19.11 - Łódź - Londyn - Jerez - Kadyks
Pomysł na tę wyprawę miał Jarek. Ponieważ byłem już w Maroku, więc
nie planowałem pojechać tam w najbliższym czasie, ale jak kolega zaprosił to
nie wypadało odmówić. Jarek znalazł w sieci bilety do Jerez via Londyn
Stansted w obie strony za 360 PLN z opłatami i szukał chętnych na wspólny wyjazd. Bez
problemów zebrała się spora ekipa. Do Jarka i mnie dołączyła Kasia, Rafał
i Renata, koleżanka Karoliny z Warszawki. Jarek leciał z Poznania, a reszta z
Łodzi. Zabalowaliśmy dzień wcześniej na Piotrkowskiej, ale po przespaniu się
u Rafała nie było problemów z poranną pobudką. Po odebraniu Renaty z dworca
pojechaliśmy na lotnisko Lublinek. W Londynie byliśmy wczesnym popołudniem, a
samolot do Hiszpanii mieliśmy za pięć godzin. Jarek zadbał abyśmy się nie
nudzili. Najpierw wypiliśmy wolnocłowej wódeczki za jego zdrowie z okazji
urodzin, a potem nie mogliśmy znaleźć solenizanta na lotnisku. Na szczęście
obudził się tuż przed odlotem i pojawił w ostatniej chwili przy odpowiedniej
bramce. A juz myśleliśmy, że polecimy we czwórkę. Spanikowaliśmy głównie
dlatego, że zapomnieliśmy przestawić zegarki na czas angielski.
W Jerez złapaliśmy ostatni autobus z lotniska do Kadyksu odjeżdżający o
21.30. Bilety kosztowały 2,6 €. Po godzinie byliśmy na miejscu. Na szczęście jak na tę porę
roku było w miarę ciepło . Przynajmniej na początku :) Z
okazji soboty wszystkie hotele i pensjonaty miały zajęte pokoje, choć byliśmy
gotowi zapłacić całkiem sporo. Przyszło nam więc pierwszy nocleg na
wycieczce spędzić na świeżym powietrzu. Najpierw jednak spędziliśmy miły
wieczór popijając piwko w knajpce obok Placu Katedralnego. W końcu knajpkę zamknęli i po krótkiej wizycie w kolejnej, wylądowaliśmy na ławeczce
w parku o 3 nad ranem. Wiatr od oceanu dawał się mocno we znaki, ale o 6.00
otworzyli już dworzec autobusowy.
![]() |
![]() |
![]() |
20.11 - Kadyks - Algeciras - Tanger
Autobus do Algeciras odjeżdżał o 6.45. Zapłaciliśmy po około 10 € i ponad dwie godziny jazdy przespaliśmy wszyscy bardzo smacznie na siedząco. Obudziłem się tylko na chwilę w Tarifie, ale wyglądała na całkiem wymarłe miasteczko, co jest dość zrozumiałe o tej porze roku, a tym bardziej o takiej wczesnej porze dnia. W Algeciras bez problemów znaleźliśmy przystań promową. Bilety okazały się być znacznie droższe niż się spodziewaliśmy. Zapłaciliśmy po 32 €... Prom na szczęście był na tyle duży, że pomimo bardzo wysokiej fali już o 10.00 płynęliśmy siedząc w wygodnych fotelach mocno kołysani przez wodę i wiatr. O dziwo po minięciu gibraltarskiej skały i przekroczeniu umownej granicy między Europą a Afryką niebo się rozjaśniło, wyjrzało słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie. Około godziny 13.00 po kolejnej zmianie czasu postawiliśmy nasze stopy na ziemi afrykańskiej. Doszliśmy już do bram portu, ale wrócili nas na prom, skąd musieliśmy dostać pieczątki odprawy paszportowej. Jak na złość trzeba było wejść na najwyższy pokład... Po pół godzinie czekania pojawił się koleś w mundurze i jeszcze dostaliśmy burę, że nie odprawiliśmy się ze wszystkimi :)
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Wymieniliśmy część pieniędzy w kantorach przy porcie - 1€ = 10,69
dirhama (drh). Wszyscy byli głodni po podróży, więc usiedliśmy w
portowej knajpie i zjedliśmy tadżin z kurczaka albo z wołowiny po 20 drh
sztuka. Posileni dotarliśmy do Blvd Mohammed V, gdzie znajduje się najwięcej
agencji wynajmujących auta. Pierwotnie mieliśmy zamiar od razu wynająć
samochód i podróżować w czasie całej wycieczki własnym środkiem lokomocji. Ceny
jednak mocno zweryfikowały nasze plany. Najmniejsze Clio kosztowało 500 drh za
dzień, a byłoby nam w nim dość ciasno w piątkę. Postanowiliśmy odłożyć
decyzję na jutro i poszliśmy szukać noclegu. Doszliśmy do medyny pomimo
narzekań Renatki, że plecak za ciężki i że źle idziemy. Centralnym
miejscem w medynie jest plac Pettit Socco. Przy pomocy mapki z przewodnika znaleźliśmy
Pension Palace, gdzie dostaliśmy dwie dwójki i jedynkę za 50 drh od osoby.
Obsługa była bardzo miła i rewelacyjnie mówiła po angielsku. Przed
hotelikiem usiedliśmy w klimatycznej knajpce i wypiliśmy po raz pierwszy na
wycieczce pyszną herbatę miętową obsługiwani przez kelnera o wyglądzie sprzed wojny światowej... :)
Jeden z recepcjonistów hotelu zaprowadził nas na taras na dachu hotelu i mieliśmy
okazję obejrzeć wieczorną panoramę Tangeru. Pogadaliśmy chwilę o życiu w
Maroku. Okazało się, że chłopak skończył prawo, ale nie miał możliwości
pracy w zawodzie i zarabiał na życie pracując w hotelu. Spotkaliśmy się
jeszcze potem w pokoju u chłopaków. Renatka kupiła winko rocznik 86 - 0,25l
na 6 osób, ale Rafał już załatwił próbki towaru do palenia, z którego słynie
Maroko północne. Recepcjonista przyniósł gitarę, a Jarek znalazł
jeszcze wolnocłową flaszkę urodzinową. Impreza przeniosła się potem do Marokańczyka
gdzie serwowano podobno rybę, ale z Kasią nie daliśmy już rady i zasnęliśmy
trochę za wcześnie twardym snem.
21.11 - Tanger - Szefszawan
Noc minęła spokojnie, nie licząc dobijania się Araba do zamkniętych
drzwi Renaty ;), ale zbytnio nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Tym bardziej, że
pogoda wciąż kiepska. Na śniadanie zjedliśmy marokański chleb z oliwkami i
polską kiełbasę. Nie obyło się bez kawy z mlekiem i miętowej
herbaty w kolejnej knajpce na Petit Socco. Jeszcze wczoraj po krótkiej dyskusji
zrezygnowaliśmy z wynajmowania samochodu na całą wycieczkę. Postanowiliśmy
do Szefszawan dojechać autobusem. Zgodnie z radą recepcjonisty na dworzec
wybraliśmy się pieszo i po kilkunastu minutach spaceru byliśmy na miejscu.
Okazało się, że autobusy jeżdżą co godzinę i że właśnie jeden z
nich odjechał. Musieliśmy poczekać na następny. Część ekipy spacerowała
po okolicy, a część piła pyszny sok z pomarańczy w dworcowym barze pilnując
bagażu. Próbowałem jeszcze wynająć samochód tzw. grand taxi. Chociaż było
nas akurat tyle, że zmieścilibyśmy się do jednego mercedesa, to cena
zaproponowana przez kierowcę skutecznie nas odstraszyła. Bilety autobusowe
kosztowały 27 drh od osoby, a za taksówkę musielibyśmy zapłacić 400 drh.
Przy wsiadaniu do autobusu okazało się, że trzeba zapłacić za
umieszczenie bagażu w luku. Początkowo chcieli 10 drh od sztuki, ale w końcu
po krótkiej dyskusji stanęło na 5 drh. Standardy autobusów marokańskich odbiegają znacznie od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni
i mieliśmy się o tym przekonać wielokrotnie. W autobusie do Szefszawan w
czasie postoju atrakcją było wpuszczanie spalin do wnętrza pojazdu. Na szczęście
w czasie jazdy nie było już tak źle. Widoki na okoliczne góry były zasłonięte przez chmury. Jechaliśmy przez Tetuan i w pierwotnej wersji mieliśmy
zatrzymać się tu, by zwiedzić medynę. Padający deszcz i dość późna
pora ponownie zmodyfikowała nasze plany. Dworzec w Tetuanie też nie jest miejscem zachęcającym
do pozostania w mieście. Nie mieliśmy zatem żadnych wyrzutów. Autobus wlókł
się po górach straszliwie. Na mapie Szefszawan jest oddalony od Tangeru nieco
ponad 100 kilometrów, a jechaliśmy prawie 4 godziny...
Na miejsce dotarliśmy przed szesnastą i dzięki uprzejmości kierowcy
nie musieliśmy dreptać z dworca do medyny. Wysiedliśmy wcześniej, w okolicach centrum. Od razu znalazł się przyjaciel,
który z "czystej" życzliwości zobowiązał się zaprowadzić nas do
wspaniałego, niedrogiego hotelu. Mimo wszystko trochę musieliśmy dojść do głównego
placu,
ale nie żałowaliśmy, ponieważ urok "błękitnego miasta" zwłaszcza
w wieczornej szarówce pozwalał zapomnieć o bagażach na naszych plecach.
Zaraz zajęliśmy się fotografowaniem i to tak bardzo, że grupa podzieliła się
i trochę trwało, zanim z Kasią odszukaliśmy resztę towarzystwa. Prawie
wszyscy mijani tubylcy proponowali nam specjalności Szefszawan i gór Rif -
doskonały haszysz, albo kif - jego lżejszą wersję. Szefszawan jest
narkotykową stolicą Maroka ;)
![]() |
![]() |
![]() |
Po obejrzeniu kilku hotelików zdecydowaliśmy się na hotel Andalus, głównie
ze względu na śliczny wystrój wnętrza i kominek w sali rekreacyjnej. Cena też
była do przyjęcia - 50 drh od osoby. Wróciliśmy na położony blisko hotelu
główny plac miasteczka. Tutaj można wybierać w lokalach, w których chce się
spożyć posiłek, ale nie wybrzydzaliśmy i szybko zamówiliśmy
4 razy menu dnia plus wegetariański tajin dla Renaty. Niestety z obiecywanego
nam piwa nic nie wyszło, bo jak powiedział kelner za dużo tajniaków na
ulicach - chyba lekko ściemniał, ale mówi się trudno. Jedzenie pyszne - zarówno
zupa, sałatki, ryba, kurczak jak i kuskus. Całość z deserem i napitkami
kosztowała 40 drh od osoby.
Niestety nocne zwiedzanie miasteczka i planowane zakupy skutecznie uniemożliwiła
gwałtowna burza. Wypiliśmy zatem po miętowej herbacie i wróciliśmy do
hotelu spędzić wieczór przed kominkiem. Tu siedział z nami intrygujący recepcjonista. Ubrany w wełniany sweter i czapkę w kolorach błękitno - białym.
Nie mówił za dużo, ale rozumiał nas doskonale. Kiwał tylko głową i w
mgnieniu oka załatwiał nasze prośby: sok pomarańczowy - proszę bardzo, działka
towaru do palenia - nie ma sprawy, nauka robienia skrętów - bez problemu.
Wszystko sprawnie, bez zbędnej dyskusji. Spokój emanował z całej jego
postaci... Tylko wódeczki z Polski napić się nie chciał ;)
22.11 - Szefszawan - góry Rif
Pogoda na szczęście zmieniła się diametralnie. Od samego świtu na niebie królował błękit. Szef hotelu zabrał nas na dach, skąd mogliśmy podziwiać nie tylko panoramę miasta, ale również sporą część trasy naszej dzisiejszej wycieczki w góry. Zaplanowaliśmy bowiem górski spacer w góry Rif, a konkretnie do Parku Narodowego Talassemtan. W przewodniku opisany jest wprawdzie trekking czterodniowy, ale my chcieliśmy tylko zasmakować górskiego powietrza. Niestety nasze lenistwo spowodowało, że zanim poszliśmy w góry pomarudziliśmy kilka godzin w pięknym skądinąd miasteczku. Jest ono na tyle małe, że po kilku chwilach spaceru po medynie łatwo uzyskuje się orientację co do lokalizacji. Po skromnym śniadaniu i miętowej herbacie grupa ruszyła na fotograficzne polowanie. Oprócz błękitnych domostw i uliczek bardzo wdzięcznym celem polowania okazały się miejscowe dzieciaki, które same pchały się w kadr. Po krótkiej sesji były zachwycone oglądając własne fotki na wyświetlaczu małego Canona. Próba poczęstowania ich cukierkami była ogromnym błędem gdyż zakończyła się nalotem wszystkich dzieciaków z miasteczka, a cukierków było tylko dla kilku... Cóż, człowiek na błędach się uczy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zmobilizowało nas to jednak wreszcie do wyruszenia w góry. A było już późne
przedpołudnie. Poinstruowani jeszcze na hotelowym tarasie, wyszliśmy z medyny
przez bramę Bab Souk. Przez cmentarz wspinaliśmy się ku górze. Cmentarz
bardzo różnił się od tych, do których my jesteśmy przyzwyczajeni. Zmarłym nie buduje się
granitowych willi, ale z reguły spoczywają w prostych mogiłach z betonowym
nagrobkiem. Ścieżka przez środek cmentarza jest popularnym szlakiem, po którym
codziennie chodzą Marokańczycy w drodze do swoich domostw. Minęliśmy
hotel Asma gdzie część wycieczki zaopatrzyła się w wodę po cenach
komercyjnych, potem kemping i szliśmy dalej przez las wchodząc w granice
parku narodowego. Pomimo, iż wspinaczka nie była bardzo wyczerpująca, to
jednak długość podejścia podzieliła nieco naszą grupę. Można powiedzieć,
że niektórzy uczestnicy wycieczki przerwy na fotografowanie przepięknych
okolic robili sobie częściej ;). Najpierw podchodziliśmy serpentynami po
zboczu Jebel el-Kelaa, a potem coraz wyżej w kierunku przełęczy obok szczytu
Sfiha Teldż. Na samą przełęcz znajdującą się na wysokości 1800 metrów
n.p.m. nie doszedł nikt, chociaż ja i Kasia byliśmy całkiem blisko. Zabrakło
trochę czasu. Być może za późno wyruszyliśmy w góry. Niedosyt pozostał,
więc będzie po co wrócić.
Widoki na góry Rif były przepiękne przez całą drogę. Mijaliśmy wspaniałe
formacje skalne, stada wypasanych tu owiec, pojedyncze chatki Marokańskich górali.
Jeden z mijanych pasterzy grał na drumli i śpiewał jakby
specjalnie dla nas. Turystów na szlaku nie spotkaliśmy prawie w ogóle, ale za
to mijaliśmy trenujących biegaczy marokańskich. Na końcu naszej
wspinaczki urządziliśmy sobie mały piknik, opalając się w promieniach górskiego
słońca. Niektórzy mieszkańcy mają chyba turystów po dziurki w nosie. Mieli do nas
pretensje nawet za to, że fotografowaliśmy miejscowego kota ;)
Zimą dni również w Afryce są krótsze, więc musieliśmy wracać w kierunku
miasteczka. Jeszcze w czasie wycieczki słońce zaczęło chować się za
horyzontem, więc mogliśmy podziwiać grę światła na zboczach i przepiękną panoramę
Szefszawan - błękitno - białe domy skupione wokół obronnej
kazby. Dotarliśmy na główny plac tuż po zmroku i po wymianie pieniędzy, w
jednej z knajpek zjedliśmy kolejny tajin. Trzeba niestety przyznać, że kuchnia marokańska,
przynajmniej ta w knajpach jest mało zróżnicowana. Na szczęście
jedzenie jest dość smaczne i w miarę niedrogie.
Wieczór spędziliśmy ponownie w towarzystwie miłego pana w wełnianej czapce
przed kominkiem popijając sok z pomarańczy i oglądając transmisje meczu Ligi
Mistrzów... ;-)
23.11 - Szefszawan - Fez
Znaliśmy godziny odjazdu autobusów do Fezu ( odjeżdżają co godzinę ),
więc mogliśmy zaplanować poranek dość dokładnie. Plany większości ekipy
skończyły się na długim porannym spaniu ;) Tylko ja i Kasia wybraliśmy na
spacer po Szefszawan o świcie. Wyszliśmy poza mury medyny, gdzie szybko znaleźliśmy
małą knajpkę celem spożycia kawy, tudzież herbaty miętowej. Miasteczko
powoli budziło się do życia, a my musieliśmy wracać po resztę towarzystwa
i bagaże. Wyszliśmy wszyscy razem poinstruowani dość dokładnie którędy na dworzec, a z
centrum to około 15 minut spokojnym marszem. Tuż przed celem okazało się, że
Kasia nie może znaleźć swojego paszportu. Po szybkim przeszukaniu jej
plecaka, ruszyłem w kierunku hotelu wytypowany z racji długich kończyn
dolnych. Teoretycznie miałem prawie 15 minut by zdążyć na autobus. Dobiegłem
do hotelu, nie znalazłem paszportu i ponownie biegiem udałem się na dworzec. Paszport
oczywiście się znalazł ukryty w Kasi śpiworze ;) Udało się również
uprosić kierowcę by poczekał na mnie kilka minut. Kupiliśmy bilety do Fezu
za 45 drh od osoby i po dłuższym targowaniu się dopłaciliśmy po 5 drh
za przewóz bagażu. Swoją drogą ciekawe czy jest to opłata obowiązkowa,
skoro podlega negocjacji. Widziałem jednak, że Marokańczycy również dawali
bagażowemu pieniądze wkładając swoje toboły do autobusowego schowka. Z małym
postojem na zakup śniadania w Wazzan jechaliśmy ponad 4 godziny do celu
naszej dzisiejszej podróży..
Dworzec autobusowy w Fezie znajduje się tuż obok murów medyny Fez el-Bali.
Nie było zatem najmniejszych problemów ze znalezieniem bramy wejściowej Bab
Bu Dżelud, tym bardziej, że byłem tu przecież trzy lata temu. W okolicy tej
bramy zlokalizowanych jest kilka hoteli w cenach na naszą kieszeń. Ponieważ
godzina była dość wczesna, mogliśmy odwiedzić kilka z nich i wybrać
najlepszy. O dziwo najtańszy okazał się być jednocześnie najbardziej
zadbanym. Nie można się spodziewać luksusu za 40 drh od osoby w pięcioosobowym
pokoju. Ważne, że było dość czysto, a prysznic gratis - przynajmniej zimny,
za gorący 5 drh płatne extra. Większość tanich hoteli jest w obrębie
medyny, tuż obok bramy. Nasz hotelik jednak znajdował się tuż za murami z pięknym
widokiem z dachu na Bab
Bu Dżelud.
Zostawiliśmy bagaże i wybraliśmy się na krótki spacer po Fezie. Zaczęliśmy
go oczywiście od małego posiłku. Najpierw bułki z kiełbaskami i sokiem
pomarańczowym w jadłodajni dla tubylców, a potem obiad dla Rafała i Renaty
na dachu ekskluzywnej restauracji z pięknymi widokami na medynę Fezu. Ważne,
że wszyscy byli zadowoleni i najedzeni. Restauracyjny taras to rewelacyjne
miejsce na fotografowanie okolicy.
![]() |
![]() |
![]() |
Z powodu różnorodnego tempa zwiedzania grupka podzieliła się ponownie i po ustaleniu
godziny spotkania w hotelu poszliśmy z Kasią w medynę. Z jednej strony trudno
tu nie zabłądzić w plątaninie uliczek, z drugiej natomiast dość prosto
trafić pod bramę wejściową której nazwę znają wszyscy i przy pomocy rąk
wytłumaczą zawsze drogę powrotną.
Dla nas wieczór był wieczorem zakupów. Najpierw po bardzo długim targowaniu
się zakupiliśmy piękne ręcznie malowane miseczki gliniane. Oczywiście my płakaliśmy,
że płacimy tak dużo, sprzedawca płakał że sprzedaje tak tanio, ale w sumie
i nam jemu na pewno interes się opłacał ;)
Podobnie było w małej fabryce obrusów, gdzie spędziliśmy znacznie więcej
czasu. Najpierw podziwialiśmy kobiety wyszywające różnorodne wzory na
obrusach bez żadnych matryc. Potem obejrzeliśmy niezliczone ilości obrusów.
W końcu gdy już wybraliśmy dwa, które podobały się nam najbardziej przystąpiliśmy
do żmudnego procesu targowania się. Trwało to bardzo długo ponieważ nasze
pierwotne propozycje różniły się znacznie :) O dziwo udało się dojść do
kompromisu i to bliżej naszej ceny wywoławczej. Wyszliśmy obciążeni dwoma kompletami
bawełnianych obrusów i serwetek. Niestety dalsze wieczorne spacery po Fezie
zostały zakłócone ulewą. Ponieważ od hotelu byliśmy daleko, musieliśmy spędzić czas na handlu, przynajmniej pozorowanym
;). Daliśmy się zaciągnąć do handlarza dywanami i kocami i nie mając
zamiaru nic kupić przeglądaliśmy stosy dywanów i koców z wielbłądziej wełny.
Mało brakło a za 50 pln zakupiłbym jeden z takich koców, ale deszcz przestał
padać, zrobiło się ciemno i obiecaliśmy handlarzowi, że wrócimy tu jutro.
Nie był zbyt gościnny i nie poczęstował nas herbatą. A może przez ostatnie
trzy lata zwyczaje marokańskich kupców się pozmieniały? ;)
Po drodze kupiliśmy pyszne bułki wypełnione upieczonym na naszych
oczach kurczakiem i oliwki na kolację. Bardzo miły Marokańczyk z knajpy przy
naszym hotelu załatwił nam wino za 80 drh, a mógł załatwić w zasadzie
wszystko co chcielibyśmy. W Maroku w medynach obowiązuje zakaz sprzedawania
i spożywania alkoholu. Zakaz jest czysto teoretyczny i omija się
go płacąc za alkohol więcej niż w sklepach ulokowanych w nowych centrach
miast.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
24.11 - Fez
Dzień rozpoczęliśmy od porannej sesji fotograficznej na tarasie dachowym
naszego hotelu. Dzień zapowiadał się pogodnie i dość leniwie. Zrezygnowaliśmy
z wycieczki do Meknes, a w planach
mieliśmy całodniowe zwiedzanie Fezu, aż do późnych godzin wieczornych. Nasz
nocny autobus do Marrakeszu odjeżdżał bowiem dopiero o 22.30. Nie było
problemów z zostawieniem plecaków w hotelu.
Miałem nadzieję, że podobnie jak przy poprzedniej wizycie złapią nas
nieletni przewodnicy i pokażą najciekawsze miejsca w Fezie, ale skończyło się na
samodzielnym zwiedzaniu miasta. Kluczyliśmy po uliczkach medyny w poszukiwaniu
farbiarni i garbarni, dla których wstaliśmy wcześniej. Podobno o poranku
najciekawsze tam widoki. Najpierw trafiliśmy do mniejszej, zlokalizowanej w
pobliżu sklepu z dywanami, w którym byliśmy poprzedniego wieczora. Weszliśmy
ciasnym przejściem na dziedziniec na którym znajdowało się mnóstwo
kamiennych kadzi wypełnionych płynami do wytrawiania skór. Smród był ciężki
do wytrzymania nawet przy krótkiej wizycie. Pewnie pracujący tu liczni Marokańczycy
już uodpornili się na tego typu zapachy, ale grzebanie
w wodzie pełnej chemikaliów na pewno nie pozostaje bez wpływu na ich zdrowie. Zrobiliśmy sobie małą
sesję fotograficzną w egzotycznym dla nas "zakładzie produkcyjnym", zapłaciliśmy za wejście 10 drh i przeciskając się obok
mułów noszących cuchnące skóry poszliśmy do sklepu. Nie wcisnęli nam nic z towarów tkanych, ale Renata po długich targach kupiła dwie
skórzane torby i pantofle za bardzo korzystną cenę. Daleko nie uszliśmy, a
już zaproponowano nam obejrzenie znacznie większych farbiarni, na co się chętnie
zgodziliśmy. Z dachów otaczających farbiarnie, którą widziałem
przy poprzedniej wizycie w Fezie można fotografować do woli. Jedyną zapłatą
za możliwość wejścia na dach są pieniądze wydane w sklepie. Nie kupiliśmy
jednak niczego choć skórzane kurtki wyglądały całkiem
całkiem.
![]() |
![]() |
![]() |
Po uliczkach Fezu możnaspacerować dniami, ale najpierw wróciliśmy
w okolice naszego hotelu i wrzuciliśmy do żołądków mięso w formie
pieczonych na grillu szaszłyków. Na licznych straganach chciałoby się kupić
mnóstwo artykułów od ciuchów po spożywcze, ale to wszystko trzeba potem
nosić na plecach. Po odpoczynku na dachu naszego hotelu zwiedziliśmy okolice
muzeum Dar Batha
Poszliśmy również na spacer po Fez el Dżdid spacerując po ogrodach i oglądając
pałac królewski z zewnątrz. Bociany obserwowały nas bacznie z murów i wież.
Słońce zaszło i po skromnej kolacji udaliśmy się na dworzec. Bilety
kosztowały 103 drh, a autobus jechał całą noc. Zmarzliśmy jak diabli gdyż dopiero na postoju na posiłek wyjęliśmy z luków bagażowych śpiwory, które
uratowały nam życie. Wprawdzie kierowca roznosił koce na początku, ale po
jednym na cztery osoby i ich czystość pozostawiała bardzo wiele do życzenia...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
25.11 - Marrakesz
Wczesnym rankiem - o 8.00 czyli dokładnie według rozkładu jazdy byliśmy na dworcu autobusowym w Marrakeszu. Dworzec jest sporo oddalony od centrum starówki, ale postanowiliśmy rozruszać nasze kości po nocnym przemarznięciu spacerując w kierunku Dżemaa el- Fna. Pamiętałem dość dobrze Marrakesz z poprzedniej wizyty, ale reszta wycieczki była tu po raz pierwszy. Trafiliśmy bez problemów do hoteliku Afriquia. Tego samego, w którym spaliśmy prawie trzy lata temu. Tym razem dostaliśmy pokoiki z łazienką za 150drh dla dwóch osób. Podobnie jak w Fezie, w medynie Marrakeszu można spędzić kilka dni spacerując po wąskich uliczkach od sklepiku do sklepiku, od straganu do straganu. Niestety pomimo swego niezaprzeczalnego uroku coraz bardziej czuje się, że miasto zaczyna być przygotowanym dla turystów skansenem. Wśród autentycznych sklepików dla miejscowych zaczynają pojawiać się stoiska typowo nastawione na turystów. Na placu Dżemaa el- Fna napiliśmy się wybornego soku ze świeżych pomarańczy i obejrzeliśmy przebierańców fotografujących się z turystami.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Na błądzeniu po sukach spędziliśmy cały dzień i dopiero wieczorem zaczęliśmy
się rozglądać za butelką wina i co ważniejsze za samochodem na jutro. Po
bardzo długich poszukiwaniach, na ulicy Bab Agnaou udało się nam zarezerwować
samochód za 350 drh na jeden dzień.
Na kolacji wylądowaliśmy znów na placu Dżemaa el- Fna i każdy mógł sobie wybrać
smakołyki na grilla. Tym razem trafiliśmy nie najlepiej. Nie dość, że nie do końca
nam smakowało, to jeszcze Jarek i Renata pochorowali się nazajutrz. A może to
od tego nie najlepszego wina za 80drh ?
26.11 - Marrakesz - Ait Benhaddou - Warzazate - Marrakesz
Jarek pomimo problemów żołądkowych zdecydował się na wycieczkę, ale Renata z gorączką została w hotelu. Trochę żałowaliśmy, że mamy samochód tylko na jeden dzień i postanowiliśmy dość intensywnie go wykorzystać. Po bardzo wczesnej pobudce o świcie ruszyliśmy na południe by przejechać przez Atlas Wysoki przez przełęcz Tiz n'Tiszka 2031m n.p.m. Wyruszyliśmy o wschodzie słońca i nie żałowaliśmy gdyż widoki przy pokonywaniu gór były niesamowite. Mieliśmy szczęście do pogody i pokonaliśmy przełęcz serpentynami, drogą o niezłej nawierzchni.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Na południe od Atlasu najpierw odwiedziliśmy "filmowy" ksar w Ait Benhaddou. Budowle wyglądają jak z bajki i nic dziwnego, że wielokrotnie były scenerią hollywoodzkich filmów. Po przejechaniu ponad 30km na północ od Warzazate dojechaliśmy do wioski. Zostawiwszy samochód przy głównej drodze zeszliśmy w dół do rzeki Unila, za którą przepięknie na tle gór prezentował się kompleks glinianych wież z małymi okienkami. Do końca nie wiem na ile ta obronna budowla jest autentyczna, a na ile odrestaurowana dla potrzeb filmowców. Z reguły jednak popieram odbudowę starych budowli, więc nie ma co narzekać. Nie wiem dlaczego, ale nie zostaliśmy wpuszczeni do środka. Jeden z groźnie wyglądających tubylców powiedział, że jeśli chcemy zwiedzić wnętrze to trzeba zapłacić mu po 100 drh od głowy i on będzie naszym przewodnikiem. W przewodniku nie było o tym ani słowa, ale nie chcieliśmy ryzykować międzynarodowego konfliktu. Kto wie co on tam trzymał za pazuchą ;) Obeszliśmy więc budowlę dookoła fotografując ile się dało i wróciliśmy do samochodu, gdyż czas płynął nieubłaganie.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ta sama drogą dojechaliśmy do sporego, w porównaniu z Ait Benhaddou,
miasta Warzazate. Obejrzeliśmy kazbę ale już nie tak imponującą jak
poprzednia.
Pokluczyliśmy nieco po wąskich uliczkach dookoła niej wzbudzając
zainteresowanie miejscowych dzieciaków. Zwiedziliśmy liczne sklepy z pamiątkami
czekające na bardziej zamożnych turystów. Ruch w interesie nie był
zbyt intensywny. Nie udało się nam znaleźć żadnej ciekawej knajpki celem
spożycia posiłku. Postanowiliśmy zjeść po powrocie w Marrakeszu. Po drodze
w jednym z pustynno - górskich miasteczek wypiliśmy jedynie kawę z
ciasteczkami. Według mapy mogło to być Agouim, ale do końca nie jestem
pewien. Oprócz nas i kilku zakapturzonych Marokańczyków w galabijach na ulicy
widzieliśmy głównie tumany kurzu pędzone przez wiatr być może aż z pustyni. Po
pokonaniu po raz wtóry przełęczy Tiz n'Tiszka zatrzymaliśmy się przy jednej
z przydrożnych fabryczek ceramiki i dałem się namówić Kasi na zakup
ogromnej donicy. Kosztowała wprawdzie grosze, po krótkich targach zapłaciliśmy
20 drh, ale jak my ją dowieziemy do Polski autobusami, pociągami, promem i w końcu
samolotami miało się okazać w ciągu najbliższych dni. W dniu zakupu
wrzuciliśmy ja do bagażnika wypożyczonego samochodu.
Do Marrakeszu wróciliśmy juz po zmroku i po krótkiej rundce dookoła murów
miejskich oddaliśmy auto, zjedliśmy kolację i mocno zmęczeni zasnęliśmy w
hotelu.
27.11 - Marrakesz - Rabat
Dzień wybitnie tranzytowy. Za 90 drh kupiliśmy bilet na autobus do Rabatu, który miał odjechać o 8 rano ale odjechał około 8.45. Myśleliśmy jeszcze o odwiedzeniu Casablanki ale poprzestaliśmy jedynie na krótkim postoju na dworcu autobusowym w tym "filmowym" mieście. Po około 6 godzinach jazdy byliśmy w stolicy Maroka. Taksówka dojechaliśmy do centrum. Nie było to łatwe biorąc pod uwagę liczebność grupy i naszą donicę...
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Zjedliśmy co nieco w klimatycznym barze wykafelkowanym na biało od podłogi po sufit i część ekipy została przy bagażach w parku, a część poszła szukać noclegu. Przeszliśmy prawie całą Avenida Mohammed V by trafić do medyny. Tu znaleźliśmy hotelik spoza przewodnika w bocznej uliczce za 50drh od osoby. Z medyny już bardzo blisko nad ocean. Zwiedziliśmy zabytkowy cmentarz na wzgórzu skąd widoków mógłby pozazdrościć zmarłym niejeden z żyjących mieszkańców Rabatu. Zeszliśmy nad sam ocean by przespacerować się najpierw po skałach, potem deptakiem aż do latarni morskiej, by w końcu podziwiać zachód słońca nad Atlantykiem z mola pełnego lokalnych romantyków .
![]() |
![]() |
![]() |
Po zachodzie słońca wróciliśmy jeszcze do centrum spacerując najpierw wśród zaułków medyny i kupując przyprawy, z których arabska kuchnia słynie. Odwiedziliśmy też dworzec kolejowy by dowiedzieć się o połączenia kolejowe z Tangerem. Koleją w Afryce jeszcze nie jeździliśmy. Bilety nieco tylko droższe od autobusowych kosztowały 84 drh, ale komfort jazdy znacznie większy. Nowe miasto nie różni się zbytnio od europejskich molochów z neonami reklam, zabytkowymi budynkami banków czy ruchem ulicznym intensywnym o każdej porze dnia. Przeszliśmy ulicą króla Mohammeda V tam i z powrotem i tyle zwiedzania na dziś...
28.11 - Rabat - Tanger
Pociąg mieliśmy po 11, więc był czas, aby jeszcze pobłądzić po starej części Rabatu. Na wschód słońca nad ocean wstał jednak ze mną tylko Rafał, a reszta postanowiła przespać cały poranek. Poszliśmy na plażę pustymi ulicami o bladym świcie. Wszystkie sklepy zamknięte, stragany dopiero się rozkładały. Bardzo odpowiadają mi takie klimaty, szczególnie że poranne słońce ma idealną barwę do fotografowania ciekawych widoków. Ciekawe czego szukają tu poszukiwacze skarbów biegający po plaży z wykrywaczami metalu. Następnie skierowaliśmy się na uliczki kazby al Udaja obok ogromnej bramy o tej samej nazwie. Jedynymi mieszkańcami spotykanymi na wąskich uliczkach kazby były przepiękne koty. Można również chodzić od drzwi do drzwi i fotografować te niezwykle oryginalne dzieła sztuki. Podobnie jak w Szefszawan dominuje tu kolor niebieski. Po kilkunastu minutach zachwycania się i fotografowania trzeba było ruszać dalej. Zeszliśmy po drugiej stronie kazby nad rzekę Bu Regreg prawie opędzając się przed krążącymi mewami. Od czasu do czasu na brzegu wyrzucane są resztki jedzenia, albo pozostałości z oczyszczanych przy brzegu ryb i mewy mają ucztę bez wielkiego wysiłku, jeśli nie liczyć walki między nimi samymi :) Wróciliśmy po resztę ekipy i po krótkim marszu na czas byliśmy na dworcu.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Pociągiem dojechaliśmy w ciągu około 4 godzin do Tangeru - marokańskiej bramy do Europy, która jednak dla wielu chętnych z Afryki jest ciągle zamknięta. Hiszpanie mają sporo problemów z nielegalną imigracją i przemytnikami. Wprawdzie jeszcze gorzej jest w Ceucie i Melilli - hiszpańskich enklawach w Afryce, ale te odwiedzimy przy innej okazji. Dziś mieliśmy jeszcze chwilę by zobaczyć najbardziej "europejskie" miasto Maroka. Bez problemów znaleźliśmy Pension Palace gdzie podczas poprzedniej wizyty zarezerwowaliśmy pokoje i zostawiwszy bagaże poszliśmy na spacer po medynie aż do kazby. Architektura tu trochę odmienna niż w poprzednich miastach. Zwracają uwagę zaniedbane kamienice w stylu postkolonialnym. Niewątpliwą atrakcją Tangeru są uliczne kafejki z przepyszną kawą i herbatą miętową. Głównie więc nasze zwiedzanie ograniczało się do zaliczania kolejnych knajpek aż do zmroku.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
29.11 - Tanger - Algeciras - Kadyks - Jerez - Londyn - Łódź
Nie było za bardzo czasu na zwiedzanie. Wczoraj kupiliśmy bilety na jeden z pierwszych promów płynących do Europy. Nie udało się znaleźć korzystnych połączeń z Gibraltarem, który pierwotnie mieliśmy odwiedzić. Popłynęliśmy więc z powrotem do Algeciras. Już w Hiszpanii doszliśmy do wniosku, że Gibraltar odpuścimy sobie całkowicie. Jarek był niepocieszony, ale doszliśmy do wniosku, że nie warto jechać tam tylko po to, by zajechać i musieć wracać. Bez problemu złapaliśmy autobus do Kadyksu i potem znaną juz trasą na lotnisko w Jerez. W Londynie byliśmy późnym wieczorem i niestety trzeba było siedzieć na lotniskowych fotelikach aż do 6 rano. W Łodzi powitała nas zima, ale na szczęście nie było problemów żeby uruchomić samochód.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Pomysł na wyprawę okazał się być strzałem w dziesiątkę i chyba wszyscy wróciliśmy zadowoleni. Trochę za krótko byliśmy w kilku miejscach, ale uwarunkowania zawodowe są nieubłagane. Na pewno towarzystwo było gwarantem udanej imprezy.Mam nadzieję, że w przyszłości ponownie wybierzemy się wspólnie w świat. Może do Maroka by zdobyć Dżabal Toubkal?
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]
[ Uzbekistan Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]
[ Kuba ] [Jordania Izrael] [Mazury] [Islandia] [Czeski Raj] [Bornholm] [Niemcy] [Austria] [Maroko]