3.11.04 Huay Xai
Drugim krajem na naszej trasie był Laos. Całe szczęście, że zdążyliśmy przed
17 dopłynąć na drugą stronę Mekongu. O tej godzinie celnicy kończą pracę i
granica jest nieczynna. Dbają tu o ludzi pracy jak przystało na kraj
komunistyczny. Prawdę mówiąc jednak, tego komunizmu przez cały tydzień naszej
podróży, nie było aż tak bardzo widać.
Wizy mieliśmy załatwione już w Polsce więc odprawa przebiegła błyskawicznie.
Zapłaciliśmy po 15 tajskich bahtów, wypełniliśmy karty imigracyjne i po chwili
byliśmy w Huay Xai. Noclegu nie szukaliśmy zbyt długo. Weszliśmy do najlepiej w
mieście wyglądającego hotelu "Thaveesinh" w stylu lekko kolonialnym i za 300
bahtów wynajęliśmy bardzo przyzwoite dwójki z łazienką i telewizorem. Był nawet
anglojęzyczny program filmowy. Za hotel można było zapłacić zarówno w bahtach,
jak i w dolarach, albo laotańskich kipach. Najbardziej mnie zdziwiło, że w
odróżnieniu od Tajlandii mieliśmy gniazdka elektryczne w pokoju i mogłem
podładować akumulatorki do aparatu.
Przed hotelem spotkaliśmy mówiącego
po polsku Niemca (jak się potem okazało ambasadora Niemiec w Laosie), który
doradził nam by następnego dnia do Luang Prabang płynąć jednak "slowboatem" i
zrezygnować ze "speedboata". Główny problem to, oprócz częstszych poważnych
wypadków, ogromny hałas przez cały czas podróży. Podobno po sześciu godzinach
rejsu przez kilka dni nie słyszy się nic. Mówił też, że jego dwie znajome
wynajęły całą łódkę na następny dzień za 300 usd.
![]() |
![]() |
Ze spotkanymi znajomymi Francuzami poszliśmy do guesthouse'u po przeciwnej stronie
ulicy od naszego hotelu i załatwiliśmy bilety na łódkę do Luang Prabang. Bardzo
dobrze mówiąca po angielsku Laotanka w średnim wieku sprawiała wrażenie
największej bussineswoman w miasteczku. Zapłaciliśmy po 700 bahtów od osoby za
dwudniową podróż "wolna łódką". Łodzie ekspresowe kosztują 1400 bahtów.
Słoneczko zachodziło ślicznie po tajskiej stronie Mekongu, więc udałem się na
małą sesję zdjęciową nad rzekę, a potem na klasztorne wzgórze. Tu mieliśmy
jeszcze okazję wysłuchać modlitewnych śpiewów mnichów buddyjskich. Spotkaliśmy
też zorganizowaną wycieczkę brytyjsko-niemiecką, której trójkę uczestników
spotykać mieliśmy każdego dnia w czasie naszej podróży w Laosie :)
Po zachodzie słońca miasteczko sprawiało jeszcze bardziej egzotyczne wrażenie
niż za dnia. Ruch samochodowy minimalny, a motorowerowy całkiem spory. Szukając
miejsca na kolacje odwiedziliśmy kilka lokali, aż w końcu zdecydowaliśmy na
położoną nieco dalej od rzeki miłą knajpkę z romantyczną muzyką. Krzyś jadł
tradycyjnie kurczaka z ryżem, ja bardzo ostrą zupę "sukiyaki beef", a reszta
wycieczki równie ostre regionalne potrawy. Smakowało wybornie, tym bardziej, że
popijaliśmy pysznym piwkiem Beer Lao. Jest jedynym dostępnym w Laosie piwem, a
serwowane jest w butelkach 2/3 litra. Kosztuje trochę ponad pół dolara.
Spacerowaliśmy nocą po miasteczku w poszukiwaniu kart do gry, ale niestety nie
udało się żadnych znaleźć. Widzieliśmy natomiast sprzedawane na ulicy nietoperze
z grilla. Wyglądały smakowicie, ale byliśmy już najedzeni...
![]() |
![]() |
![]() |
4.11.04 Huay Xai - Pakbeng
Ulice o wschodzie słońca wyglądają niesamowicie. Obraz jest lekko nieostry,
jakby spowity mgłą. Tak właśnie wyobrażałem sobie zawsze Indochiny. Zdjęcia
niestety nie do końca to oddają. Trzeba tu przyjechać i zobaczyć na własne oczy.
O 8 rano zameldowaliśmy się u przedsiębiorczej kobiety, która oprócz nas
znalazła jeszcze kilka par podróżujących do Luang Prabang. Wcześniej wynajęła
całą łódź Niemce z porażeniem kończyn dolnych i jej przyjaciółce za 100 usd od
osoby, obiecując jej znacznie wyższy od przeciętnego komfort. Okazało się, że ta
Niemka to znajoma ambasadora. My tylko
obniżaliśmy koszta podróży. Czekając zjedliśmy śniadanie - naleśniki i kupiliśmy
na drogę bułki oraz ryż zapakowany w trzcinę cukrową . Wszystko po dolarze.
Wymieniliśmy jeszcze u bussineswomen pieniądze - 1 usd po 10000 kipów, choć
oficjalny kurs to około 10700, ale jedyny w miasteczku punkt wymiany był nieczynny.
Trochę to trwało zanim przyjechał po nas pickup, który zabrał nas i nasze bagaże
do przystani. Na miejscu okazało się, że może i nasza łódka ma wygodne siedzenia
i w związku z małą liczba pasażerów było na niej sporo miejsca, ale dla
podróżującej na wózku inwalidzkim Margaret było to bez znaczenia. Obiecanego jej
oddzielnego pokoju nie było, a miejsca między rzędami siedzeń było zbyt mało by
mogła miedzy nimi przejechać. W zasadzie mogła płynąc za te same pieniądze,
które my zapłaciliśmy, a komfort podróży miałaby ten sam. Czuła się oszukana,
ale za bardzo nie miała możliwości zmienić czegokolwiek. Pieniądze zapłaciła już
wcześniej.
![]() |
![]() |
Odpłynęliśmy w końcu około 10. Brzegi rzeki porasta tropikalny las. Nie ma śladu
większych miejscowości. Od czasu widać pojedyncze bambusowe chatki. W sumie dość
monotonnie. Gorąco o dziwo nie było i trzeba nawet było się ubrać w długi rękaw,
by nie zmarznąć. Potem słońce zaczęło przygrzewać mocniej, ale opalać się nie
dało. Nasza łódka, w przeciwieństwie do innych, które
widzieliśmy, nie miała podnoszonego dachu. Aby zabić nieco czas pożyczyliśmy od
młodych Australijczyków karty i uczyłem towarzystwo grać w planowanie i mizerkę.
Nawet nieźle nam szło. Może dzięki przywiezionej z Polski piersiówce Finlandii
popijanej z Colą ;). Około 16.30 byliśmy w Pakbeng, gdzie zaplanowany był
przystanek i nocleg. Niemkom nocleg zorganizowano na łodzi, a my wspięliśmy się
nieco ku górze zaczepiani co chwila przez mieszkańców Pakbeng, zachęcających nas
natarczywie do skorzystania z noclegu i restauracji akurat u nich. Po małych
poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na nocleg w Mousavan Guesthouse za 2 usd od
osoby. Pokoiki bardzo skromne, pooddzielane bambusowymi ściankami, ale za to
dość czyste i nawet z moskitierami. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy najpierw nad
Mekong podziwiać zachód słońca, a potem w głąb małej wioski. Oczywiście
spotkaliśmy przedstawicieli British Mixed Organized Group i wymieniliśmy
wrażenia z podróży. W końcu wylądowaliśmy w knajpce z widokiem na rzekę, gdzie
zjedliśmy niezłą i tanią kolacyjkę. Chwilami wprawdzie przy świecach, ponieważ z
prądem było trochę problemów ;)
![]() |
![]() |
![]() |
5.11.04 Pakbeng - Luang Prabang
Pobudka wczesna, ponieważ mieliśmy zameldować się na łodzi o 8.30. Właściciel
naszego hoteliku przygotował nam kanapki na drogę po 10000 kipów za sztukę. W
łodzi pojawił się mały problem, ponieważ Niemka chciała jeszcze zabrać kilku
młodych Włochów, by zmniejszyć sobie koszta rejsu. Laotańczycy stwierdzili, że
to niemożliwe, bo na rzece mnóstwo kontroli policyjnych, a ich nie ma na liście
podróżujących. Wydaje mi się jednak, że chodziło o pieniądze, które miałaby
otrzymać Margaret, a nie Laotańczycy. Po krótkiej i burzliwej dyskusji
odpłynęliśmy bez Włochów.
Nad górami po obu stronach rzeki wisiały dość nieprzyjemne chmury a przy
intensywnych powiewach wiatru zrobiło się tak chłodno, że większość
wycieczkowiczów założyła wszystkie swoje ciepłe ubrania. Krajobraz zmienił się
nieco. Rzeka zrobiła się węższa, a wzgórza na brzegach zamieniły się w całkiem
spore góry zasnute chmurami i mgłą. Około południa wyszło wreszcie słonce i
zrobiło się gorąco jak zwykle ;). Krzyś by się nie nudzić zaczął malować i w o
dziwo w przeciwieństwie do swojego tatusia rysunki małpek na drzewach,
krajobrazów z tęczą itp. całkiem realnie przypominały malowane motywy. Ja
chyba zatrzymałem się w dziedzinie rysunku na poziomie niższym niż zerówka ;)
Coraz częściej na brzegach widać było miejscową ludność. Ciekawe co można
uprawiać na piaszczystych plażach Mekongu ? Kolor wody bardzo skutecznie odbierał ochotę
na kąpiel. Ryby jednak tu żyją. Mijaliśmy dość dużo rozstawionych sieci. Podobno
żyją tu jedne z większych ryb słodkowodnych świata.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy jaskiniach Pak Ou. Wstęp kosztuje 10000
kipów. Najpierw weszliśmy po schodach do górnej jaskini Tham Phum, w której
niestety nie ma żadnego oświetlenia, ale i za dużo do obejrzenia tam nie ma. Do
dolnej jaskini Tham Ting wpada światło słoneczne i można dzięki temu obejrzeć
kilkadziesiąt zgromadzonych tu posążków Buddy. O wiele ciekawszy jest widok z
jaskini na Mekong i przeciwną stronę rzeki, a zwłaszcza na ogromną skałę Phaa Hen
pięknie odbijającą się w wodzie.
Z Pak Ou jeszcze tylko 25 km do Luang Prabang. Im bliżej miasta tym więcej
bambusowych domków na brzegach, a także ludzi uprawiających piaszczyste plaże. W
końcu około 16 dobiliśmy do przystani w Luang Prabang. Zaraz kilku Laotańczyków
zaproponowało nam transport tuk-tukiem, ale korzystając z przewodnika i
rekomendacji koleżanki Karoliny, która była tu rok temu sami wiedzieliśmy gdzie
szukać noclegu. Zrobiliśmy sobie spacerek z plecakami wokół wzgórza w centrum
miasteczka i w końcu trafiliśmy do hoteliku Phonethavy z dwuosobowymi pokoikami
w cenie 20000 kipów od osoby. Dzień powoli się kończył więc postanowiliśmy
jeszcze wspiąć się na wzgórze o wdzięcznej nazwie Phu Si. Po drodze wymieniliśmy
jeszcze dolary na kipy - 1usd za 10780 kipów. Wstęp na wzgórze kosztuje 10000
kipów. Ale warto. Nie tylko dla samej świątyni znajdującej się na szczycie, ale
przede wszystkim dla widoków na miasto, Mekong i cudowny zachód słońca za
okolicznymi wzgórzami. Oczywiście zrobiłem mnóstwo fotografii i na pierwszy rzut
oka te cyfrowe wyglądały całkiem nieźle. Wysłuchaliśmy jeszcze rytualnego
bębnienia mnichów na zakończenie dnia i zeszliśmy do miasta w dół. Na Thanon
Sisavangvong - głównej ulicy Luang Prabang codziennie wieczorem odbywa się targ
gdzie Laotańczycy sprzedają licznym tu dość turystom swoje wyroby i inne
pamiątki. Ja kupiłem papierowe lampy z naklejonymi kwiatami i bodajże ręcznie
robione jedwabne szale. Można kupić bardzo różne rzeczy - od koszulek z napisem
LaoBeer, przez metalowe figurki, fajki, aż do butelek z wódką żmijówką... Wódka
żmijówka dość drogo - 9 usd za niedużą flaszkę. Na tej ulicy mnóstwo także
knajpek i kafejek internetowych (200kipów za minutę). Po kolacji w hinduskiej
knajpie dopchaliśmy się jeszcze owocami na spożywczej części targowiska.
Wyśmienite mango i ananasy kosztują po 5000 kipów za porcję. Przy kartach w
hotelu wypiliśmy jeszcze piwka LaoBeer po 6000 kipów za 2/3 litra. Polecam,
smakuje wyśmienicie, zwłaszcza dobrze schłodzone.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
6.11.04 Luang Prabang
Cały dzień postanowiliśmy spędzić w przepięknym miasteczku. Podobnie jak w
całym Laosie czas tutaj zatrzymał się. Zakochałem się w zamglonych ulicach
Indochin o poranku. W Luang Prabang światło i mgła także stwarzały ten
niesamowity spektakl. Nie trwa on długo ale warto codziennie wstać nieco
wcześniej niż przeciętny turysta ;)
Śniadanie zjedliśmy w bardzo kulturalnych warunkach w małej knajpce. "Nuddle
Soup - spicy but not to hot" smakowała tak jak trzeba i jednocześnie zapewniała
wystarczająca ilość energii na rowerowe zwiedzanie okolic. Wynajęcie roweru
kosztuje 10000 kipów na pół dnia. Nie był może zbyt nowoczesny, ale miał dwa
kółka, a co równie ważne wygodne siodełko z tyłu z oparciami na stopy dla
dzieciaka. Zajrzeliśmy najpierw do miejscowego ośrodka pracy z młodzieżą,
gdzie w bardzo skromnych warunkach dzieciaki uczyły się malować, grac na różnych
instrumentach. Akurat mieliśmy szczęście wysłuchać wprawek na dużych drewnianych
cymbałach. Potem pojechaliśmy do Pałacu Królewskiego, który niestety był
otwarty jedynie do 10.30. Z powodu porannego lenistwa mieliśmy zaledwie 20 minut
i stwierdziliśmy, że nie będziemy zwiedzać w biegu. Ponieważ Marcin był innego
zdania, w czasie gdy on zwiedzał, my relaksowaliśmy się chwilę w parku przed
pałacem. Wstęp kosztuje 20000 kipów i zdaniem Marcina warto wejść.
![]() |
![]() |
![]() |
Ponieważ ślicznych świątyń jest w Luang Prabang mnóstwo musieliśmy zdecydować się na niektóre z nich. Jechaliśmy zatem główną ulicą miasta zwiedzając najpierw świątynie położone na małym półwyspie, utworzonym przez uchodzącą do Mekongu rzekę Khan. Pierwsza odwiedzona przez nas to Wat Saen, gdzie miły, młody mnich specjalnie dla nas otworzył główny budynek i opowiedział co nieco o życiu mnicha całkiem niezłym angielskim. Podobno by zostać mnichem trzeba mieć ukończone 10 lat, wtedy opuszcza się dom rodzinny i zamieszkuje z innymi mnichami uczęszczając do specjalnej szkoły. Mnisi codziennie spotykają się na porannych modlitwach około 4 rano, po czym wyruszają na procesję o 6-6.30 by zbierać pożywienie od ludności. Wieczorem około 17.30 również gromadzą się w świątyni. Wnętrza są równie urokliwe jak w świątyniach tajskich, może tylko nieco bardziej zniszczone przez czas. Im więcej człowiek widzi ołtarzy Buddy tym mniejsze robią one wrażenie, ale trzeba im przyznać, że są prześliczne. Odrobinę dalej, już w widłach obu rzek znajduję się największy kompleks świątynny w Luang Prabang - Wat Xieng Thong. Jej początki to XVI wiek. Jest tu sporo budynków sakralnych otoczonych pięknie, kolorowo kwitnącymi drzewami. Najpierw obejrzeliśmy łódź pogrzebową w pierwszej kaplicy, która ozdobiona była siedmioma wspaniałymi smokami na dziobie. Potem poszliśmy do największej, gdzie podziwialiśmy kolejny ołtarz z posągiem Buddy i mozaiką drzewa życia na zewnątrz budowli, a w końcu obejrzeliśmy leżącego Buddę w małej różowej, bogato zdobionej mozaikami kaplicy. Wstęp do kompleksu kosztuje 10000 kipów, ale polecam miłośnikom sztuki sakralnej.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Po drodze do kolejnych świątyń posililiśmy się ciasteczkami sprzedawanymi i
pieczonymi przy drodze biegnącej wzdłuż rzeki a na deser zjedliśmy jeszcze po
lodzie, który w panującym upale okazał się być doskonałym pomysłem. Świątynie
Wat Aham i Wat Wisunalat obejrzeliśmy tylko pobieżnie przez niewysokie
ogrodzenie i pojechaliśmy dalej przez mały most na Nam Khan, by trafić na mały
targ spożywczy, a potem wśród ślicznych domków dojechaliśmy do dużego mostu i
ponownie przeprawiliśmy się przez rzekę. Tu już niedaleko skręciliśmy w lewo ku
górze i po sporym kolarskim wysiłku dojechaliśmy do Wat Pa Phon Phao. Świątynia
jest zlokalizowana na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na
miasto. Dość długo odpoczywaliśmy korzystając z pięknych okoliczności przyrody i
dobiegających z oddali dźwięków muzyki laotańskiej.
Napełnieni energią ruszyliśmy z powrotem ku centrum z zamiarem dojazdu do dworca
autobusowego. Chcieliśmy zorientować się o rozkładzie jazdy i cenach autobusów
do Vang Vieng. Oldze zepsuł się po drodze rower i z Marcinem zawrócili do hotelu
by go wymienić, a ja z Karoliną i Krzysiem dość łatwo zajechaliśmy do dworca,
leżącego u wylotu z miasteczka. Autobusów jest sporo. W zależności od klasy
kosztują one 50000 lub 60000 kipów. Biletów nie kupiliśmy bo chcieliśmy obgadać
jeszcze godzinę odjazdu z resztą wycieczki. W czasie gdy cała ekipa jeździła
jeszcze po uliczkach miasta, ja z Krzysiem zajrzałem do internetu a potem
obejrzeliśmy zachód słońca nad Mekongiem. Słonce zachodzi około 17.30. Dość
wcześnie ale i tak chyba później niż w Polsce o tej porze roku ;).
![]() |
![]() |
![]() |
Tym razem nocny spacer po Luang Prabang zaczęliśmy od części spożywczej. Tu usiedliśmy przy targowej jadłodajni, gdzie płacąc 6000 kipów dostaje się spory talerz i nakłada się nań na co tylko ma się ochotę. Wybór jest duży, a ograniczeniem miejsce na talerzu ;) Sam nie wiem co jadłem, ale smakowało wybornie. Wszystkie dania były bezmięsne. Mięso dla Krzysia kupiłem zaraz obok - ogromne piersi z kurczaka pieczone na grillu. Cena też niezbyt wygórowana - 5000 kipów. Z pełnymi żołądkami spacerowaliśmy ponownie po targu i znów kupowaliśmy pamiątki. Ceny są bardzo niskie, a jeszcze zawsze można się ostro targować. O dziwo w kafejce na końcu targu znalazłem zainstalowane na komputerze gadu-gadu i mogłem trochę "na żywo" pogadać z bliskimi w Polsce. Za dużo czasu nie miałem, bo reszta ekipy wygoniła mnie z kafejki. Wróciliśmy do hotelu i Marcin częstował wszystkich kupioną za 10000 kipów whisky. 3 pln za pół litra - kolejny raj dla pijących takie świństwa ;)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
7.11.04 Luang Prabang - Vang Vieng
Zachęceni wczorajszym opowiadaniem mnicha postanowiliśmy wstać bardzo
wcześnie by zobaczyć procesje mnichów po miasteczku. 5 rano to jednak za
wcześnie, za wcześnie dla Marcina i Olgi by wstać ;) i w ogóle by oglądać
mnichów wędrujących ulicami. Już przed 6 byliśmy na głównej ulicy czekając na
mnichów i opędzając się od zarabiających na turystach Laotankach, które wciskały
nam na siłę jedzenie dla mnichów po dość wygórowanych cenach. O 6.30 na ulicy
zrobiło się pomarańczowo. Kilkudziesięciu mnichów szło gęsiego chodnikiem z
przewieszonymi przez ramie pojemnikami na jedzenie. Początkowo myślałem, że
jedynie turyści będą ich karmić, bo jak się okazało jest to jedna z atrakcji
turystycznych opisywanych w przewodnikach i gapiów było sporo. Kiepsko tylko z
fotografią z powodu szarości świtu i zbyt słabego światła. Oczywiście
spotkaliśmy jak codziennie znajomych Brytyjczyków. Kiedy zeszliśmy z głównej
ulicy okazało się, że na bocznych uliczkach znacznie więcej "prawdziwych"
wiernych ofiarujących mnichom głównie ryż. Ciągle jednak wątpię, by było to
jedyne pożywienie którym mnisi się odżywiają.
Miasteczko zaskakująco wcześnie obudziło się do życia. Zrobiliśmy sobie z
Karoliną spacer wzdłuż Mekongu i wróciliśmy budzić śpiochów w hotelu.
Dziewczynom trochę schodziło na toalecie, więc z Marcinem i Krzysiem udaliśmy
się do najbliższej naszemu hotelowi ślicznej świątyni Wat Mai Suwannaphumaham.
Obejrzeliśmy dwóch Buddów, jednego metalowego, a jednego szklanego zielonego i krzątających się przed świątynią mnichów.
Wstęp kosztuje 5000 kipów. Po małym spacerku w centrum wróciliśmy do hotelu
mijając Karolinę pędzącą na śniadanko ze spotkanymi wczoraj znajomym z Warszawy.
Świat jest jednak dość mały ;)
![]() |
![]() |
![]() |
Pozostała część ekipy miała w planach wycieczki do dwóch okolicznych wodospadów. Czasu tradycyjnie nie mieliśmy zbyt dużo, ponieważ autobus do Vang Vieng odjeżdżał o 15.30. Już poprzedniego dnia spotkaliśmy mister Kammona który na wizytówce mianował się menadżerem od tuk-tuków. Najważniejsze, że mieliśmy jego telefon i po 15 minutach podjechał. Za wycieczkę do obu wodospadów i dowiezienie nas potem z bagażami do dworca, po krótkich targach ustaliliśmy cenę na 18 usd. Biorąc pod uwagę ceny proponowane przez miejscowe biura podróży to nie tak drogo - zaoszczędziliśmy przynajmniej po 2 usd na głowę. Po drodze do pierwszego wodospadu zakupiliśmy jeszcze bilety autobusowe beż żadnych kłopotów. Widocznie kasjer był inny. Wczoraj Karolinie nie chciano sprzedać tłumacząc, że kupuje się przed odjazdem. Ciekawostka to fakt, że dostaliśmy do wypełnienia jakieś blankiety, gdzie wszystko napisane było w języku laotańskim, w którym umieliśmy powiedzieć jedynie "kop czai lai lai" czyli "dziękuję bardzo".
![]() |
![]() |
![]() |
Najpierw pojechaliśmy do położonych bliżej wodospadów Sae, które nie leżą wcale
tak daleko jak nam mówiono. Spokojnie można tu przyjechać na półdniową wycieczkę
rowerową, jeśli dysponuje się taką ilością wolnego czasu. Zatrzymaliśmy się w
wiosce obok bardzo kolorowej świątyni i zeszliśmy w dół do rzeki. Jedną z wielu
czekających tu na turystów łódek popłynęliśmy za 5000 kipów od osoby w dół
rzeki. Wycieczka łódką trwała dość krótko i wysiedliśmy przy ścieżce prowadzącej
do kasy gdzie pięknie poproszono nas o zapłacenie wstępu 8000 kipów na rzecz
utrzymania piękna tego miejsca bo utrzymywanie piękna kosztuje pieniądze ;)
Turystów nie było prawie w ogóle. Natomiast piękna przyrody faktycznie ile dusza
zapragnie. Wodospady nie są wysokie, ale przepływająca przez las rzeka tworzy na
licznych terasach nieduże rozlewiska i malowniczo przepływa z tarasu na taras.
Dodatkowo piękna zjawisku dodają rosnące wszędzie drzewa, pomiędzy którymi rzeka
przepływa. Miejsce na pewno warte polecenia na romantyczną wycieczkę w ciszy, z
dala od tłumów turystów. My jednak na romantyzm nie mieliśmy czasu i trzeba było
wracać do naszej łódki, która dość szybko dowiozła nas do naszego tuk-tuk
menadżera. W wiosce urządziłem sobie jeszcze mały spacerek wśród bambusowych
domków, gdzie spotkałem gromadę umorusanych dzieciaków, bardzo chętnie
pozwalających się fotografować. Tu znów nie mogłem sobie dać rady z fotografią
cyfrową. Prawie dwusekundowe opóźnienie od momentu naciśnięcia migawki do
zrobienia zdjęcia wymaga przewidywania gdzie znajdzie się obiekt przed
obiektywem za te dwie sekundy. W przypadku bezładnie poruszającej się grupy
dzieciaków nie jest to proste. Powoli dojrzewam do zakupu znacznie lepszego
aparatu cyfrowego. Kilka jednak fotek udało się zrobić, a ciekawsze może będą na
slajdach.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Do drugiego wodospadu trzeba było dojechać już nieco dalej. Znajduje się on 32
km od Luang Prabang w kierunku południowym. Droga dość kiepskiej jakości, ale za
to biegnąca przez malowniczo położone wioski. Po około 40 minutach dojechaliśmy
na duży parking. To już miejsce dużo bardziej popularne wśród turystów. Po
zapłaceniu 15000 kipów mogliśmy udać się w górę by podziwiać wodospady Kuangsi.
Miejsce ma charakter dużo bardziej komercyjny niż Tat Sae. Pełno tu budek w
których można zakupić jedzenie i napoje. Tłumy zwiedzających także nieco
zakłócają spokojne podziwianie przyrody. Ale trzeba przyznać, że miejsce jest co
najmniej równie piękne jak poprzednie. Wodospad ma tu charakter do jakiego
zwykle jesteśmy przyzwyczajeni. Woda spada z dość dużej wysokości tworząc po
drodze kilka basenów. Obejrzeć górne poszedł tylko Marcin, a my skorzystaliśmy z
możliwości kąpieli w czystej, turkusowej wodzie w najniższych basenach. Obok
wodospadów obejrzeliśmy jeszcze trzymanego w klatce tygrysa i podziwialiśmy
drzewa, bodajże gwiazdy betlejemskiej, kwitnące pięknymi czerwonymi kwiatami.
Zegar jednak przesuwał się niemiłosiernie do przodu i musieliśmy nieźle spieszyć
się by zdążyć do hotelu po bagaże i Karolinę. Mister Kammon jechał na tyle
szybko, że na dworcu mieliśmy jeszcze chwilę na zjedzenie zupek z kurczakiem
przed drogą. Ponieważ jechaliśmy "public busem" numery miejsc na naszych
biletach nikogo nie interesowały. Nasze plecaki wrzucili przez okna na tył
autobusu, a my mieliśmy szczęście, że miejsce dla nas w ogóle się znalazło.
Nawet kilka osób przesiadło się na prośbę kierowcy, byśmy mogli siedzieć razem.
Szkoda, że przyszło nam jechać wieczorem, ponieważ droga do Vang Vieng jest
niezwykle malownicza. Odległość nie jest wcale taka duża, ale wijąca się przez
góry droga nr 13 - zresztą jedyna łącząca północ kraju z południem
uniemożliwiała rozwijanie zawrotnych szybkości. Widoki za oknami były
imponujące. Jak na impresjonistycznych obrazach góry układały się w wiele planów
o różnych odcieniach oświetlane delikatnym, zachodzącym słońcem. Tylko
fotografować nie było jak niestety. Trzeba będzie kiedyś wrócić tu na dłużej. W
środku autobusu także nie brakowało atrakcji. Miejscowa ludność bekała,
chrząkała i odkrztuszała niewiarygodne ilości wydzielin i bez żadnej krępacji
pozbywała się ich za okno albo prosto pod nogi. Jak to się mówi "Co kraj, to
obyczaj".
Za oknem co jakiś czas mijaliśmy wioski z bambusowych domków o bardzo różnym
standardzie. W niektórych chatach widziałem telewizory, a w niektórych na środku
paliło się ognisko. Co ciekawe przed chatami trwała intensywna wieczorna toaleta
- kąpiel i pranie ubrania w jednym.
Ciekawe czy tak codziennie czy tylko z okazji niedzieli? ;-)
![]() |
![]() |
Po pewnym czasie zrobiło się jednak tak ciemno, że widzieliśmy tylko światła nadjeżdżających z rzadka z naprzeciwka samochodów. Żeby podróż nie trwała zbyt krótko w jednej z wiosek zatrzymaliśmy się na chwilę na posiłek. W sumie nie ma się co dziwić, autobus jechał nie tylko do Vang Vieng ale dalej na południe do Vientiane. My nie byliśmy jednak głodni biorąc pod uwagę porę dnia i zjedzone przed odjazdem zupy. W końcu dojechaliśmy na miejsce około 23. Podróż zamiast 6 godzin trwała prawie 8. Ale jak nam mówili to i tak nieźle. Tylko Krzyś był niepocieszony, ponieważ przed odjazdem głośno rozmawialiśmy o zdarzających się podobno na tej trasie napadach na autobusy, a nas nikt nie napadł. Trzeba było jechać VIP-busem to szansa byłaby większa. W motelu przy drodze nr 13 warunki były tragiczne, więc przespacerowaliśmy się do centrum śpiącej już wioski. Po małych problemach z orientacją w ciemnościach udało nam się znaleźć Nana guesthous. Obudziliśmy dwie dziewczynki i jedna z nich w piżamie pobiegła do domku obok, zapytać mamy, co tu z nami zrobić. W końcu ulokowano nas w dość dużej trójce - jedynym wolnym pokoju.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
8.11.04 Vang Vieng - Vientiane
Przy porannej herbatce spotkaliśmy Amerykanina, którego ojciec pochodził z
Polski. Znał kilka słów po polsku, ale próba odśpiewania hymnu polskiego
zabrzmiała bardziej komicznie niż wzniośle. Był w czasie długiej podróży dookoła
świata. Opowiadał nam sporo ciekawostek z przygód w krajach byłego ZSRR. Oprócz
zapewne większego zapasu gotówki niż my, miał cos jeszcze, czego nam brakowało -
mnóstwo czasu. Teraz jednak trochę się spieszył bo jak stwierdził kolega czeka
na niego w barze. Zapłaciliśmy za pokój 6000 kipów zostawiliśmy bagaże w
recepcji i wyruszyliśmy na kolejny błyskawiczny podbój turystycznych atrakcji
Laosu. Na Vang Vieng w naszych planach mieliśmy pół dnia, choć byłoby tu całkiem
ciekawie przez tydzień...
Gdy jedliśmy smaczne kanapki w przydrożnej knajpce zobaczyliśmy naszego
znajomego Amerykanina prowadzącego dwóch "kolegów" pod rękę. Obie miały
króciutkie spódniczki i lekko ciemniejszą skórę ;-) W języku polskim Amerykanina
kolega a koleżanka to pewnie to samo. My natomiast od tej pory wszystkie
spotykane Azjatki zabawiające turystów z Europy lub Ameryki nazywaliśmy kolegami
;)
Ponownie podzieliliśmy nieco ekipę i Marcin poszedł samotnie zdobywać pięknie
wznoszące się za rzeką, wśród pól malownicze skały i jaskinie wewnątrz nich.
Reszta wycieczki wspólnie udała się do polecanej jako najbardziej znana jaskini
Jang. Już tradycyjnie trochę pobłądziliśmy i zamiast udać się od razu do
właściwego mostu to najpierw dwa razy musieliśmy przejść przez płatny drewniany
mostek. Na szczęście opłata nie jest zbyt duża - 2000 kipów. Nie żałowałem
wcale, ponieważ przed obiektyw zawieruszyły mi się cudowne laotańskie dzieciaki.
W końcu doszliśmy do właściwego mostu - tu zapłaciliśmy 1000 kipów i wspólnie z
zapoznaną po drodze przez Olgę koleżanką ze Szwajcarii - Bettiną, weszliśmy po
schodach do jaskini. Wstęp kosztuje 5000 kipów. Oświetlone delikatnymi lampkami
korytarze ogląda się spacerując po betonowych ścieżkach, a jedna z nich prowadzi
do małego tarasu widokowego, skąd doskonale widać panoramę Vang Vieng. W samej
jaskini sporo stalaktytów i stalagmitów, ale za bardzo nie wiem czemu akurat tę
jaskinię polecają. Może dlatego, że jest najlepiej przygotowana do zwiedzania
pod względem oświetlenia.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Czasu mieliśmy jeszcze sporo, więc postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedną z
jaskiń. Wybór padł na Phu Kham, oddaloną od wioski około 6 kilometrów. Bettina
również towarzyszyła nam w wycieczce. Ponownie przeszliśmy przez płatny
drewniany most - już trzeci raz tego dnia i wynajęliśmy tuk-tuka za 50000 kipów.
tym razem był to specjalny rodzaj tuk-tuka. Z długą kierownicą (około 2 metrów)
i wysokim umieszczeniem rury wydechowej umożliwiającym jazdę po rzece. My
siedzieliśmy w drewnianej, świeżo wykonanej przyczepce. Po drodze oczywiście
minęliśmy jednego ze znajomych Anglików, ale nie robiło to już na nikim wrażenia
;) Na nim chyba jeszcze, bo lekko pokiwał ze zdziwienia głową.
Droga kiepska, tuk-tuk tylko trzybiegowy, więc chwilę jechaliśmy przeprawiając
się przez dwie rzeczki i mijając piękne skały i pola uprawne. Gdy już
dotarliśmy, zobaczyliśmy najpierw piękną "błękitną lagunę", o której pisano przy
wjeździe na drogę tu prowadzącą. Idealne miejsce na wypoczynek - turkusowa woda
w rozszerzeniu przepływającej tu rzeczki. Olga została nad wodą, ale reszta
poszła do góry do jaskini. Trochę trzeba się było wspiąć. Kilkadziesiąt metrów
po skałach i korzeniach to dla nas dodatkowa atrakcja, szczególnie dla Krzysia.
;)
W pierwszej hali znajduje się duży ołtarz Buddy, a niesamowite oświetlenie
zapewniają promienie słońca wpadające przez otwór u szczytu jaskini. Od
wychodzących turystów dowiedzieliśmy się, że jest po przejściu przez całą
jaskinię można dojść do kolejnej, znacznie większej. Miałem ze sobą czołówkę,
więc poszliśmy. Bettina miała klaustrofobię, więc zeszła wcześniej na dół.
Przejście nie było wcale takie łatwe - nie mieliśmy zbyt odpowiedniego obuwia, a
Krzysiu ma nóżki czasami zbyt krótkie( na razie zapewne). Jaskinia okazała się
być naprawdę dużą, ale zupełny brak oświetlenia i jedna lampka na trzy osoby nie
pozwalały na zbyt dokładną eksplorację. Wróciliśmy zatem do koleżanek popluskać
się w turkusowej wodzie. Jest miejsce by popływać, jest też możliwość skoków do
wody. Jest tak głęboko, że nikomu nie udało się dopłynąć do dna pomimo skoków z
3 metrów. Mojemu kręgosłupowi skoki za bardzo się nie spodobały, ale na starość
trzeba chyba z takich pomysłów powoli się wycofywać. Krzysia ciężko było z wody
wyciągnąć, tym bardziej. że nad nią wisiały huśtawki na których się zabawiał. W
drodze powrotnej mało brakło a tuk-tuk razem z pasażerami przewróciłby się do
jednej z rzek, ale na szczęście udało się nam wyjść cało z opresji ;)
![]() |
![]() |
![]() |
Po spotkaniu Marcina w hotelu wyszliśmy na drogę nr 13 z zamiarem złapania
autobusu do Vientiane. Zamiast z busa okazało się, że istnieje możliwość
skorzystania z songthaewa. Przejazd kosztował 15000 kipów, a dodatkową atrakcją
było towarzystwo jadących na przepustki żołnierzy, uzbrojonych w pistolety
maszynowe. Podróż trwała około 4 godzin, a początkowo miły chłodzący wiatr, po
zmroku był jakby nieco chłodniejszy. Wysiedliśmy na przedmieściach stolicy Laosu
i zaraz złapaliśmy tuk-tuka, by zawiózł nas do polecanego przez koleżankę
Karoliny guesthousu Phorthip. Okazało się, że z noclegiem nie tak prosto. Dwójki
z klimatyzacją były dość drogie a wpuścić nas do jednej trójki recepcjonista nie
chciał. Dopiero gdy zrezygnowaliśmy ze śniadania za 12 usd wynajął nam
przyzwoity pokoik z łazienką. Do spania w nieco utrudnionych warunkach byliśmy
już przyzwyczajeni. Wieczór jeszcze młody, więc poszliśmy na nocny rekonesans.
Internet dość dobrej jakości nad Mekongiem za 200kipów za minutę. Na kolacje
usiedliśmy na świeżym powietrzu nad rzeką przy gołej stuwatowej żarówce . "Flaj
laj łiz cziken" za 8000 kipów smakował całkiem nieźle.
Ciągle prowadziliśmy intensywne dyskusje nad dalszą częścią wycieczki. Ja z
Karoliną chciałem jechać jeszcze na południe Laosu do Pakse i Chumpasak, ale
Marcin z Olgą za bardzo nie mieli ochoty. Mało brakło, a rozdzielilibyśmy się,
ale decyzję odłożyliśmy na kolejny dzień.
![]() |
![]() |
![]() |
9.11.04 Vientiane
Zaraz po pobudce zadzwoniliśmy do polskiej ambasady i trochę pod wpływem żony
ambasadora podjęliśmy decyzję o wspólnym kontynuowaniu wycieczki z pominięciem
południa Laosu. Podróż nocą na południe miała sporo plusów, ale podobno widoki
po drodze były niesamowite, a dowiedzieliśmy się, że podobne świątynie zobaczymy
w Tajlandii i to w lepszym stanie. Postanowiliśmy więc aktywnie spędzić ostatni
dzień w Laosie.
Poszliśmy najpierw na laotański masaż, gdyż plecy bolały mnie coraz bardziej.
Marcin spacerował, a ja, Olga i Karolina położyliśmy się w bardzo miłym
pomieszczeniu, z delikatnym światłem, nastrojową muzyką i szumiącą w tle wodą w
małej fontannie. Krzyś dokumentował wszystko fotografując od czasu do czasu
wysiłki laotańskich dziewcząt nad naszymi ciałami. Przyjemność kosztowała nas
40000 kipów za godzinę, ale warto było. Ja miałem dodatkowo specjalny masaż
pleców, a na koniec masażystka zrobiła ze mną wspólnie mostek, coś strzeliło i
poprawiło się znacznie. Po dwóch dniach w zasadzie zapomniałem o bólach
kręgosłupa, z którym miałem problemy od pół roku. Również skręcona przed
wyjazdem kostka po masażu wróciła całkiem do normy.
Na śniadanie zjedliśmy sadzone jajka i ciastka z kukurydzą w przydrożnym barze,
a potem z małymi trudnościami znaleźliśmy bank celem wymiany pieniędzy.
Postanowiliśmy zrobić trasę turystyczną polecaną przez Lonely Planet z
odwiedzeniem wszystkich największych atrakcji miasta. W porównaniu z resztą
Laosu, która widzieliśmy w moim odczuciu Vientiane nie wypadało najlepiej.
Mieszanina historycznych budowli - głownie świątyń z nowoczesnością nie podobała
mi się za bardzo.
Odwiedziliśmy najpierw Wat Ong Teu, jedną z ważniejszych w Laosie, gdzie
znajduje się ołtarz Buddy z brązu - tzw "Cięzkim Buddą" Ma ona duże znaczenie
jako siedziba przełożonego laotańskich mnichów i centrum edukacyjne mnichów w
Laosie. Świątynia bardzo kolorowa, a turystów znikome ilości.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Kolejna świątynia na naszej trasie to Wat Mixai, która również była bardzo
malownicza. Dodatkowo otoczona pięknie kwitnącymi drzewami. Na tym samym
podwórzu znajduje się szkoła i mieliśmy możliwość obserwacji dyscypliny wśród
szkolnych dzieciaków poubieranych w jednakowe szkolne mundurki. Między świątynią
a szkoła stoją klatki z różnymi zwierzątkami. Krzysiowi podobały się najbardziej
dwie małpki i liczne świnki morskie.
Obok czarnej stupy, ambasady amerykańskiej i licznych dość zniszczonych
kolonialnych willi doszliśmy do głównej arterii miasta rozpoczynającej się
budowlą na wzór łuku triumfalnego. Trwały tu przygotowania do mającego się odbyć
za kilka dni szczytu przywódców państw azjatyckich. Mieliśmy szczęście gdyż
podobno wtedy miasto miało być dla turystów zamknięte. Poszliśmy w przeciwnym
kierunku do łuku i doszliśmy do jednej z większych atrakcji turystycznych
Vientiane - świątyni Wat Si Saket. Jest to najstarsza oryginalnie zachowana
świątynia w mieście, ale właśnie trwała przerwa obiadowa. Postanowiliśmy
wykorzystać ten czas na dojazd do kolejnej atrakcji Pha That Luang. Jest to
stupa będąca symbolem laotańskiego buddyzmu i niepodległości Laosu. Znajduje się
ona nieco poza centrum. Po dłuższych targach znaleźliśmy tuk-tuka za 40000
kipów, który zawiózł nas pod Złotą Stupę i czekał na nas na parkingu. Początki
świątyni sięgają czasów bardzo odległych - przed narodzeniem Chrystusa według
legend, a około XI wieku według naukowców. Historia nie obchodziła się z nią
jednak łaskawie. Obecnie możemy podziwiać jedynie rekonstrukcję świątyni z XX
wieku. Obok znajduje się kilka świątyń, które również obejrzeliśmy. Największa z
nich jest jednak dopiero budowana.
Tuk-tuk zawiózł nas z powrotem do Wat Si Saket i tym razem mogliśmy już wejść do
środka za 5000 kipów. Już sam dziedziniec może się podobać. W otaczających
świątynię krużgankach zgromadzono kilkaset posążków Buddy z różnego materiału -
głównie z drewna i z rożnych epok. Urok miejsca potęgują wyrastające ponad
murami kokosowe palmy, z których orzechy zbierają mnisi. W środku świątyni
obejrzeliśmy kolejny piękny ołtarz Buddy, a na zewnątrz spotkaliśmy naszych
znajomych. Tym razem ze spotkanymi Brytyjczykami zrobiliśmy sobie pamiątkowe
zdjęcia tym bardziej, że to już nasz ostatni dzień w Laosie ;)
![]() |
![]() |
![]() |
Kolejną atrakcją do zobaczenia był park Buddy oddalony od miasta o 24 kilometry.
Z dworca znajdującego się niedaleko Wat Si Saket pojechaliśmy minibusem numer 14
za 3000 kipów. Brytyjczycy byli tam tuk-tukiem za 120000 kipów...
Wysiedliśmy przy samym parku i po zapłaceniu 10000 kipów za bilet weszliśmy na
teren parku, w którym umieszczono mnóstwo kamiennych figurek Buddy i
innych wspaniałych rzeźb. Największy leżący Budda miał kilkadziesiąt metrów
długości. Wspięliśmy się na szczyt kamiennej kuli wypełnionej posążkami, ale na
znajdujące się na jej szczycie drzewo życia już się nie wspinałem. Krzyś
pobiegał jeszcze wśród figurek zwierząt i w knajpce z widokiem na Mekong i
leżącą po przeciwnej stronie Tajlandię zjedliśmy lody. Co ciekawe, z powodu
bliskości granicy mogliśmy znów nawiązać kontakt sms-owy z Polską korzystając z
zasięgu sieci tajskich.
Bardzo szybko złapaliśmy powrotnego busa, ale nie dojechaliśmy do centrum. Po
drodze wysiedliśmy przy polskiej ambasadzie. była ona jednocześnie rezydencją
pana ambasadora i jego przemiłej małżonki. Strażnik początkowo nas nie wpuścił,
dopiero po zgodzie szefa weszliśmy do środka. Zostaliśmy przyjęci bardzo miło na
tarasie wspaniałej willi i ugoszczeni chłodnymi napojami. Bardzo miło
dyskutowaliśmy obserwując zachód słońca nad Mekongiem o tutejszych zwyczajach,
turystycznych atrakcjach i życiu w tak dalekim od Polski miejscu.
Po powrocie do centrum zjedliśmy smaczną kolacyjkę popijaną wybornym piwkiem i
szejkami bananowymi oraz skorzystaliśmy z internetu. Kafejek jest dużo, ale te
najtańsze - 100 kipów za minutę maja dość kiepski transfer. Zrobiliśmy przed
snem ostatnie laotańskie zakupy - whisky za 10000 kipów i likier bananowy za
6000.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
10.11.04 Vientiane - Most Przyjaźni
Planowaliśmy dłuższy tranzyt, wiec dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie. Wcale nie było łatwo złapać tuk-tuka za rozsądna cenę, ale w końcu za 2000 kipów od osoby pojechaliśmy z bagażami na dworzec. Autobus do granicy znajdującej się przy Moście Przyjaźni mieliśmy o 7.10. Zrobiliśmy małe zakupy prowiantu na drogę i w dość zatłoczonym busie jechaliśmy drogą, która pokonywaliśmy już wczoraj. Most znajduje się po drodze do parku Buddy. Pomimo wczesnej pory słoneczko świeciło bardzo intensywnie. Do granicy dojechaliśmy bez żadnych problemów i odprawa przebiegła bardzo sprawnie. Bilet na autobus przez most kosztuje 2000 kipów. Zapakowaliśmy się zatem doń i pożegnaliśmy z żalem Laos przejeżdżając przez Mekong...
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]
[ Uzbekistan Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Słowacja] [Tajlandia Laos ]