż w Polsce i niż sami się spodziewaliśmy. Kierowcę mieliśmy jednego, bo za każdego następnego trzeba byłoby zapłacić 3 $ za każdy dzień. Wszyscy pasażerowie byli zadowoleni, a ja tez nie miałem nic przeciwko trzymaniu kierownicy. Przynajmniej zatrzymywałem się tam gdzie chciałem, by zrobić zdjęcia ;)
Zatankowaliśmy wcześniej do pełna - najlepszej dostępnej benzyny po 0,95 $ za litr. Ruch na drodze bardzo skromny. Od czasu do czasu mijaliśmy tylko pojedyncze ciężarówki. Chcieliśmy zjechać w okolicach Guantanamo, by obejrzeć z punktu widokowego amerykańską bazę, ale okazało się, że droga tu zablokowana i trzeba mieć specjalne przepustki by się tam dostać. Może nie ma czego żałować... 
Krajobraz powoli zmieniał się z suchego na coraz bardziej zielony. Dominowały plantacje bananowców. Zatrzymaliśmy się nawet na chwilę i kupiliśmy 14 sztuk za 1 $. Wyjątkowo smaczne i wyjątkowo nie spełniające wymogów Unii Europejskiej - za małe i za mało wygięte. Widoki na morze wymuszały czasem fotograficzne postoje, a kiedy odbiliśmy na północ by przejechać przez góry w kierunku Baracoa, na pierwszym parkingu obskoczyli nas tubylcy by sprzedać nam cokolwiek. Najpierw Maciek kupił naszyjnik z muszelek i dwa rożki pełne słodkiego żarcia za 1$. Okazało się, że to miejscowe konserwy: kokos i papaja wymieszane z miodem. Bardzo słodkie i pożywne, można je przechowywać tygodniami. Jarek kupił kakaowe kulki i korale, a potem wymienił koszulkę na trzy woreczki z kawą i kakao. W Baracoa okazało się, że za rożki przepłaciliśmy przynajmniej pięciokrotnie, ale i tak ceny nie były zbyt wygórowane. Krętymi serpentynami przez góry przejechaliśmy ponad 50 km podziwiając najbardziej zieloną część wyspy, tzw. el Oriente. Roślinność jest tu typowo tropikalna – palmy, bananowce i inne nieznane mi drzewa, a pomiędzy nimi bajkowe chatki kryte strzechą. 

Baracoa - Catedral de Nuestra Senora de la Asuncion Obchody Tygodnia Kultury w Baracoa


Przy wjeździe do Baracoa czekał na nas już Kubańczyk, który zobaczywszy nasz samochód, zaczął krzyczeć: „polacos”! Zaprowadził nas do „casa particulare” na ulicy Marti. Interes prowadzony jest przez młode małżeństwo. Po krótkich targach Osmal (pan domu) zgodził się na 15$ za pokój i to ze śniadaniem. Był to elektryk i gdy poprosiliśmy go o prąd 220V, wydłubał ze ściany dwa przewody i podłączył je do naszej przełączki. Mogliśmy ładować akumulatory do woli. Po krótkiej kąpieli poszliśmy zwiedzać miasteczko umówiwszy się na kolację na dwudziestą. Wszędzie panował niewyobrażalny spokój. Mijaliśmy śliczne, kolorowe domki. Na głównym placu kupiliśmy po 1 piwie Hatuay za 10 pesos. W centrum miasta mieści się kościół, w którym podobno przechowywany jest krzyż przywieziony przez Hiszpanów, kiedy budowali pierwszą na Kubie osadę. Kościół wygląda interesująco pod względem architektonicznym, ale jest bardzo zaniedbany. Przed wejściem stoi posąg pierwszego rewolucjonisty na wyspie – Hatuay’a, który walczył z Hiszpanami w czasie konkwisty i wolał umrzeć, niż przyjąć chrzest. Stwierdził, że jeśli niebo jest pełne takich chrześcijan jak konkwistadorzy, to woli iść do piekła. 
Odwiedziliśmy jeszcze miejską plażę bardzo kiepskiej jakości. Dobrze chociaż, że woda była ciepła. Miejscowy ratownik straszył nas meduzami, ale na szczęście nie mieliśmy okazji ich spotkać. Na kolację zamówiliśmy lokalną specjalność – rybę w kokosowym oleju. Smakowała wybornie! Wróciliśmy jeszcze do centrum na nabożeństwo wielkoczwartkowe, a po mszy przyłączyliśmy się do procesji konkurencyjnej imprezy. Duża grupa tańczących tubylców przez kilka godzin po zmroku przemierzała ulice miasta w rytm perkusyjnej muzyki o afrykańskim brzmieniu. Wmieszałem się w tłum, gdzie wszyscy chętnie pozowali do zdjęć. W czasie Wielkiego Tygodnia odbywa się w Baracoa tydzień kultury wymyślony przez komunistyczne władze, którego głównym elementem są parady ulicami miasta. 
Po powrocie na kwaterę obejrzałem jeszcze z Osmalem relację z meczu baseball’a – zaczęły się właśnie play-off’y kubańskiej ligi. Jak dla mnie jeszcze większa nuda niż piłka nożna. Wcześniej nasz gospodarz oglądał przez kilka godzin coczwartkowe przemówienie Fidela i twierdził, że ludzie dobrowolnie  słuchają swojego wodza, który średnio co tydzień przekazuje im ważne dla kraju informacje.   

Na rzece Yumuri Okolice wokół ujścia Yumuri Lokalna "pralnia"

25.03.05 Baracoa

Zdecydowaliśmy się zostać w miasteczku dzień dłużej i zwiedzić okolice. Najpierw wybrałem się na poranny spacer po budzącym się miasteczku. Słońce powoli wznosiło się nad morzem, ludzie rozkładali towary na straganach przy drodze, dzieciaki w jednakowych mundurkach maszerowały do szkoły. Pod szkołą przypomniały mi się czasy mojego dzieciństwa, gdy uczniowie na placu apelowym odśpiewali hymn i pomaszerowali z nauczycielkami do klas. Wszyscy noszą białe koszule, a kolor spodni lub spódniczek zależy od wieku. Bordowy noszą najmłodsi, ciemnobrązowy nieco starsi, a krótkie, jasnobrązowe spódniczki ze względu na zgrabne nóżki osiemnasto czy dziewiętnastolatek przyciągają już wzrok każdego zdrowego mężczyzny. 
Po śniadaniu wszyscy zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy 25 km dalej na wschód do ujścia rzeki Yumuri. Wokół przez cały czas wspaniała, tropikalna roślinność. Najpierw obejrzeliśmy z góry kanion rzeki, gdzie na parkingu podbiegł do nas tłum miejscowych. Zaraz zaczęły się dyskusje ile i jak mogą na nas zarobić. W końcu dogadaliśmy się z jednym z nich – Baudim, 32-letnim Kubańczykiem – na wycieczkę po okolicy z małym rejsem łódką po rzece. Za wszystko mieliśmy zapłacić 10$, choć Baudi chciał, by płacić „co łaska”. Ustaliliśmy cenę na początku, aby potem nie mieć żadnych problemów. Kubańczyk stwierdził potem, że za takie pieniądze nikt nie poszedłby z nami na trzygodzinną wycieczkę po okolicznych wzgórzach, ale on ma żonę i dzieci, które musi utrzymać, a ja jestem za twardy w negocjacjach :). Niestety jedyny sklep z wodą był zamknięty. Baudi zaprowadził nas więc do swego domu, gdzie nalał nam dwie butelki podobno przegotowanej wody, a dodatkowo wcisnął do niej cytrynę, by bardziej uzdatnić ją do picia. Miejscowi piją wodę z rzeki, ale nasz przewodnik nam tego nie radził. Wykazywał się dosyć sporą wiedzą o okolicznej florze - pokazywał nam różne rośliny i tłumaczył do czego są wykorzystywane. Widzieliśmy mimozę, używaną do leczenia zębów, miętę na problemy żołądkowe i inne zielsko do leczenia gardła. Początek trasy przeszliśmy po drabinie, a potem w ogromnym upale wspinaliśmy się coraz wyżej. Mijaliśmy plantacje kawy, cytryn, ananasów i kokosów. Ziemia miała tu dziwny, czerwony kolor. Chwilami można było zobaczyć piękne wybrzeże Morza Karaibskiego. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że miejscowi używają soku z agawy albo oleju kokosowego do prania ubrań. Muszą o nie dbać, ponieważ ubranie na Kubie kosztuje sporo kasy. W końcu doszliśmy do koryta rzeki, gdzie znużeni spacerem w upale ponurkowaliśmy w „chłodnej” wodzie o temeraturze około 28oC. Z naszym przewodnikiem rozmawialiśmy zarówno po angielsku, jak i po hiszpańsku. Znał on angielski tak „dobrze”, jak ja hiszpański. Idąc wzdłuż rzeki dotarliśmy do miejsca, w którym miały czekać łódki. Nie było jednak żadnej, pomimo że przewodnik nawoływał je dość głośno. Baudi popłynął więc po łódkę wpław. Gdy łódka przypłynęła, Jarek z Maćkiem i naszymi bagażami zapakowali się na nią, a ja z Pawłem popłynęliśmy z prądem rzeki. Przewodnik był nieco rozczarowany, że dostał tyle, na ile się umawialiśmy, ale mimo wszystko rozstaliśmy się w miłej atmosferze. Na pożegnanie polecił nam kubańskiego drinka: kawę z rumem, pół na pół. 

 

Rzeka Toa Plaża Maguana


Po powrocie do Baracoa kupiliśmy chleb, pomidory i cebulę, i to miał być nasz postny, wielkopiątkowy obiad. Postanowiliśmy zjeść go na pięknej plaży Maguana, która znajdowała się kilka kilometrów na zachód od Baracoa. Jadąc tam minęliśmy miejscową fabrykę czekolady, a zapachy, które unosiły się z niej intensywnie pobudzały nasze apetyty. Szkoda, że nie wymyślono jeszcze urządzeń do utrwalania zapachów na pamiątkę. Na plaży, oprócz nas, leżały jeszcze tylko dwie parki „białasów” z Kubankami. Miejsce było po prostu bajkowe – czysty piasek, urocze domki i lasy palmowe dookoła. Gdy jedliśmy nasz „obiad” z okolicznych domów przychodzili miejscowi kręcąc z niedowierzaniem głową na widok tego, co jedzą biali turyści. Po kąpieli zdążyliśmy jeszcze zagrać w „Osadników” i dopiero nieduży przypływ wygonił nas z plaży tuż przed zachodem słońca. Wieczorem posiedzieliśmy przed telewizją z Osmalem, który wytłumaczył nam, że o tej porze roku Kubańczycy nie chodzą na plażę, bo jest za zimno. Dopiero w czerwcu, lipcu i sierpniu, gdy woda ma ponad 30o zaczyna się dla nich sezon kąpielowy. 

Baracoa - Tydzień Kultury Lokalny McDonald

26.03.05 Baracoa - Holguin  

Po śniadaniu mieliśmy w planach szybki wyjazd do wodospadów, ale trafiliśmy na kolejną paradę z okazji dni kultury – tym razem w świetle dziennym. Najpierw obok naszego domu odbył się apel z hymnem i przemówieniami, a potem podziwialiśmy „procesję” z różnego rodzaju muzykantami, poprzebieranymi dzieciakami i dorosłymi niosącymi transparenty i portrety Che Guevar’y. Całość prowadziło dwóch policjantów, na mocno „wypasionych” motorach. Pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami, a po drodze na zachód, trafiliśmy na miejscowy targ. Zakupiliśmy kanapki z pieczoną wieprzowiną i cebulą po 5 peso oraz płyty CD z kubańską muzyką. Udało nam się też przegrać kilka kubańskich peso w „chomikową” ruletkę. Ludzie obstawiają cyfry znajdujące się na skrytkach dla świnek morskich, a zwierzę jest uwalniane z pudełka znajdującego się na środku i wszyscy oczekują w napięciu, do której skrytki zwierzę się schowa. Gdy świnka weszła kilka razy do skrytki numer 24 i prawie wszyscy obstawili ten numer, bystry kierownik imprezy wymienił świnkę na inną, która poszła w całkiem innym kierunku. 

Przygotowania do parady "Chomikowa" ruletka Wodospady w okolicach El Yunque


W końcu udało się nam wyjechać z Baracoa i w następnej miejscowości odbiliśmy z głównej drogi w lewo, przy ogromnym napisie „ el Yunque”. Spory kawałek jechaliśmy kiepską drogą, aż do budki gdzie nas zatrzymano i wyjaśniono, że aby iść lub jechać dalej, trzeba zapłacić – 8$ od głowy do wodospadów albo 13$ na szczyt el Yunque. Po dłuższej dyskusji cena spadła do 5$, ale i tak uznaliśmy, że to za drogo. Zamiast do wodospadów postanowiliśmy jechać na morską plażę. Jednak w drodze powrotnej, w trakcie fotografowania kakaowców, podszedł do nas młody Kubańczyk i powiedział, że zaprowadzi nas do wodospadów za 10$ omijając kontrolę. Przystaliśmy na jego propozycję. Zostawiwszy samochód w bocznej drodze wśród kakaowców, ruszyliśmy wąskimi ścieżkami za Rafaelem - naszym nowym przewodnikiem. Szliśmy dziarsko w górę rzeki, ale kiedy pojawili się strażnicy, musieliśmy przejść na drugi brzeg. Uciekaliśmy przed strażnikami brodząc w wodzie po uda, co dodatkowo nadawało wycieczce smaczku. Po drodze zwiedziliśmy plantację kakaowców, próbując galaretowatą maź z wnętrza owoców. Najpierw dotarliśmy do małego wodospadu, gdzie wykąpaliśmy się w niewielkim, naturalnym basenie, a potem poszliśmy do kolejnego. Większy wodospad miał też dużo większy basen, ale w związku z tym dużo więcej tu turystów. Woda była krystalicznie czysta i ciepła, i skakaliśmy do niej nawet ze skał. Można tu spokojnie spędzić cały dzień. Nie mieliśmy jednak tyle czasu, bo w planach był dojazd do Holguin. Musieliśmy więc wracać, ponownie przedzierając się pomiędzy drzewami. Po drodze mijaliśmy kobiety piorące w rzece, które gorącą wodę brały z kociołków stojących na ogniskach na brzegu. Zrobiliśmy sobie przerwę na kokosy, a gdy nasz przewodnik nie mógł dać sobie rady ze strąceniem ich z drzewa, sam wspiąłem się po owoce i urwałem kilka sztuk. Spotkaliśmy również znajomego Rafaela, który pochwalił się nową maczetą i pomógł nam „rozpakować” kilka kokosów na próbę. Wróciliśmy do auta, które stało nietknięte pomimo pełnego bagażnika.  

Domek w dżungli Owoce kakaowca


Ruszyliśmy w drogę, ponieważ wg tubylców mieliśmy przed sobą pięć godzin drogi. Przez pierwsze dwie godziny przeciętna prędkość wynosiła 30km/h z powodu ogromnych dziur w asfalcie albo jego braku. W końcu dojechaliśmy do przemysłowego miasta Moa, w którym dymiło mnóstwo wysokich kominów. Od tego miejsca skończył się zielony rejon wyspy i rozpoczęła ponownie „sucha” Kuba. Po drodze mijaliśmy kąpiących się Kubańczyków, którzy przy okazji myli swoje samochody i woły. Może z okazji Wielkiej Soboty? Nawierzchnia poprawiła się zdecydowanie. Na obiadokolację zjedliśmy kupiony po drodze ser domowej roboty – dwa ogromne kawałki za 40 pesos. O zmroku dojechaliśmy do Holguin. Mieliśmy adres do Osmaela i przez przypadek trafiliśmy od razu na właściwą ulicę. Nie było niestety wolnych miejsc, ale właściciel zaprowadził nas do swoich znajomych i dostaliśmy dwie kwatery po 20$ za pokój. Na kwaterze nawiązaliśmy znajomość z młodymi Kubańczykami, którzy imprezowali u naszej gospodyni Marty. Poczęstowali nas rumem, a my w zamian też postawiliśmy dwie butelki Havana Club Añejo Blanco. Kubańczycy byli nauczycielami, albo śpiewakami, więc szybko znaleźli wspólny język z Jarkiem - pośpiewaliśmy i potańczyliśmy wspólnie. Nieźle nam szło i daliśmy się namówić na wspólne wyjście do knajpy z muzyką na żywo. Zapłaciliśmy za wejście po 1$ od osoby i mogliśmy bawić się do rana. Początkowo grała ekipa instrumentalna z 92 letnim gitarzystą. Jest on podobno legendą miejscowej salsy, ale głównie podsypiał przy gitarze. Widać, że jego lata chwały już przeminęły. Potem głównie śpiewała „chica” w średnim wieku, ale na szczęście tańczyć się dało. Wszyscy wrócili do łóżek nad ranem mocno zmęczeni.  

Uprawa roli na Kubie Wielkie mycie w Wielką Sobotę

27.03.05 Holguin - Guardalavaca - Gibara 

Wybrałem się z rana na Rezurekcję. Zdążyłem jednak tylko na zakończenie nabożeństwa. Wiernych w kościele było niewielu, a na ulicach też nie było tłumów. Wielkanoc nie przeszkadzała jednak kilku gościom rozwalać jakieś mury naprzeciwko kościoła. Kolegów ciężko było dobudzić i w związku z tym zamówiliśmy śniadanie na kwaterze. Zapłaciliśmy po 3$ za jajecznicę i jak za takie pieniądze nie dostaliśmy za dużo jedzenia. Na szczęście soku i kawy było pod dostatkiem, a wszyscy mieli wzmożone pragnienie. Przed wyjazdem do Guardalavaca kupiliśmy jeszcze bułki ze smażonym serem po 0,25 peso. 

Holguin - Catedral de San Isidoro Holguin - centrum


Droga na północ, w kierunku plaży była rewelacyjna i bardzo szybko dojechaliśmy na miejsce. Pod względem piękna, plaża w Guardalavaca ustępuje podobno jedynie plaży w Varadero. Mnóstwo tu palm i innych drzew dających cień i pomimo że na bielutkim piasku wyleguje się dużo ludzi, bez problemu znaleźliśmy wolne drzewo dla siebie. Chciałem jechać do indiańskiej wioski, ale reszta wolała plażować. Może i dobrze, bo później przeczytałem w przewodniku, że wioska i muzeum są otwarte jedynie do wczesnych godzin popołudniowych. Pływaliśmy w turkusowej wodzie, wylegiwaliśmy się w cieniu, a Paweł nie mógł się nadziwić, że wszystkie Kubanki oglądają się za nami. Na plaży wypoczywali również liczni Kubańczycy. Pogadałem z nauczycielką od angielskiego wykładającej na Uniwersytecie w Holguin. Rozmawialiśmy o wadach i zaletach komunizmu i kapitalizmu oraz o sytuacji na Kubie i w Polsce. 
Woda w morzu była bardzo słona i krystalicznie czysta. Spacerując po plaży doszedłem do dużego hotelu, gdzie woda, niebo, palmy i niewysokie skałki tworzą krajobraz jak z bajki. Zmieniliśmy pierwotne plany dojazdu do Camaguey i zostaliśmy tu do wieczora. O dziwo mieliśmy okazję porozmawiać po polsku z turystką z Kanady, której matka pochodziła z Polski. Wraz z mężem byli zdziwieni, że zdecydowaliśmy się na jazdę wynajętym samochodem, pomimo fatalnego oznakowania. Dyrekcja ich hotelu odradzała nawet jazdę skuterem po okolicy. 

Casa particulare dla obcokrajowców Na plazy w Guardalavaca


Około 17.00 ruszyliśmy w drogę do Gibara. Wg mapy było to dość blisko, ale droga pogorszyła się znacznie nie wiadomo czemu i jechaliśmy bezdrożami. W końcu zaczęliśmy pytać o drogę i miejscowa dziewczyna, tak bardzo przejęła się swoją rolą, że narysowała nam mapę całej okolicy, łącznie z oknami w hotelu w Guardalavaca i falami na morzu ;). Najważniejsze, że wiedzieliśmy jak jechać. Nasza pierwotna droga była najkrótsza, ale okazało się, że od dłuższego czasu most był nieprzejezdny. Trzeba było nieco wrócić. Mijaliśmy jadących wierzchem Kubańczyków, którzy chętnie wskazywali nam właściwą drogę. Przed zmrokiem byliśmy w nadmorskim miasteczku. Od razu przy wjeździe dorwał nas Papa, który wsiadł na rower i doprowadził nas do miłej kwatery „Dos Hermanos”. Kwatera była śliczna, ale nie było wolnych miejsc. Na szczęście, niedaleko głównego placu obok kościoła, znaleźliśmy kwaterę z dwoma pokojami. Po dłuższych targach zapłaciliśmy w sumie 40$ ze śniadaniem. Na kwaterze również zjedliśmy kolację, a ponieważ nie było langust, wzięliśmy krewetki po 8$ za porcję. Nie wiadomo czemu wszyscy mieliśmy objawy uczulenia, prawdopodobnie od pyłków roślin w lasach okolic Baracoa. Być może z tego powodu wszyscy kiepsko spali.  

Po drodze do Gibary Na ulicach Gibary

28.03.05 Gibara - Camaguey - Moron 

Po smacznym śniadaniu, kłopoty zaczęły się przy płaceniu. Całkiem miły wcześniej gospodarz życzył sobie 4$ extra za piwo do kolacji. Wytłumaczyłem mu, że nie dość że było drogo i nie mieliśmy innego napoju, to mógł nam wcześniej powiedzieć o dodatkowej opłacie. W końcu stanęło na naszym. Przed kwaterą niespodzianka. Młody Kubańczyk umył nasz samochód i czekał na zapłatę. 10 pesos bardzo go uszczęśliwiło. W trakcie szukania banku mieliśmy okazję zwiedzić miasteczko. Większość domów z czasów kolonialnych była w tragicznym stanie. Papa odnalazł nas błyskawicznie i zaproponował sprzedaż benzyny. Kupiliśmy od niego paliwo po 0, 5$ za litr. Od niedawna dopiero skończyły się na wyspie problemy z paliwem. Dzięki umowie z Wenezuelą Kubańczycy wysłali tam lekarzy, a w zamian dostają benzynę. Z powodu amerykańskiej blokady, przez lata była ona towarem bardzo deficytowym. Kupiliśmy także cygara – 25 sztuk Cohiba III za 20$.
Dzień zapowiadał się tranzytowo. Droga przez Holguin i Las Tunas była mało ciekawa. Jedyną atrakcją były stare, amerykańskie samochody jeszcze sprzed rewolucji. Przy wylocie z każdego miasta stali umundurowani na żółto funkcjonariusze z tabliczkami, na których zapisywali autostopowiczów. Kubańczycy przemieszczający się między miastami muszą zabierać tyle osób, ile mają wolnych miejsc w samochodzie. Turystów to jednak nie dotyczy, a poza tym i tak nie mieliśmy nadmiaru miejsca.
W Camaguey zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Najpierw zwiedziliśmy duży kościół, do którego zostaliśmy wpuszczeni pomimo remontu. Czuliśmy się jak na ogromnym placu budowy. Dobrze jednak, że trwają tu prace w celu zachowania zabytków. Szkoda, że na razie na niewielką skalę...

Kościół w Camaguey Kubańska apteka


Na głównym placu znaleźliśmy pizzę i piwo. W międzyczasie, przy wejściu do muzeum zrobiłem zdjęcie ogromnego portretu Che Guevar'y i zapytałem gdzie można kupić jego podobiznę. Zapytany Kubańczyk powiedział, że ma taki portret w domu. Poszliśmy więc wspólnie z Jarkiem za nim. Na miejscu Jarek zaśpiewał z matką Kubańczyka "Alleluja" Była ona, jak się okazało diwą operową w stanie spoczynku. Ja w międzyczasie dostałem świeżo zdjęty ze ściany obraz, płacąc za niego co łaska czyli 3 $. W Camaguey Jarek był zachwycony miejscową stacją radiową, nadającą muzykę poważną.  Ruszyliśmy jednak dalej w drogę, mijając miasteczka o znanych nazwach – Floryda, Ekwador, Kolumbia. Tu już słuchaliśmy kupione przeze mnie na targu w Baracoa kasety z kubańską salsą i El Diablo. Przebojem wycieczki miała się stać "Gazolina" ;)  
Dość sprawie dojechaliśmy do Moron. Tu przejechaliśmy całą główną drogę w mieście, ale nie natrafiliśmy na żadną kwaterę. Na szczęście zapytana o nocleg Kubanka, wsiadła z nami do Atosa i jeździła z nami od kwatery do kwatery. Dowiedzieliśmy się od niej, że w tym rejonie Kubańczycy muszą płacić państwu 160$ za pokój i 350$ za dwa pokoje miesięcznego podatku. Trwało długo nim w końcu znaleźliśmy dwa pokoje po 20$. Paweł z Maćkiem mieli większy luksus, ale za to my mieliśmy TV cubano – 3 programy. Miasteczko nie miało raczej dużo do zaoferowania i z trudem znaleźliśmy pizzę i piwo.  

Camaguey - lokalne riksze Nasz główny środek transportu na wyspie

29.03.05 Moron - Cayo Coco - Moron 

Nie było gdzie wymienić pieniędzy i ograniczyliśmy się jednie do zakupu żarcia – bagietki za 4 pesos i reklamówka papryki za 10. Drogę na północ, w kierunku Cayo Coco znaleźliśmy bez większych problemów. Ponieważ praktycznie nie mijaliśmy żadnych zabudowań 120km/h nie schodziło z licznika i szybko dojechaliśmy do kontroli paszportowej, dużo dokładniejszej niż na granicy. Po zapłaceniu 2$ mogliśmy wjechać na groblę. Ten cieniutki, sztucznie usypany pasek lądu o długości 25 km łączy Kubę z Cayo Coco. Na małej wyspie nie ma żadnych miejscowości lecz tylko luksusowe hotele, ogrody botaniczne i park narodowy. Przejechaliśmy świetną drogą aż do końca wyspy i wjechaliśmy na jeszcze mniejszą – Cayo Guillermo. Celem naszej podróży była Playa Pilar, ulubiona plaża Hemingwaya. Zapłaciliśmy 1$ za parking przy plaży. Po przejściu przez wydmy obok drewnianej knajpy ukazała się cudowna plaża z turkusową wodą. Udało nam się nawet znaleźć ostatni, wolny trzcinowy parasol. Tak drobnego piasku nigdy nie widziałem. Pływanie w kryształowo czystej wodzie było aż „nudne”. Niezależnie od głębokości wody, wszędzie na dnie widać było jedynie biały piasek. Leniuchowanie tak nam się spodobało, że nasze plecy zrobiły się czerwone. 
W końcu postanowiliśmy poszukać jeszcze innej plaży, tym razem na Cayo Coco. Zatrzymaliśmy się obok parku narodowego. Tu chcieli od nas 18$ od osoby za dwugodzinną wycieczkę z przewodnikiem. Przekraczało to jednak nasze możliwości finansowe. Dowiedzieliśmy się jednak od miłego Kubańczyka, że bez problemów wpuszczą nas na hotelowe plaże. Zatrzymaliśmy się więc przy najbliższym czterogwiazdkowym hotelu, w którego recepcji uzyskaliśmy zgodę na przejście na plażę. Przed plażowaniem zajrzałem jeszcze na chwilę do internetu – 1h kosztuje 5$. Gdy doszedłem na plażę chłopaki bawili się w najlepsze. Paweł właśnie przynosił kolejną porcję drinków z baru all inclusive. Takiej okazji nie można było zmarnować. Nawet jako kierowca wypiłem dwa wyśmienite „mojitos”. Ile wypiła reszta – lepiej nie mówić. W drodze powrotnej do Moron radość panowała wielka. Przy przejeździe przez groblę ponownie trzeba było zapłacić 2$. Na kwaterach byliśmy z powrotem o 18.00, a na 20.00 zamówiliśmy pyszne langusty. Na deser gospodyni zafundowała nam jeszcze ciemny ryż z fasolą.  

Most na Cayo Coco Playa Pilar na Cayo Guillermo

30.03.05 Moron - Cienfuegos 

Przed wyjazdem z Moron zjedliśmy w miasteczku pyszne, smażone ryby z bułką za 2 pesos i kupiliśmy czerwoną paprykę na straganie warzywnym. Do przejechania mieliśmy spory kawałek drogi, ale dość szybko dotarliśmy do Ciegos de Avila skąd zaczynała się całkiem niezła autostrada. Chłopaki narzekali trochę na spalone plecy, ale takie są koszta nadużywania alkoholu na plaży ;). 
Po południu dojechaliśmy do Cienfuegos, gdzie od razu zbliżyło się do nas trzech rowerzystów i każdy z nich proponował nocleg. Bardzo szybko zdecydowaliśmy się na przyzwoitą kwaterę za 45 $ ze śniadaniem. Mieliśmy do dyspozycji całe mieszkanie z tarasem. 
Zrobiliśmy sobie mały spacer po mieście i moim zdaniem Cienfuegos bardzo różni się od innych miasteczek na Kubie. Zabudowania wokół centralnego placu są pięknie odnowione i nie przypominają zaniedbanych kamienic, które widzieliśmy w innych miastach, a kwitnące drzewa w parku Jose Marti dodają znacznie uroku miastu. W miejscowej katedrze z XIX wieku uczestniczyliśmy w próbie tutejszego chóru, a Jarek nawet zaangażował się w śpiew osobiście. 
Ponieważ było bardzo gorąco zapragnęliśmy kąpieli w morskich falach. Zostawiliśmy zmęczonego Jarka na kwaterze i 15 km na południe od miasta znaleźliśmy bardzo przyjemną plażę Rancho Luna , na której spędziliśmy popołudnie. W morzu widziałem nawet kilka ryb, a nasz przewodnik podaje, że w okolicy są możliwości nurkowania z obserwacją ciekawej fauny Morza Karaibskiego.
Po kąpieli wróciliśmy do miasta, gdzie po krótkich poszukiwaniach zjedliśmy pizzę z szynką za 8 peso. Na wieczorną partię „Osadników” zakupiliśmy jeszcze flaszkę rumu i coli. Na naszej kwaterze usiedliśmy na tarasie z widokiem na zatokę. Brzmi nieźle, ale wyglądało nieco gorzej ;)

Cienfuegos "Wrócą... ", tylko czy na pewno?
Jest czego zazdrościć... Cienfuegos - jedno z bardziej zadbanych miasteczek

31.03.05 Cienfuegos - Trinidad 

Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, ponieważ do 10.00 trzeba było oddać samochód, a z Cienfuegos do Trinidad jest kawałek drogi. Przed wyjazdem zjedliśmy jeszcze wyborne śniadanie: mnóstwo owoców, tosty z szynką i serem, a także pyszny sok pomarańczowy.
Pustymi drogami, podziwiając nadmorskie zatoczki z wysokich mostów, dojechaliśmy do Trinidad w ciągu godziny. Adres kwatery mieliśmy jeszcze z Matanzas. Okazało się niestety, że jeden pokój jest zajęty, ale sprytny gospodarz znalazł wolny kilka przecznic dalej. Ponownie wytargowaliśmy cenę za nocleg 45 $ ze śniadaniem. Hotel w Trinidad, w którym mieliśmy oddać samochód znajdował się przy samej plaży. Postanowiliśmy zatem spędzić cały dzień nad morzem. Procedura oddania pojazdu odbyła się błyskawicznie i nikt nawet nie sprawdzał stanu samochodu. 
Hotelowa plaża była kolejną z gatunku „all inclusive” i ponownie dostaliśmy zgodę na bezpłatne korzystanie z niej. Gdy jednak chłopcy zamówili sobie piwo, trzeba było za nie zapłacić po 1 $. Ulokowaliśmy się pod sporymi drzewami, ponieważ ochroniarze zaczęli wołać pieniądze za leżaki - 2 $ za dzień. Atmosfera nie była najlepsza – wszędzie pełno strażników z krótkofalówkami. Nie wyobrażam sobie dłuższych wczasów w takich warunkach...

Plaża na Półwyspie Ancon Iglesia de la Santisima Trinidad

Przysiadła się do nas siedemnastoletnia Jamela, która odczuwała straszną potrzebę dyskusji z obcokrajowcami. Gadała bez przerwy, przeszkadzając nam w grze... Jeden tylko Jarek jak prawdziwy gentleman chciał z nią rozmawiać, ale trudno było im znaleźć wspólny język. Po dwugodzinnym monologu Jameli zacząłem z nią trochę rozmawiać i dowiedziałem się, że zarabia śpiewając w hotelach dla turystów. Dziewczyna była zdziwiona, że nie chcemy jej zabrać ze sobą na kwaterę. 
Po południu mieliśmy mały kłopot z powrotem do miasteczka. Ponieważ koledzy byli zmęczeni, zamiast łapać stopa, wynajęliśmy minibusa, który podwiózł nas do centrum Trinidad za 10 $. Po szybkiej kąpieli wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Niedaleko fabryki papierosów znaleźliśmy pizzę za 5 peso, chyba najsmaczniejszą na całej Kubie. W centrum znajdowała się uliczka ze straganami, na których mnóstwo pamiątek dla przybywającymi tu licznie turystów. Można tu było kupić drewniane figurki, biżuterię, obrazy itd. 
Piękny kościół de la Santisima Trinidad przy głównym placu był niestety zamknięty. Dzień zakończyliśmy właśnie tam, gdzie przy dużych schodach muzycy grali salsę, a tubylcy uwodzili bogate turystki w średnim wieku. Wieczór był bardzo gorący, a na kwaterze Maćka i Pawła nie było klimatyzacji. Przenieśli się zatem z materacami na podwórko. Wracając na nasze miejsce noclegu zrobiłem jeszcze kilka fotek niesamowitych kubańskich samochodów.  

Kilka polskich akcentów Trinidad - siła pociągowa
Trinidad - zaopatrzenie w wodę Trinidad - na spacerze w centrum miasta

1.04.05 Trinidad - Valle de los Ingenios - Trinidad 

Tym razem śniadanie było bardzo kiepskie – nie dostaliśmy nawet jajka. Musieliśmy się spieszyć, gdyż o 9.30 odjeżdżał pociąg do Valle de los Ingenios. Gdy doszliśmy do dworca, pociąg prawie już odjeżdżał. Okazało się, że za przejechanie 15 km mamy zapłacić po 10 $ od osoby. Na nic zdały się próby targowania. Postanowiliśmy więc dotrzeć tam inaczej. Wpadłem na pomysł, żeby wynająć rowery. Wróciliśmy do centrum, gdzie w ruinach teatru, oprócz knajpy znajduje się wypożyczalnia rowerów. Wypożyczenie kosztuje 3 $ na dzień. W trakcie sprawdzania rowerów mieliśmy okazję obejrzeć fragment lekcji gry na instrumentach perkusyjnych. Dostaliśmy nawet wizytówkę od instruktora. Wyjechaliśmy około 10.00, a już wtedy było bardzo gorąco. Rowery nie były najlepsze, a droga niestety nie była płaska. Po ok. 4 km dojechaliśmy do punktu widokowego, skąd widać było cała dolinę i otaczające ją góry. Na szczycie znajduje się knajpka, gdzie można wypić piwo i zakupić pamiątki. Szef interesu proponował nam jeszcze niedrogo dziewczynę... 
Dalsza droga wiodła ostrym zjazdem. Jechało się super, ale wszyscy zastanawiali się jak podjedziemy z powrotem? Po pokonaniu ok. 15 km dojechaliśmy do starej plantacji trzciny z wieżą widokową w w Manaca-Iznaga. Większość turystów przyjeżdża tu pociągiem lub autokarami. Dla nich pod wieżą ustawione są stragany, gdzie można kupić bawełniane obrusy i ubrania. Za 1 $ wspięliśmy się na wieżę. Widoki dookoła były bardzo ciekawe, chociaż morza – o którym pisał przewodnik – nie zobaczyliśmy. Po krótkiej sesji fotograficznej wybraliśmy się na zakupy. Za 9 $ kupiłem obrus, za 3 $ - wiejską koszulę dla dziecka, a za 1 $ - 5 sznurów korali. Gdy reszta targowała się jeszcze, wybrałem się na spacer po okolicznej wiosce. Szczęśliwi tubylcy pozowali z kurczakami do zdjęć. 

Valle de los Ingenios w okolicach Trinidad Plantacja trzciny w Manaca-Iznaga

Przed drogą powrotną zakupiliśmy po szklance soku z trzciny cukrowej po 0,8 peso. Sok był dość słodki, ale całkiem orzeźwiający i dodający energii do dalszej jazdy. Gdy dojechaliśmy do stromego podjazdu z małą awarią roweru Pawła, postanowiliśmy odpocząć na przystanku. Pogadaliśmy trochę z dziadkiem czekającym na transport do miasta. Kiedy udało mu się złapać stopa, zapakowaliśmy się razem z rowerami na przyczepkę za traktorem. Wysiedliśmy ponownie koło „miradoru”. Zaraz na początku dalszej jazdy Paweł złapał gumę. Na szczęście udało mu się znowu zatrzymać stopa – dziadka na wozie z trzciną cukrową, ciągniętego przez małego konika. Musieliśmy na niego trochę poczekać w „teatralnej knajpie”. Kubańczyk obsługujący wypożyczalnię rowerów załatwił nam po znajomości piwo za 1 $. Traktował nas ulgowo, ponieważ był kiedyś w Bułgarii i mógł się z nami dogadać po rosyjsku. Ponownie przyglądaliśmy się nauce gry na bębnach, która kosztuje 10 $ za 2 godziny. Za tą samą cenę można również zatrudnić instruktora nauki salsy. Wracając na kwaterę zajrzeliśmy na targ, na którym kupiłem figurki muzykantów i domino, a chłopaki wymienili stare ciuchy na słomkowe kapelusze. Wieczorem udało się nam wreszcie znaleźć piwo lane do plastikowych kubków za 5 peso. Posiedzieliśmy trochę w parku, gadając z lekko pijanym Kubańczykiem, który oczywiście chciał nam sprzedać cygara.  

Manaca-Iznaga - wieża widokowa Dumny hodowca Trinidad - na Starówce

2.04.05 Trinidad - Pinar del Rio  

Jeszcze poprzedniego dnia umówiliśmy samochód na 12.00 więc mieliśmy sporo wolnego czasu. Gospodarze nie byli specjalnie mili, ponieważ nie chcieliśmy kupować u nich obiadów ani cygar. Wybraliśmy się ponownie na spacer ulicami Trinidad. Ku niezadowoleniu chłopaków okazało się, że alkohol z okienek, zarówno rum jak i piwo, sprzedają dopiero po 15.00. Obejrzeliśmy okolice miasta za kościołem i centralnym placem, co jakiś czas zaczepiani przez handlarzy cygarami. Na koniec znów trafiliśmy na uliczkę ze straganami i tym razem chłopcy byli bardzo dobrze przygotowani do handlu wymiennego: Paweł miał plecak pełen brudnych ciuchów. Za ręcznik dostał dużą maskę, a za dwie pary majtek i trzy pary skarpetek – mniejszą. Jarek w tym czasie oddał Kubance kalkulator z dobrego serca. Kiedy doszliśmy do wypożyczalni samochodów okazało się, że nie było nikogo z obsługi. Miałem nienajlepsze przeczucia, tym bardziej że na ulicy nie było obiecywanego nam samochodu. Poszliśmy więc z Pawłem szukać innej agencji. Na stacji benzynowej przy wylocie z miasta w kierunku plaży, znaleźliśmy wypożyczalnię „Havanaauto”. Dowiedzieliśmy się, że mają toyotę yaris, ale trzeba było poczekać ponad godzinę. W trakcie podpisywania umowy okazało się, że karta debetowa Pawła nie nadaje się jako zabezpieczenie. Podjechałem więc po Jarka, a może bardziej po jego kartę kredytową. Całe szczęście, że miał taką, którą mogliśmy wykorzystać.

Co tu jeszcze pisać... ... i tu...
... i tu.... ... i jeszcze tu...

Wyjechaliśmy dużo później niż się spodziewałem, ale pomimo nalegań Jarka nie chciałem szukać wcześniej noclegu – celem było Pinar del Rio, 400 km na zachód od Trinidad. Po drodze musieliśmy jeszcze wjechać do Cienfuegos i wymienić olej i filtr, by nie płacić 50 $ kary za przekroczenie limitu kilometrów.  Po 20 minutach mogliśmy jechać dalej. Z Cienfuegos dość szybko dojechaliśmy do autostrady, po której mogliśmy jechać z prędkością 130 – 140 km/h. Dopiero przed samą Havaną nawierzchnia popsuła się. Akurat wtedy, kiedy na chwilę zmienił mnie za kierownicą "nielegalnie" Maciek. Dość szybko przejechaliśmy przez stolicę, pomimo trudności ze znalezieniem drogi wylotowej do Pinar. Zapadł zmrok, a sporo mijanych na trasie samochodów nie miało tylnych świateł. Do celu dojechaliśmy ok. 21.30 i zaraz podczepił się do nas koleś na rowerze. Nie dało rady go zgubić. W końcu, gdy zaczęliśmy z nim rozmawiać, zapewnił nas, że pomoże nam z dobrego serca, za darmo. Na kwaterze, do której nas zaprowadził, dowiedzieliśmy się, że tego dnia zmarł papież i w większości krajów świata ogłoszono żałobę. Nawet na komunistycznej Kubie, której mieszkańcy i ich przywódca bardzo cenili sobie autorytet naszego rodaka od czasu jego wizyty...  
Nie było łatwo znaleźć wolnych pokoi, ale po wykonaniu kilku telefonów, Michael (nasz przewodnik) zaprowadził nas na rewelacyjną kwaterę za 70 $ za dwa dni. Zostawiliśmy zmęczonego Jarka z bagażami i poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Trafiliśmy do baru szybkiej obsługi i zamówiliśmy kurczaka. Umówiliśmy się z Michaelem na następny dzień na wycieczkę na plantację tytoniu.  

Kubańska piękność na emeryturze Co by tu jeszcze zapalić ? Luz na codzień

3.04.05 Pinar del Rio i okolice

Gospodyni zaskoczyła nas niemiło o poranku, mówiąc, że niestety musimy opuścić kwatery już dzisiaj. Tłumaczyła się, że wynajęła już pokoje gościom z Havany, nie wiedząc, że my tu nocujemy. Oddała nam połowę pieniędzy i przy pomocy Michaela bardzo szybko znaleźliśmy kolejne kwatery po 15 $ za pokój. Paweł i Maciek mieli w cenie nocleg w sąsiedztwie krokodyla i 7-dniowego noworodka. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na wycieczkę na południowy zachód. Po dojechaniu do pól tytoniowych w miejscowości San Juan y Martinez, Michael „załatwił” nam zwiedzanie farmy. Mieliśmy zapłacić po 4 $ za zwiedzanie, kawę i cygaro. Opłacało się. Najpierw miła dziewczyna wytłumaczyła nam jak sadzi się tytoń, pokazała nasiona, wytłumaczyła, że rosną 45 dni do momentu przesadzenia. Po kolejnych 45 dniach ucina się najniższe liście. Gdy rośliny są dojrzałe, z liści rosnących na różnej wysokości robi się cygara o różnej mocy: im wyżej rosną liście, tym  cygara są mocniejsze. Z najniższych produkowane są „Monte Christo”, ze środkowych „Cohiba” i „Romeo i Julia”, a z najwyższych „Partagas”. Potem przeszliśmy do suszarni, gdzie wciąż tłumaczono nam jak żmudny i długotrwały jest proces produkcji cygar. Liście trzeba płukać i suszyć. Na polach pracują mężczyźni, a w suszarni przeważnie kobiety. Obejrzeliśmy nawet proces zwijania cygara, niestety nie na udach zgrabnej Kubanki... Końcowym punktem programu była próba sprzedaży wspaniałych cygar po „niezwykle” okazyjnej cenie 95 $ za pudełko. Handlowiec był lekko załamany, gdy nikt z nas nic nie kupił. Wypiliśmy tylko kawę i pojechaliśmy dalej na plażę Bailen. Nie była ona niestety najlepsza, a droga wiodła obok domków wczasowych, poważnie zniszczonych przez huragan, który przeszedł tędy przed 6 miesiącami. Weszliśmy z Pawłem i Michaelem do wody, ale aby popływać trzeba było wejść daleko w morze. Przy brzegu woda sięgała kolan. Nie zabawiliśmy tam długo, tym bardziej że w planach mieliśmy zwiedzanie Vinales. Lekko głodni zajrzeliśmy jeszcze do knajpki przy plaży. W knajpce sporo Kubańczyków i wszystkie stoły zajęte. Co gorsza ceny tylko w peso cubano i sprzedający nie chciał nam wymienić naszej "twardej" waluty. Na szczęście przy jednym ze stołów siedział młody, ale tłusty koleś ze swoja jeszcze bardziej pulchna młodą żonką. Okazało się ,że to znajomy Michela. Wymienił nam 10 peso convertible po 24 za sztukę i mogliśmy się rządzić ;). Zgodził się również byśmy usiedli z nim przy stole. Sprawiał wrażenie wielkiego bussinesmana, przynajmniej na podstawie tego co mówił. Michel twierdził, że jest on wnukiem szefa plantacji tytoniowej w okolicy. Dużo i pięknie opowiadał. Obiecał, że zapłaci za nasz obiad, ale za szynkę z cebulą po 12 peso za porcję, czarny ryż z fasolą za 3 peso i piwko po 10 peso zapłaciliśmy w końcu sami. Twierdził, że robi interesy cygarowe z licznymi turystami w Europie Zachodniej, ale z nami targował się dość ostro aż zeszliśmy do ceny 30 usd za paczkę, pod warunkiem, że Maćkowi dodatkowo wymieni paczkę Monte Christo na Cohibę. Wsiedliśmy tym razem już w sześciu do naszej Toyoty i pojechaliśmy do wioski w okolicach San Juan y Martinez, w której wcześniej zwiedzaliśmy plantację. Nie wiem na co czekaliśmy, a lekko się nam spieszyło, ponieważ chcieliśmy zobaczyć jeszcze Vinales, ale biegał od chałupy do chałupy i wysyłał gdzieś dziewczyny. W końcu wylądowaliśmy na tej samej plantacji gdzie byliśmy rano. Musieliśmy niestety poczekać aż zostanie sfinalizowana transakcja sprzedaży 3 paczek cygar Niemcom po 130 usd za paczkę!!! W końcu przyszła nasza kolej i my dostaliśmy propozycję zakupu tych samych podobno cygar po 30 usd. Nie za bardzo się nam jednak podobały jakościowo, a okazało się, że z obiecanego rachunku i wymiany za Maćka pudełko nici. Podziękowaliśmy zatem i drugi raz odjeżdżaliśmy z plantacji po wypiciu kolejnej kawki, a bez zakupów. Najbardziej smutny był chyba Michel, któremu przypuszczalna prowizja przeszła koło nosa. Wróciliśmy do Pinal i zostawiwszy Michela, który obiecał załatwić wieczorem cygara, udaliśmy się w dalszą drogę na północ. Krętymi drogami po przejechaniu kilkunastu kilometrów dojechaliśmy do punktu widokowego na dolinę Vinales i ujrzeliśmy wyrastające z ziemi wysokie skały, dla których przyjeżdżają tu całe autokary turystów z Hawany. Żałowaliśmy trochę, że nie tutaj będziemy nocować, ale noclegi mieliśmy  już załatwione w Pinal del Rio. Osobom fotografującym polecam wizytę w Vinales o poranku, kiedy słońce oświetla skały od strony punktów widokowych. My przyjechaliśmy tu zdecydowanie za późno. Słońce powoli zachodziło, także zdążyliśmy jedynie obejrzeć dolinę z góry, dojechać do skał Dos Hermanas, pospacerować odrobinę po uroczym miasteczku Vinales i wrócić na kolejny punkt widokowy koło willi Los Jasmines. Skały są ogromne i jestem ciekaw czy pozwalają się na nie wspinać, bo byłyby rajem dla osób pokonujących góry niekoniecznie po wydeptanych szlakach. Aby trafić do Los Jasmines trzeba odbić nieco z głównej drogi Vinales - Pinal del Rio w prawo. To miejsce, z którego cała dolina prezentuje się chyba najlepiej. 

Plantacja tytoniu w San Juan y Martinez ... tamże


Wróciliśmy do Pinal już po zmroku i okazało się, że nie tak łatwo było znaleźć nasze kwatery. Dopiero jak najedliśmy się uroczystą niedzielną kolacją - jajko sadzone z czarnym ryżem za 6 peso kubano plus lokalne piwko, w końcu trafiliśmy na miejsce. Wszystkie imprezy w mieście z powodu żałoby po śmierci Ojca Świętego zostały odwołane. Ale my byliśmy jeszcze umówieni z Michelem i jego specjalistą od cygar. Przy ostrym targowaniu się jego głównym argumentem był fakt, że ukradł te cygara prosto ze znanej fabryki. W końcu kupiliśmy cygara i gdy myśleliśmy, że targowanie zakończyło się, handlarz stwierdził, że ma dla nas interes życia. Zaproponował Pawłowi wymianę - paczka cygar Cohiba Robustos za jego sześcioletnie spodnie ;-)). Nie wiedzieliśmy dokładnie ile cygar można wywozić za granicę Kuby, ale handlarz twierdził, że spokojnie dwie paczki. Paweł zdecydował się więc na wymianę, ale na kwaterę musiał wracać w majtkach. Na szczęście byliśmy na mieście samochodem, który zgodnie z sugestią gospodarzy zaparkowałem obok banku. Pierwszy raz ktoś nam mówił, że w nocy ktoś mógłby zniszczyć auto.  

Vinales - plantacje tytoniu Vinales - potencjalny raj dla wspinających sie

4.04.05 Pinar del Rio - Varadero - Matanzas

Rano poszedłem po samochód i w jednej z opon prawie wcale nie było powietrza. Na szczęście pamiętałem gdzie wczoraj dopompowywaliśmy i na kole bez powietrza dojechałem na miejsce. Nie uchodziło zbyt szybko i można było jeździć bez naprawy.
Wprawdzie mieliśmy w planach przejazd przez góry z ewentualnym zwiedzaniem, ale musieliśmy je zmodyfikować. Wstaliśmy dość późno, a dodatkowo zmarnowaliśmy sporo czasu na wymianie pieniędzy i wymianie cygar przez resztę wycieczki na "lepsze" Cohiby za dopłatą. Przejechaliśmy ponownie doskonałą autostradą z Pinal do Hawany i trochę pojeździliśmy po nowych dzielnicach stolicy, których przy poprzedniej wizycie w ogóle nie widzieliśmy. Wieżowce zdecydowanie lepiej wyglądały z daleka, ale sporo niewysokich willi prezentowało się całkiem bogato i wytwornie. Przejechaliśmy przez całe centrum, również przez Starą Hawanę i wzdłuż morza jechaliśmy w kierunku Matanzas. Po drodze śliczne widoczki na morze i plaże. Ale tam gdzie zjechaliśmy w okolicach Guanabo, plaża nie była zachęcająca do kąpieli. Postanowiliśmy więc jak najszybciej dojechać do Varadero i tam plażować.
Po drodze oczywiście wjechaliśmy do Matanzas, gdzie na naszej pierwszej kwaterze na Kubie czekał już Luis Alberto powiadomiony telefonicznie przez znajomą z Trynidadu, że będzie miał gości. Zostawiliśmy wszystkie zbędne bagaże i pojechaliśmy 30 kilometrów płatną trasą ( 2 usd ) w kierunku półwyspu z najpiękniejszymi podobno plażami na Kubie. Wiało dość mocno i po drodze można było dojrzeć na morzu kilku windsurfingowców, ale zdecydowanie za mało jak na takie warunki pogodowo - morskie. W samym Varadero plażę wybraliśmy całkiem przypadkowo i jakoś mnie nie zachwyciła. Może za dużo ślicznych plaż już na Kubie widziałem. Cały półwysep to kilka kilometrów hoteli, im dalej ku przylądkowi tym droższych. Nawet nie pojechaliśmy oglądać tych droższych miejsc, które zapewne prezentują się najciekawiej. Czasu jednak nie było za dużo, a jeszcze chcieliśmy odrobinę poleżeć na delikatnym piaseczku wsłuchując się w szum fal. No może ja miałem tylko takie plany. Chłopaki zaraz znaleźli obok plaży faceta sprzedającego rum po 1 usd za 0,7 litra i od czasu do czasu urozmaicali sobie plażowanie. Zażyliśmy ostatnich kąpieli morskich i słonecznych na Kubie i po kilku godzinkach słońce zaczęło chować się za horyzontem. W Varadero poszliśmy jeszcze kupić pamiątki do Polski i wreszcie udało mi się kupić flagę z wizerunkiem Che za 20usd. Bardzo rozpieszczone te handlary przez turystów. W ogóle nie było mowy o targowaniu się. Wróciliśmy szybko na kwaterę. Tutaj mieliśmy zamówioną na kolację pyszna rybę. O dziwo cena 5 $ była niezależna od wielkości potrawy. A różnice między rybami były duże :)  Resztę wieczoru spędziliśmy już na kwaterze słuchając spokojnej muzyki kubańskiej.   

Na plaży w Varadero Może domek na Kubie?

5.04.05 Matanzas - Varadero - Cancun - Bruksela - Poznań - Kamyk

Samolot mieliśmy o godzinie 15.30. Podobno trzeba być na lotnisku 3 godziny przed odlotem, więc za dużo czasu nie było. Wybraliśmy się jeszcze na zakupy muzyczno - alkoholowe, a wracając zauważyliśmy, że w naszym aucie w jednym kole powietrza nie ma wcale. Trzeba było zrezygnować z jakichkolwiek wycieczek, a zająć się doprowadzeniem samochodu do stanu użyteczności. Na szczęście dwukrotna zmiana opon odbyła się błyskawicznie i miałem jeszcze czas by się nieco umyć. Z kąpieli nici, bo właśnie wyłączyli wodę. Przepakowaliśmy wszystkie bagaże i ruszyliśmy w kierunku lotniska. 
Z oddaniem samochodu było trochę problemów. Najpierw koleś chciał nas oszukać podnosząc stawkę za powrotny transport auta do Trynidadu, ale na szczęście sprawdziliśmy w tabelach i mieliśmy rację, a potem okazało się, że brakuje wykładziny w bagażniku. Trochę musieliśmy się tłumaczyć, że do Polski jej nie zabieramy, aż w końcu po kilku próbach dodzwonienia się do Cienfuegos dał nam spokój. W sumie miał rację. W dokumentach mieliśmy napisane, że wykładzina była. Tyle tylko, że po hiszpańsku, a moja znajomość tego języka w czasie pobytu na wyspie nie posunęła się za bardzo do przodu. 
Niepotrzebnie przyjechaliśmy aż tak wcześnie, ale dzięki temu uniknęliśmy oczekiwania w kolejkach z innymi turystami dowożonymi intensywnie przez hotelowe autobusy. Ciekawostką jest fakt otrzymywania od urzędnika 25 usd na opłatę wylotową, której dokonuje się w innym okienku. Ciekawe tylko czy jest to przykład bezsensownej biurokracji, czy jednak turyści indywidualni muszą płacić takie opłaty z własnej kieszeni, a tylko loty czarterowe mają to już w cenie?
Zapowiadanej przez znajomych z internetu szczegółowej kontroli nie doczekaliśmy się i może trzeba było zabrać więcej tych pudełek cygar do Polski...

Międzylądowanie w Cancun Meksykańskie zakupy


W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Meksyk. Na lotnisku w Cancun wypuszczono nas na godzinkę na lotnisko by naszykować samolot do drogi powrotnej. Oczywiście zrobiliśmy zakupy w strefie wolnocłowej ;)
Do Brukseli dolecieliśmy bez problemu, a w domku byliśmy po 13 godzinach od wylądowania. Dobrze, że autostrady w Niemczech są rewelacyjnej jakości i że drogę z Poznania do Częstochowy znam całkiem dobrze...
Z głodu ekipa nie umarła tylko dzięki Oli, która naszykowała nam kanapki w Poznaniu, ale chłopaki sami są sobie winni. Mogli przecież jeść ze mną kiełbaskę która przejechała z nami 3 tygodnie w plecaku, a zaszkodzić mi nie zaszkodziła ;)
Dziękuję na koniec tej relacji uczestnikom wyjazdu przede wszystkim za dobrą zabawę i za cierpliwość. Przez prawie trzy tygodnie podróżowania nie mieliśmy ani jednego zgrzytu wewnątrz ekipy ;))  

 

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]

[ Uzbekistan  Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]

[ Kuba ]