Tajlandia 2004


29.10.04 Warszawa - Moskwa - prawie Bangkok

Tym razem celem podróży są Indochiny, a konkretnie Tajlandia i Laos. Wizy załatwiliśmy już w Polsce. Zarówno tajska jak i laotańska to koszt około 100 złotych. Niestety do Tajlandii trzeba było wykupić podwójną. Dodatkowo w odróżnieniu od kilku innych krajów, w których byliśmy wcześniej tu wizy dla dzieciaka też musiałem opłacić. Zatem wizy to już około 600 pln. Jeśli doliczyć do tego bilety lotnicze Aeroflotu Wa-wa - Moskwa - Bangkok ( mój 2400, a Krzysia 1800 pln ) to jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy już była ona najdroższa ze wszystkich moich dotychczasowych. Na szczęście podobno na miejscu już będzie tanio :)
Paweł zawiózł nas na lotnisko. Samolot był nieco opóźniony, ale mieliśmy nadzieję, że półtorej godziny zapasu na przesiadkę wystarczy nam spokojnie. Już na lotnisku w Wa-wie poznaliśmy dwie urocze uczestniczki naszej wyprawy - Olgę i Karolinę. Kolejne ciocie dla Krzysia ;).
Marcin, ostatni członek naszej ekipy, która zebrała się dzięki internetowi i forum dyskusyjnemu travelbit był już od 2 dni w Bangkoku.
Lot trwał 2 godzinki i wylatując o 16.30 na miejscu byliśmy o 20.30. Bagaże mieliśmy nadane już do portu docelowego i musieliśmy tylko odebrać bilety z okienka tranzytowego. Zapakowaliśmy się do potężnego Iła, pełnego rosyjskich turystów, którzy już w samolocie ostro zaczęli wczasowanie ;)
Kilka osób z Polski leciało razem z nami. Poznaliśmy na przykład Szymona, który leciał spotkać swą Agnieszkę na drugi koniec świata... Był taki miły, że zamienił się z nami na miejsca byśmy mogli siedzieć razem.
Po smacznym posiłku wszyscy zasnęli, a i Rosjanie imprezujący na fotelach przed nami nie dali rady ilości alkoholu wlanej do swych organizmów. Lot nocą ma te zaletę, że czas mija znacznie szybciej, co przy 9 godzinach jest dość istotne.

Bangkok z lotu ptaka Na ulicach Bangkoku
Freski w Wat Benjamabophit Ogrody w Wat Benjamabophit

30.10.04 Bangkok

Rano, po smacznym posiłku, zdążyliśmy jeszcze obejrzeć południowe wybrzeża Azji z lotu ptaka z uchodzącymi tu potężnymi rzekami oraz przed lądowaniem stolicę Tajlandii , która prezentowała się bardzo nowocześnie. Wylądowaliśmy o 10 rano, a Krzyś obudził się dopiero na ziemi. Różnica czasu między Tajlandią a Polską to 5 godzin, więc w ojczyźnie wszyscy jeszcze smacznie spali, no może prawie wszyscy ;)
Bez żadnych problemów wymieniliśmy trochę pieniędzy na miejscowe bahty - 1 USD to około 40 bahtów, a 1 euro około 50 bht. Ponieważ mieliśmy wizy już z Polski a jeszcze w samolocie wypełniliśmy deklaracje, odprawa przebiegła bardzo szybko i sprawnie. Wizę można tez uzyskać na lotnisku ale trwa to trochę dłużej i trzeba mieć fotografię.
Opuściliśmy bardzo nowoczesne lotnisko wychodząc z klimatyzowanego terminalu na przystanek autobusowy. Na zewnątrz bardzo miłe ciepełko - około 30 stopni i spora wilgotność. Autobus z lotniska do Khao San Road w centrum kosztuje 100 bht. Jechaliśmy tam umówieni z Marcinem w Kavin Place Hotel, którego niestety nikt nie potrafił nam wskazać, a po krótkich, samodzielnych poszukiwaniach daliśmy sobie spokój. Hotelików na tej uliczce mnóstwo. Podobnie zresztą jak białych turystów i tajskich handlarzy ;). Ulokowaliśmy się w Euro Inn Guest House a 350 bht za dwójkę z dostawką na glebie dla mnie i Krzysia. Dość tanio, biorąc pod uwagę, że mieliśmy klimatyzację. Dodatkowo na miejscu był internet za 40 bht/h.
Mieliśmy jeszcze pół dnia na zwiedzanie Bangkoku. Postanowiliśmy się wybrać do Pałacu Królewskiego. Po drodze daliśmy się nabrać na miejscowy trik. Zaczepił nas jeden z przechodniów. Przedstawił się jako nauczyciel i stwierdził, że z powodu święta pałac dziś zamknięty ale lepiej pozwiedzać interesujące miejsca w okolicy Złotej Góry przy pomocy tuk-tuka, a po drodze jeszcze zajrzeć do sklepu z materiałami po bardzo promocyjnych cenach. Sam zatrzymał nam tuk-tuka - motor z małą kabiną z tyłu z miejscami dla około ;) dwóch osób. Wpakowaliśmy się bez większych problemów w czwórkę i dogadaliśmy cenę 60 bht za całą trasę i czekanie na nas.
Najpierw zawieziono nas do małej, ślicznej świątyni z wesołym Buddą. Na małym planie z przewodnika nie potrafiłem jej zidentyfikować a wszelkie napisy były jedynie po tajsku. Świątynia wywarła na mnie dość duże wrażenie, głównie dlatego że to moja pierwsza w Bangkoku ;). Zwiedzając i fotografując stosowaliśmy obowiązujące w Tajlandii zasady by nie siadać stopami w kierunku do Buddy oraz nie fotografować się z Buddą w tle jeśli jego głowa jest niżej niż nasza.
Kolejnym punktem programu był zakład krawiecki gdzie obejrzeliśmy piękne suknie, garnitury i krawaty, a także delikatne tkaniny, z których można sobie zamówić ubranie według wybranego wzoru i zostanie ono uszyte w ciągu kilku dni na miarę. Nie byliśmy jednak zainteresowani takimi zakupami. Przynajmniej na razie.
Następnie nasz tuk-tuk zawiózł nas do Wat Benjamabophit. To już duży kompleks świątyń z "plebaniami" dla mnichów. Spacer po pięknych ogrodach jest za darmo, ale trzeba wydać 20 bht jeśli chce się wejść do głównej świątyni. Kolory podobnie jak w poprzednich świątyniach bardzo żywe i radosne, co jest chyba dominującą różnicą z oglądanymi przeze mnie dotychczas świątyniami innych wyznań. Najwięcej widać złotego, czerwonego, zielonego i niebieskiego. Zdobienia również bardzo tu bogate i momentami niesamowite. Krzyś podziwiał nagów - kamiennych strażników Buddy.
Odwiedziliśmy także biuro podróży również bardzo polecane przez Taja jako najtańsze, ale po krótkiej dyskusji wycieczkę do Chiang Mai postanowiliśmy zorganizować na własną rękę. Dwudniowa z Bangkoku organizowana przez biuro kosztuje 3000 bht.
Ostatnim punktem programu była Złota Góra. To kolejna piękna stupa w kolorze złotym a dodatkowo wspaniały punkt widokowy na Bangkok. Doskonale widać tu kontrast między dzielnicą ze świątyniami, nowoczesnym Bangkokiem i widocznymi również slumsami. Na wzgórze o wysokości 100 metrów wspina się wielu Tajów, ale głównie w celach religijnych, by pomodlić się przed posążkiem Buddy znajdującym się w tej dwustuletniej świątyni.
Nasz tuk-tuk odjechał i musieliśmy poszukać następnego by wrócić do hotelu. Podobno te z białymi rejestracjami są najtańsze, ale wzięliśmy z żółtymi i ten był również bardzo tani. Zapłaciliśmy jedynie 10 bht, ale po drodze musieliśmy zajrzeć do sklepu z pamiątkami. Tu mieliśmy opowiadać, że jesteśmy z hotelu Asia, ale nikt nas na szczęście nie pytał. Kierowca tuk-tuka dostał darmowo paliwo za to że nas tu przywiózł, a my i tak nic nie kupiliśmy. Zawiózł nas do Pałacu Królewskiego, ale nie weszliśmy - był otwarty tylko do 15.30. Trzeba będzie wrócić tu nazajutrz.
Przy zachodzącym słońcu przeszliśmy przez ogromny i raczej pustawy plac, na którym stała scena. Odbywały się na niej jakieś występy, ale zarówno śpiew solistów, jak i taniec niewysokich Tajek ubranych w jaskrawe, jedwabne ubranka nie przypadły nam do gustu.
Wieczór zakończyliśmy przed hotelem Marcina, z którym wreszcie udało się nam spotkać zajadając makaron z kiełkami i sosem zakupiony z wózka za 20 bht porcja. Marcin już zaadaptowany do gorąca i różnicy czasu uderzył jeszcze w miasto, a my po krótkim spacerku po Khao San po zmroku wróciliśmy do hotelu. Uliczka ma swój klimat, a miłośnicy nocnych zabaw znajdą tu na pewno coś dla siebie.   

Złota Gora w Bangkoku Rodzina Królewska w Tajlandii jest darzona olbrzymim szacunkiem W parkach Bangkoku

31.10.04 Bangkok

Z Marcinem byliśmy umówieni o 8, ale spało się bardzo dobrze, może aż za dobrze. Marcin czekając na nas odwiedził najpierw  fryzjera, a w końcu sam wyciągnął nas z pokoju ;). Razem udaliśmy się do Pałacu Królewskiego przez znany nam już duży plac. I tym razem ktoś stał na scenie, ale pomimo, że jego przemówienie było słychać z głośników wokół, ani przed sceną, ani w jakimkolwiek miejscu na placu nie było nikogo kto słuchałby przemawiającego. Może po prostu trenował głos?
O 10 rano słońce grzało już niemiłosiernie, a przy wejściu, jak i w środku tłumy ludzi. Może dlatego że dziś niedziela? Wstęp kosztuje 200 bht, a trzeba również pamiętać o odpowiednim stroju. Olga musiała wypożyczyć koszulkę by zakryć swe nagie ramiona. Najpierw poszliśmy do Wat Phra Kaeo. Obejrzeliśmy śliczne stupy, ogromne i kolorowe posągi strażników o różnorodnych kształtach oraz miniaturę jednej ze świątyń z kambodżańskiego Angkor. Następnie poszliśmy do głównej świątyni, gdzie znajduje się posążek Szmaragdowego Buddy. Nie można tam niestety robić fotek. Przed wejściem do świątyni Tajowie kropią sobie głowę przy pomocy tulipanów zanurzając je w wielkiej misie wypełnionej wodą. Zależnie od okresu Budda ma na sobie różne stroje.
Przeszliśmy następnie obok budynków pałacowych, gdzie odbywała się akurat zmiana warty. Zajrzeliśmy do muzeum oglądając bardzo różnorodne eksponaty - od kości słoniowej, przez resztki zabytkowych murów pałacowych, drewnianych zdobień, figurki Buddy, makiety pałacu z różnych wieków, aż po skóry tygrysa wyściełające gabinet królewski.
Kolejnym punktem programu była świątynia Wat Po z ogromnym posągiem leżącego, złotego Buddy. Figura ma 45 metrów długości i wypełnia całe wnętrze. Wokół przechodzą wierni i turyści. Nieliczni wrzucają pieniążki do rozmieszczonych wzdłuż całego posągu pojemników na ofiary. Obok świątyni znajdują się cztery bogato zdobione czedi zbudowane przez kolejnych królów Ramę I, II, III i IV, a w których znajdują się relikwie Buddy. 

Wat Phra Kaeo Warta przed Pałacem Królewskim Leżący Budda w Wat Po


Opuściwszy tereny Ratanakosin udaliśmy się tuk-tukiem do dzielnicy Dusit by obejrzeć letni Pałac Vimanmek. Wstęp na tereny pałacowe jest w cenie biletu do kompleksu Pałacu Królewskiego, więc nie musieliśmy nic dopłacać. Pałac został tu podobno przeniesiony z jednej wysp tajskich. Jest budynkiem w stylu kolonialnym nie do końca przypominającym pałace widziane wcześniej. Olga została z Krzysiem w parku przy wodospadzie, a reszta zwiedziła wnętrza. Nie można niestety zwiedzać indywidualnie, a grupy są wpuszczane co 15 minut. Co druga grupa ma przewodnika anglojęzycznego, ale nam nie chciało się czekać i zwiedzaliśmy z przewodniczką pięknie opowiadającą w języku ojczystym. Wystrój głównie z XIX wieku. Dużo tu archiwalnych fotek rodziny królewskiej, zbroi, mebli z epoki, trofeów myśliwskich, instrumentów muzycznych czy przedmiotów codziennego użytku. Zerwaliśmy się grupie i zwiedzając w nieco przyspieszonym tempie, minęliśmy jedna z grup i nasyciwszy oczy zabytkami na dwóch piętrach wyszliśmy z powrotem do parku. Kolejną atrakcją tego miejsca są występy taneczne dziewcząt ubranych w tradycyjne stroje, które można oglądać w salce przy wyjściu. 
Pobyt w stolicy powoli się kończył. Wróciliśmy do hotelu po nasze bagaże i po krótkiej toalecie udaliśmy się w kierunku dworca. Marcin musiał jeszcze odwiedzić swojego krawca celem przymiarki garnituru. My pojechaliśmy tuk-tukiem za całe 120 bht, co nie było najlepszym pomysłem. Marcin zapłacił za taxi 60 bht i to chyba najlepszy sposób przemieszania się po mieście, a już na pewno znacznie tańszy niż przy pomocy tuk - tuków. Pociąg do Chiang Mai mieliśmy o 18.00. Bilety dość drogie - 700 bht osoba dorosła i 500 dzieciak. Koleje to jedno z nielicznych miejsc gdzie musiałem za Krzysia płacić pomimo że nie korzystał ze swojego miejsca. Poczekalnia to ogromna hala, gdzie oczekujący siadają lub kładą się na ziemi i czekają, aż nadejdzie czas odjazdu. Dość tłoczno na tej poczekalni, ale udało się nam rozłożyć nasze plecaki i usiąść na nich. Spożyliśmy jeszcze smaczne banany smażone w cieście sezamowym. 
Pociąg odjechał punktualnie. Niestety ponieważ kupowaliśmy bilety dość późno mieliśmy tylko miejsca na górze. Te dolne są dużo szersze i wygodniejsze, a kosztują tyle samo ;). Do godziny 20 siedzieliśmy wygodnie na złożonych siedzeniach, ale już o 20.00 została ogłoszona pora spania i obsługa rozłożyła nasze miejsca do siedzenia a na nich pościel. Tajowie z dolnych siedzeń położyli się spać, a my nie mając gdzie siedzieć poszliśmy za ich przykładem... Karolina poczytała jeszcze Krzysiowi kilka rozdziałów dr Dolittle przed zaśnięciem ;-)    

Widok na Bagkok ze Złotej Góry Pałac Królewski w Ratanakosin
Pałac Vimanmek Na dworcu w Bangkoku

1.11.04 Chiang Mai

Około 6 rano wysiedliśmy na dworcu w Chiang Mai. Wyspałem się całkiem nieźle biorąc pod uwagę fakt, że na wąskiej leżance spałem wspólnie z Krzysiem. Za 100 bht wzięliśmy taksówkę z dworca i podjechaliśmy do polecanego w internecie guesthousu Libra. Mieli wolne miejsca, więc wzięliśmy dwie dwójki z łazienkami po 200 bht od pokoju. Śniadanko zjedliśmy na świeżym powietrzu w hotelowym ogrodzie. Śniadanie amerykańskie - 2 tosty, 2 jajka, zestaw owoców i napój kosztowało 50 bht. Ja jadłem naleśniki, a Marcin owsiankę również w podobnej cenie. Załatwiliśmy formalności meldunkowe i zarezerwowaliśmy trekking na jutro za 700 bht od osoby.
Cały dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie miasteczka i okolic. Centrum Chiang Mai jest otoczone fosą o kształcie kwadratu, a my mieszkaliśmy w jego górnym prawym rogu. Aby dojść do zabytkowych świątyń musieliśmy zatem przespacerować się przez całe praktycznie centrum. Najpierw odwiedziliśmy najstarszą ze świątyń Wat Chiang Man. Jak wszystkie świątynie bardzo kolorowa. Obejrzeliśmy stare posążki Buddy z VI i X wieku oraz piękną kamienna czedi opartą na grzbietach całego stada kamiennych słoni. 
Drugą świątynią była Wat Chedi Luang. Jest to największa ze świątyń. Czasy świetności ma jednak za sobą. Na środku placu stoją ruiny ogromnej czedi zniszczonej przed 500 laty. Kiedyś była to świątynia, w której znajdował się Szmaragdowy Budda, ale po trzęsieniu ziemi Buddę przeniesiono do Bangkoku. Pomimo zniszczeń ruiny nadal wyglądają imponująco. Szczególnie posągi słoni i nagów przy schodach wiodących na szczyt czedi. Wszędzie wokół mnóstwo tu odzianych w pomarańcz mnichów, z którymi można pogadać po angielsku. Na pewno pogadać natomiast nie można z wyglądająca jak żywa woskowa figurą starego mnicha znajdująca się w jednej z mniejszych kaplic. 
Po drodze do trzeciej ze znanych świątyń doszliśmy przypadkowo do malutkiej, nieopisanej w ogóle w przewodniku małej, urokliwej świątyńki, gdzie oczywiście nie było żywego ducha. Do środka nie udało się niestety wejść. W końcu doszliśmy do Wat Phra Singh, której najstarsza część jest niestety właśnie remontowana. Mogliśmy natomiast poleżeć na dywanach w dwóch pozostałych świątyniach, gdzie piękne ołtarze Buddy zachęcały do relaksu oczywiście ze stopami skierowanymi od Buddy. Siedzący wewnątrz mnich błogosławiący wiernych nie miał nic przeciwko fotografowaniu więc zrobiłem mu kilka zdjęć, tym bardziej, że był wybitnym przykładem mnich "suchara". 

Wat Chedi Luang Popularny środek transportu w Tajlandii
Mnisi w Wat Phra That Doi Suthep Songthaewy na ulicach Chiang Mai


Chcieliśmy dojść do przystanku autobusów odjeżdżających do Doi Suthep, ale zaraz po wyjściu z kompleksu świątynnego dorwał nas kierowca songthaewa i dogadaliśmy się na przejazd do góry oddalonej od miasta około 10 km i z powrotem za 340 bht. Czerwony samochodzik dość sprawnie wspiął się po krętej drodze wybudowanej jeszcze przed II wojną światową w ramach czynu dla Buddy przez okolicznych wiernych. Na górę można wspiąć się po schodach liczących 300 stopni, albo wjechać windo - kolejką za 20 bht w obie strony. Wstęp do świątyni na szczycie góry jest płatny dla turystów - 30 bht. Warto moim zdaniem tu przyjechać. Oprócz pięknego widoku na miasto, niesamowite wrażenie robi sama świątynia Wat Phra That Doi Suthep. Czerwono - złoto - zielone zdobienia w świetle zachodzącego słońca w połączeniu z pomarańczowymi szatami mnichów zachwycić mogą każdego. Wspaniała czedi w centrum kompleksu przechowuje relikwie Buddy przyniesione przez białego słonia, który po dotarciu na miejsce wyzionął ducha. Jego pomnik stoi na dolnym tarasie. Marcin z Krzysiem wyrzucali sobie pałeczki wróżby, korzystając z tego że były one przetłumaczone na język angielski. 
Wracając zajrzeliśmy jeszcze do znajdującej się u podnóża świątyni fabryki kamieni szlachetnych. Najpierw w klimatyzowanej sali obejrzeliśmy film o jadeitach i obróbce tych kamieni, a potem zaprowadzono nas do hali produkcyjnej gdzie widzieliśmy jak z wyrysowanych na kamieniach wzorów powstają przy pomocy diamentowych szlifierek piękne figurki. W końcu trafiliśmy do sali sprzedaży, gdzie było w czym wybierać, wśród pięknej biżuterii i różnych figurek. Ceny jednak jak na nasze kieszenie nie były zbyt zachęcające do robienia zakupów. Mała figurka słonika kosztowała 1000 bht. 
Wróciliśmy naszym songthaeewem do centrum i udaliśmy się na targ, który nas dość mocno rozczarował. Próbowaliśmy znaleźć moskitiery, ale nie udało się kupić odpowiednich, a za bardzo spędzać tu całego wieczora nie mieliśmy zamiaru. 
Obiadokolację zjedliśmy w pobliskiej knajpce na rogu z przebojami Franka Sinatry w tle. Kurczak z ryżem, szejkiem i colą kosztował 80 bht. Marcin poszedł jeszcze na masaże, a potem pograliśmy wieczorem w kości.   

Rzeźba mnicha w Wat Chedi Luang Posągi Buddy w Wat Phra That Doi Suthep W fabryce jadeitów

 

2.11.04 okolice Chiang Mai - trekking

O 8.30 po śniadanku siedzieliśmy już w busie wiozącym nas na całodzienny trekking. Oprócz naszej grupki jechała jeszcze parka Szwedów i dwie Azjatki, które jak się okazało uczyły się przewodnictwa. Najpierw jednak będą się musiały poduczyć trochę angielskiego. Na szczęście właściwy przewodnik dogadywał się z nami całkiem nieźle. 
Pierwszym punktem programu była przejażdżka na słoniach. Po około godzinnej jeździe mikrobusem dojechaliśmy do farmy słoni. Po drodze mijaliśmy roślinność nieco dla naszej ekipy egzotyczną - bananowce, palmy i sporo innych drzew całkiem mi obcych. Busa zaparkowaliśmy przy drodze. Od razu po poczęstowaniu słoni kiścią bananów za 20 bht w celu ich ułaskawienia wsiedliśmy na grzbiety tych ogromnych zwierząt, a raczej na znajdujące się na tych grzbietach ławeczki przy pomocy specjalnego pomostu. Ja z Marcinem i Krzysiem na jednego, a dziewczyny na drugiego. Kierowca każdego słonia siedział na okrakiem na szyi zwierzęcia, a czasem nawet na jego głowie. Najpierw przejechaliśmy po gęstym lasku bambusowym, przedzierając się dość wąskimi ścieżkami. Słonie całą drogę próbowały obgryzać drzewa bambusowe. Słoń niosący dziewczyny nie wiadomo czemu od czasu do czasu próbował przyklękać,. W połowie drogi dotarliśmy do do chałupek na bambusowych nóżkach, gdzie można było kupić napoje i trzeba było kupić banany i trzcinę cukrowa dla słoni. Jak bardzo zwierzątka domagały się smakołyków najlepiej wie Karolina, której słoń w poszukiwaniu owoców wpychał trąbę wszędzie, no może prawie wszędzie, przy okazji smarując śliną od stóp do głowy. W końcu jednak poszliśmy dalej i po krótkiej przechadzce po tropikalnym lesie dotarliśmy do rzeki. Tu słonie zaspokoiły swoje pragnienie i wróciliśmy do punktu wyjścia. Nie była to może nie wiadomo eskapada, ale myślę, że nie tylko Krzyś miał frajdę z tej przejażdżki trwającej około godzinki. Obejrzeliśmy jeszcze małe słoniki chowające się za swoimi mamusiami i pojechaliśmy dalej do wioski plemienia górskiego Karenów. Pomimo, ze jest to typowa atrakcja turystyczna przyszykowana specjalnie na wizyty podjeżdżających co jakiś czasu minibusów, robi dość ciekawe wrażenie. Ubrane w lokalne stroje kobiety sprzedają ręcznie robione szale, siedząc przed swoimi chatami. Można nawet obejrzeć jak te szale są robione na prymitywnych krosnach. Po krótkim targowaniu kupiłem taki jeden szal dla Oli za 120 bht. Pomiędzy kobietami biegają umorusane, ale kolorowo ubrane dzieciaki oraz domowe zwierzęta. Obeszliśmy całą wioskę fotografując domki stojące na bambusowych palach. Domki były zelektryfikowane, a dość śmiesznie wyglądały anteny telewizyjne przy takich chałupkach. 
Pojechaliśmy następnie w kierunku wodospadu, który był jedną z atrakcji trekkingu. Spodziewałem się wprawdzie czegoś więcej, ale nie wyglądało to aż tak kiepsko. O dziwo nikt się nie kąpał w nie najczystszej wodzie pod wodospadem. My jednak po to przyjechaliśmy. Krzyś, Olga i ja wskoczyliśmy pierwsi, a Marcin i Karolina poszli za naszym przykładem. Nurt był bardzo szybki i z powodu moich kiepskich umiejętności pływackich nie potrafiłem dopłynąć pod sam wodospad. Przy okazji musiałem sporo uważać na Krzysia by rzeka go nie porwała ;). 

W czasie trekkingu w okolicach Chiang Mai Na słoniowej wycieczce
Kobiety z plemienia Karenów Krzyś uwielbia kąpiele


Ochłodzeni kąpielą wybraliśmy się na wycieczkę po dżungli do kolejnej wioski. Nie było to może przedzieranie się przez całkiem dziewiczy las, a raczej spacer po ścieżce wśród egzotycznej przyrody. Dla mnie było to jednak ciekawe doświadczenie. Po 20-30 minutach doszliśmy do wioski plemienia Hmong bodajże ;). Tu już typowo turystycznie. Chałupy była chyba nawet nie zamieszkałe, a tubylcy stali z straganami sprzedając pamiątki. Oczywiście ślicznych dzieciaków nie brakowało. Można było nawet postrzelać z kuszy do tarczy, ale za bardzo chętnych nie było. 
Dalej busy zabrały nas do przydrożnej knajpki na obiad - sadzone jajka z ryżem, a na deser arbuz i ananas.  
Ostatnim punktem programu był spływ na bambusowych tratwach. Bardzo rozważnie przebraliśmy się w stroje kąpielowe a wszystkie bagaże zostawiliśmy w samochodzie. Aparaty niestety także. Na pierwszej tratwie usiadły ciocie z Krzysiem i oprócz prowadzącego Taja ja, jako flisak rufowy ;). Na drugiej tratwie flisakiem został Marcin, a za pasażerów miał Szwedów. Osoby siedzące co jakiś czas były zalewane wodą po pas, co Krzysiowi sprawiało sporo radości. płynęło się bardzo spokojnie i bez większych emocji. Widoczki mogły się podobać. Mijaliśmy piękne drzewa, mostki nad rzeką Wang, słonie stojące przy brzegu, a nawet widzieliśmy wodnego węża przepływającego w poprzek rzeki. Nasz przewodnik zrobił nam nawet pamiątkowe fotki z brzegu przy końcowej przystani. Przed odjazdem kupiłem jeszcze dla Krzysia i dla mnie drewniane koraliki za 60 bht. 
Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na nocny bazar. Asortyment artykułów nie powalał na kolana. Może dlatego, że za bardzo sami nie wiedzieliśmy co moglibyśmy kupić ;). Poszliśmy jeszcze do sklepu sportowego, ale tam tez nie było moskitier a ceny innych artykułów były wyższe niż w Polsce. 
Kolacyjkę zjedliśmy ponownie w knajpce na rogu tym razem oglądając drugą część Shreka w wersji angielskiej. W pobliskiej kafejce internetowej ceny były niższe niż w hotelu - 25 bht za godzinę. Napisałem więc kolejną porcję wiadomości do Polski.

 

Dzieci to też atrakcja dla turystów Kobieta z plemienia Hmong - przynajmniej według przewodnika Co mnie czeka w życiu?

3.11.04 Chiang Mai - Chiang Rai - Huang Xiai

Nie za bardzo chciało się nam wstawać na bardzo wczesny bezpośredni autobus do Chiang Khong więc na spokojnie zjedliśmy śniadanko i songthaewem dojechaliśmy do dworca autobusowego. Klimatyzowany autobus do Chiang Rai kosztował 139 bht, a odjechaliśmy o 10.00. Autobus pełna kultura. Nawet filmy na video oglądaliśmy. Zdążyliśmy akurat dwa i byliśmy na miejscu. Po drodze widoczki początkowo śliczne - góry porośnięte dżunglą, ale potem już niestety monotonne pola uprawne. W Chiang Rai prawie od razu złapaliśmy przesiadkę do Chiang Khong. Bilety 42 bht, ale standard znacznie niższy. Ważne, że dojechał po dwóch godzinkach bez żadnych problemów. Byliśmy przy granicy około 16.00. Trzeba było się pospieszyć, by zdążyć przed zamknięciem granicy po stronie laotańskiej. A od przystanku autobusu do przejścia granicznego na Mekongu jeszcze dobre 3 kilometry. Początkowo wygoniliśmy tuk-tukowców za 50 bht, ale potem stwierdziliśmy z Olgą i Krzysiem, że może lepiej podjechać. Na szczęście szybko złapaliśmy mniej chciwego "taksiarza" i pojechaliśmy tuk-tukiem za 20 bht. Karolina z Marcinem jak prawdziwi turyści doszli pieszo. Wysiedliśmy obok wielkiej drewnianej bramy z napisem "Gate to Indochina", przez którą przeszliśmy po błyskawicznej odprawie. Krzyś tak spodobał się pogranicznikowi, że nawet dostał jabłko w prezencie. Opuściliśmy Tajlandię przeprawiając się przez Mekong motorową łódką, których sporo czeka przy brzegach. Cena przeprawy 20 bht od osoby. Kolejnych kilka dni mieliśmy spędzić w Laosie, ale do Tajlandii musieliśmy jeszcze wrócić. W końcu nasze wizy były dwukrotne ;-)

 

Nocleg w Ban Tako Prasat Hin Khao Phanom Rung
Tajskie nenufary ? ;-) Prasat Muang Tham

10.11.04 Vientiane - Khorat - Ban Tako

Wypełniliśmy po przejechaniu Mostu Przyjaźni deklarację wjazdową i powitano nas ponownie w Tajlandii. Darmowy bus podwiózł nas do terminalu autobusowego. Ale do dworca autobusów dalekobieżnych musieliśmy jeszcze dojechać tuk-tukiem za 20 bht od głowy. Tu od razu złapaliśmy autobus do Khorat i opuściliśmy Nong Khai dość szybko widząc zaledwie dworzec miasteczka. Bilet kosztuje 159 bht. Podróż miała trwać ale trochę się przeciągnęła i wyjeżdżając o 9 rano na miejscu byliśmy około 15.00. Krajobrazy równinnego Issanu wypadały mało ciekawie, szczególnie w porównaniu z Laosem. Po dojechaniu na miejsce musieliśmy wymienić pieniążki, ponieważ tajska waluta się skończyła. Nie było to wcale takie łatwe. Marcin z Olgą pojechali do centrum miasta, ponieważ na dworcu możliwości wymiany pieniędzy nie było. Siedzieliśmy z Karoliną i Krzysiem na dworcu pilnując bagaży, gdy dosiadł się do nas pomarańczowo odziany mnich. Posiedział chwilę, po czym zostawił swój bagaż i oddalił się na dłuższą chwilę. Musieliśmy wyglądać wiarygodnie. Kiedy wrócił wciąż raczej milcząc w dowód wdzięczności podarował nam piękne pomarańczowe bransoletki, po sztuce dla każdego. Oczywiście Karolinie musiałem podać ja, bo mnisi za bardzo z kobietami się nie spoufalają ;). Dał nam prezenty, zabrał bagaż i tyle go widzieliśmy.
Po godzince wróciła reszta ekipy z gotówką na kilka dni wczasów. Mogliśmy ruszać w kierunku ruin khmerskich. Kupiliśmy bilety za 45 bht do Ban Tako i pojechaliśmy. Z powodu korków w Khorat podróż zamiast planowanych 2 godzin trwała 3 i zostaliśmy wysadzeni gdzieś w ciemności około 21.00 na środku skrzyżowania. Pan kierowca powiedział, że to tu chcieliśmy dojechać, a nie mieliśmy powodu by mu nie wierzyć. Koleś w pomarańczowej funkcyjnej kamizelce na skrzyżowaniu nie za bardzo rozmawiał po angielsku i tylko pokazywał ręką w którym kierunku do Phanom Rung. Na szczęście kilka kroków dalej znalazł się ktoś mówiący już w języku turystycznym i wyjaśnił nam co i jak. Otóż za 100 bht załatwił nam pick-upa do hoteliku przy drodze do ruin, które chcieliśmy zwiedzić nazajutrz. Wysiedliśmy obok "osiedla" domków grzybków. Wyposażone były w łóżko, klimatyzację, TV i łazienkę. Po licznych serduszkach w mozaikach i romantycznym wystroju knajpki można było domyślać się głównego przeznaczenia domków ;). My jednak za 300 bht za domek postanowiliśmy się tu nieźle wyspać. Ugościliśmy się w knajpce, dyskutując z szefem instytucji, który zaproponował nam organizację transportu na jutrzejszy dzień. Po długich targach umówiliśmy się na 500 bht za wycieczkę do obu kompleksów ruin.    

Wat Ratburana Głowa Buddy w Wat Phra Mahathat Wat Phu Khao Thong

11.11.04 Phnom Rung - Muang Tham - Ajuttia

Umówiony kierowca przyjechał znacznie wcześniej niż miał i musiał chwilę poczekać. Kierowca był o 7, a ruiny można było zwiedzać dopiero od 8. Nie było się zatem aż tak bardzo gdzie spieszyć. Olga zmęczona wczorajszą podróżą postanowiła tego ranka poleniuchować, ale reszta wycieczki zapakowała się na pick-upa i pojechaliśmy w kierunku wulkanicznego wzgórza, na szczycie którego zlokalizowane są ruiny khmerskiej świątyni Prasat Hin Khao Phanom Rung. Po zapłaceniu 50 bht ruszyliśmy o poranku alejką przez park a potem po schodach na górę. Świątynia pochodzi z X-XIII wieku ale dopiero w 1988 roku zakończono tu prace renowacyjne, dzięki którym można podziwiać kunszt architektury Khmerów. Większość tych świątyni była budowana podobnie z wielką dbałością o symetrię. Największe wrażenie robi centralny prang pokryty licznymi płaskorzeźbami, ale cały zwarty kompleks świątynny wart jest odwiedzin. My zwiedzaliśmy go w towarzystwie pięciu mnichów buddyjskich, co dodatkowo wzmagało historyczny nastrój. Przy wejściu do kompleksu można na straganach zakupić pamiątki.
Odwiedziliśmy także drugi kompleks świątynny - Prasat Muang Tham. Leży on u podnóża wzgórza, mniej więcej 8 kilometrów od Phanom Rung. Bilet wstępu kosztuje 40 bht, a świątynia prezentuje się równie ciekawe jak jej bardziej popularna sąsiadka. Nie ma tu wprawdzie centralnego prangu, ale ruiny i otaczające je parki z pięknymi kwiatami na powierzchni stawów również pozwalają na wycieczkę w przeszłość o prawie 1000 lat. Dzieciaki ze szkoły przychodzą tu na lekcje rysunków w plenerze. 
Zaraz obok zjedliśmy na śniadanie pyszną zupkę z cienkim makaronem i kurczakiem za 20 bht. I wróciliśmy do naszego ośrodka z domkami Flinstonów około 11. Dogadaliśmy się z kierowcą i po dopłaceniu 100 bht zawiózł nas do Nong Rang na dworzec autobusowy. Za 200 bht złapaliśmy błyskawicznie autobus do Ajuttii. W cenie biletu woda, jogurtowy napój i bułka. Niestety zamiast klimatyzacji tylko nawiewy. Około 16 wysadzono nas przy drodze i usłyszeliśmy, że Ajuttia to właśnie tu. Ledwo zdążyliśmy wysiąść, gdy w ogóle nie proszona o pomoc Tajka powiedziała nam, że musimy wsiąść do podjeżdżającego właśnie autobusu by dojechać do Ajuttii. Ciekawe skąd wiedziała, że właśnie tam jedziemy? Do miasta było około 40km, a bilet kosztował 10 bht. Autobus wiózł głównie szkolną młodzież, a głośników dość głośno rozlegała się nowoczesna, tajska muzyka. Wysiadłszy w samym centrum poszliśmy do polecanego w internecie guesthosu Lotos. Był ciekawie położonym w ogrodzie domem w tajskim stylu prowadzonym przez bardzo miłą rodzinę. Cena za pokój z wiatrakiem 300 bht. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy obejrzeć miasto wieczorem. Ajuttia była od XIV wieku przez 400 lat stolicą królestwa Tajów. A z czasów jej świetności zostały niestety głównie niezliczone wprost ruiny świątyń z bardzo różnych okresów historii. Przeszliśmy obok Wat Phra Mahathat i Wat Ratburana, które na razie obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Dalej przeszliśmy przez spokojny park z licznymi jeziorkami i mostami. W jednym z nich pływał sobie wąż. W końcu zawróciliśmy i po bardzo długim spacerze po wielkim moście doszliśmy do dworca kolejowego. Tu zakupiliśmy bilety na jutrzejszy pociąg relacji Bangkok - Surat Thani. Nie było juz biletów na miejsca leżące ( 408 bht ), więc kupiliśmy siedzące ale za to z klimatyzacja za 450 bht. Niestety za Krzysia tez musiałem zapłacić - 380 bht. Bilet na pociąg relacji Ajutti - Bangkok kupuje się przed samym odjazdem za 15 bht, a pociągów tych jest całkiem sporo. Z powrotem do centrum nie szliśmy już przez most, a popłynęliśmy promem za 2 bht. Odwiedziłem krótko internet, bo tęskniłem za wieściami z Polski coraz bardziej - 10 bht za pół godziny. Potem spotkaliśmy się wszyscy w Lotosie by uczcić imieniny Marcina laotańskim koniakiem i piwkiem. Usiedliśmy na tarasie i pot lał się z nas strumieniami. To chyba najgorętszy wieczór na tej wycieczce. Dobrze, że ogromne wiatraki u sufitu w pokojach dawały wrażenie chłodu.    

Wat Phra Sin Sanphet Dla wielu turystów przejażdżka słoniem w centrum miasta jest wielka atrakcją
Leżacy Budda w parku w Ajuttii Ajuttia

12.11.04 Ajuttia - Bangkok

W Polsce trwał długi weekend, a my nawet nie mieliśmy poczucia mijających dni tygodnia. Trudno tu odróżnić dni świąteczne od powszednich. Postanowiliśmy zwiedzić miasteczko na rowerach. Za 50 bht wypożyczyliśmy je od gospodyni. Były nieco gorszej jakości niż te w Luang Prabang, a przede wszystkim nie miały miękkiego siedzenia dla dzieciaka z tyłu. Musiałem Krzysiowi zrobić miękko pod pośladkami przy pomocy reklamówki wypchanej ubraniami. Również ich wielkość nie była za bardzo dostosowana do wzrostu przeciętnego europejskiego turysty.
Najpierw dojechaliśmy do Wat Ratburana - wstęp 30 bht. Wspięliśmy się na przepiękny prang zdobiony rzeźbami ptaków. Zaraz obok poszliśmy do Wat Phra Mahathat, który jest dużo większym kompleksem, a wstęp kosztuje tyle samo. Główną atrakcją przyciągającą tu licznych turystów jest obrośnięta konarami drzewa głowa Buddy. Co ciekawe podobnie jak w przypadku innych posągów Buddy w czasie wykonywania zdjęć strażnik pilnował by głowa fotografowanego była niżej niż głowa Buddy. Jedynie Krzyś nie musiał kucać ;) Obeszliśmy cały teren rozległych ruin i pojechaliśmy do dzielnicy z targiem, gdzie zlokalizowane są banki i gdzie mogliśmy przegrać fotki z karty na płytę. Za 100 bht po pół godzinie miałem 500 MB ponownie do dyspozycji.  
Czekając na Karolinę i Marcina przytrafił mi się wypadek, jak się później okazało dość brzemienny w skutkach. Przechodząc chodnikiem nie zauważyłem, że druty w kracie kanalizacyjnej są powyginane i w jedna ze szczelin zmieściła się akurat moja stopa, aż do wysokości kostki, w którą bardzo boleśnie się uderzyłem. Kostka zaczęła dość szybko puchnąc, a większość Tajów, która to widziała skwitowało całą sytuację śmiechem, ale jak już wcześniej się dowiedziałem to całkiem tu normalne. Mimo bólu ruszyliśmy dalej rowerami zwiedzać miasteczko. Dojechaliśmy do Viharn Phra Mongkol Bopit. Jest to świątynia przyciągająca nie tylko turystów ale także licznych pielgrzymów, którzy przyjeżdżają tu oddać hołd ogromnemu posągowi Buddy. Został on obudowany świątynią w 1956 roku przez Birmańczyków, jako zadośćuczynienie za zniszczenia starej świątyni 200 lat wcześniej. Obejrzeliśmy także znajdujące się tuż obok ruiny Wat Phra Sin Sanphet z XV wieku, którego trzy wspaniałe czedi są prawie symbolem Ajuttii. Wracając do rowerów spotkaliśmy Olgę zwiedzającą miasteczko pieszo i przy pomocy tuk-tuków. Można tez wybrać się na przejażdżkę słoniem, których sporo czeka na turystów obok świątyń. Nasze plany rowerowo - turystyczne były bardzo rozbudowane. Przejechaliśmy zatem przez śliczny park obok ogromnego posągu leżącego Buddy, który akurat był odziewany w żółte szaty i przez most udaliśmy się na północ by obejrzeć pięćdziesięciometrową czedi Wat Phu Khao Thong. Widać ją już z daleka ponieważ wznosi się wśród pól ryżowych, a jej oryginalność wynika z bieli ścian. Zostawiwszy rowery u stóp czedi wspięliśmy się po schodach na taras znajdujący się na wysokości 25 metrów by podziwiać widoki na okolicę. Podobno są ciekawsze w porze deszczowej, gdy wokół pełno zieleni pól ryżowych. Dość ciekawie wyglądała jednak pobliska świątynia wśród drzew. Nie dość, że kostka puchła nadal, dodatkową przygodę zafundowała nam Karolina zgubiwszy klucze do kłódki, przy pomocy której mieliśmy zapięte rowery. Pomimo intensywnych poszukiwań klucze się nie znalazły. Marcin był na szczęście tak sprytny, że otworzył zamek przy pomocy swojego klucza. Postanowiliśmy objechać całą wyspę dookoła,  widząc na mapce otrzymanej w hoteliku mnóstwo zabytków również poza fosą otaczającą centrum miasta. Jadąc wzdłuż fosy spotkaliśmy małego, dwumetrowego krokodyla zajadającego resztki zdechłego psa. Chyba bardziej on się wystraszył nas niż my jego, ponieważ bardzo szybko uciekł do wody. Zatrzymaliśmy się obok kolejnej pięknej świątyni, ale po względnie obiektywnej ocenie wypełnionego płynem balonu wokół mojej kostki postanowiłem jednak odwiedzić szpital. Karolina z Marcinem zostali więc zwiedzać, a ja z Krzysiem na bagażniku pojechaliśmy w kierunku szpitala. Po drodze podziwialiśmy mnóstwo barwnych, zabytkowych budowli po obu stronach fosy. Myślę, że byłoby co tu zwiedzać przez kilka dni. W końcu dotarliśmy do szpitala, gdzie pokuśtykałem na izbę przyjęć. Była to sala pełna ludzi - zarówno chorych, jak i personelu. W jednym pomieszczeniu mieściła się tu zarówno rejestracja jak i sala zabiegowa. Na jednym łóżku właśni kogoś szyto, na kolejnym leżała cierpiąca położnica, na jeszcze innym spokojnie płynęła do żyły chorego kroplówka. Lekarz niestety kiepsko mówił po angielsku, ale przy pomocy jednej z rejestratorek powoli się dogadaliśmy. Z paszportu spisano moje dane i dostałem identyfikator. Krzyś został pod opieką pielęgniarek zajęty grą na komórce, a ja na wózku pojechałem do pracowni RTG. W międzyczasie dowiedziałem się, że tu płaci się gotówką, a bezgotówkowe leczenie przy wykorzystaniu ubezpieczenia jest możliwe tylko w prywatnych klinikach. Na szczęście okazało się, że kości mam całe a krwiak jest tylko wynikiem silnego stłuczenia. Gdy lekarz dowiedział się, że też jestem lekarzem oznajmił to natychmiast wszystkim pracownikom izby przyjęć i zostałem przywitany radosnymi okrzykami. Co ważniejsze dowiedziałem się, że jako służba zdrowia nie będę płacił ani za poradę lekarską, ani za prześwietlenie, ani nawet za leki przeciwbólowe, których dostałem ze dwie garści. Na koniec miła pielęgniarka zrobiła mi fachowy opatrunek usztywniający staw skokowy i pożegnałem się z przemiłymi pracownikami szpitala w Ajuttii. 
Z chodzeniem miałem problemy, ale jeździć na rowerze mogłem. Podjechaliśmy zatem do ruin Phom Phet. Bardzo urokliwe miejsce z widokiem na rzekę i przystań promów, które są bardzo ważnym elementem miejskiej komunikacji. 
Na obiadek zjedliśmy kurczaka z ryżem, a Krzyś stwierdził, że najbardziej to lubi ze mną jeździć na wycieczki, bo w odróżnieniu od domu tu pozwalam mu popijać coca-colę ;) 
Wieczorkiem dojechaliśmy na dworzec tuk-tukiem za 40 bht i sam nie wiem jak się do niego wszyscy zmieściliśmy. Zjedliśmy naleśniki i po zakupie biletów po 15 bht dwie godzinki spędziliśmy w pociągu do Bangkoku. Na znanym już dworcu kolejowym rozłożyliśmy się na podłodze w poczekalni, gdzie przyszło nam oglądać na wielkim ekranie walki wrestlingu. Krzyś był zachwycony, ale ja cieszyłem się, że na pociąg nie musieliśmy czekać specjalnie długo. Wagony przypominały bardziej samolot niż kolej z wszystkimi siedzeniami skierowanymi w jednym kierunku. Dostaliśmy drobny posiłek i kocyki. Rozłożywszy siedzenia smacznie zasnęliśmy, korzystając z przyjemnego chłodu. 

Dzieci wszędzie są piękne Czego to sie nie robi dla turystów... Na plaży Na Koh Lanta

13.11.04 Bangkok - Surat Thani - Krabi - Koh Lanta Yai

Pociąg do Surat Thani dojechał punktualnie i zaraz na dworcu dorwała nas kobieta z tabliczką Krabi - Koh Lanta. Nie chciało się nam szukać i wykupiliśmy u niej kompleksowy transport na samą wyspę za 360 bht. Pierwszy etap to przejazd do centrum Surat Thani, gdzie w biurze turystycznym musieliśmy chwilę poczekać. Potem dużym autobusem zawieziono nas do Krabi. Trwało to niespodziewanie długo i na miejscu byliśmy dopiero około południa. Tu znów czekaliśmy około godzinki i zamiast, jak się spodziewaliśmy dalszej podróży droga wodną, okazało się, że do końca pojedziemy minibusem. W międzyczasie przeszła nad nami krótka ulewa, co po kilkunastu dniach suszy było dla nas małym zaskoczeniem. Gdy oczekiwaliśmy na busa próbowano wcisnąć nam nocleg na Koh Lancie, ale chcieliśmy najpierw tam dojechać. Okazało się, że pasażerów do busa jest więcej niż miejsc, nie licząc dodatkowo dzieciaków. Pechowo trafiło na Karolinę, która musiała siedzieć całą drogę na gorącym silniku. Nie było jej za wygodnie, ale na pewno było jej ciepło...
Dojechaliśmy do przeprawy promowej i dość szybko dostaliśmy się na północną wyspę. Ale naszym celem, była wyspa południowa. Po bezdrożach dotarliśmy zatem do kolejnej przeprawy promowej i po krótkim czasie siedzieliśmy w biurze turystycznym na początku południowej wyspy Koh Lanta. Tak marudnych turystów miła Tajka już chyba dawno nie miała. Dzwoniła do mnóstwa ośrodków i albo nie mieli miejsc, albo nam nie odpowiadały. Mówiąc szczerze to sami nie za bardzo wiedzieliśmy czego chcemy. Wiedzieliśmy na pewno, że w planach jest spędzenie tu kilku dni, więc wszystko musi pasować - domki, plaża no i przede wszystkim cena. W końcu dogadaliśmy się, że zostajemy w Marry Beach Resort przy plaży Khlong Dao. Błyskawicznie podjechał po nas pick-up i zawiózł nas do małych domków wśród palm. Nie było klimatyzacji, ale wiatrak w zupełności wystarczał. Domki bardzo schludne, a plaża blisko i w dodatku piękna i piaszczysta. Poszliśmy zaraz na plażę na zachód słońca i oczywiście by wykąpać się w Morzu Andamańskim. Zachód trochę nam uciekł, ale było na tyle widno, że plany kąpielowe udało się uskutecznić. Słońce zachodzi tu dość wcześnie. Dziś zaszło około 17.30. W zamian za to dzień i noc są prawie równe przez cały rok. Oto plusy i minusy mieszkania w pobliżu równika. Kolację zjedliśmy w knajpie hotelowej. Ośrodek jest prowadzony przez dwóch chłopaków - przedstawili się jako Mister Noi i Mister Ju. Nieźle mówią po angielsku i mają duże poczucie humoru. Szefową jest jednak starsza Tajka, bodajże ich matka, a pomagają w tym wszystkim dwie młode dziewczyny. Ceny na wyspie niestety trochę wyższe niż na północy Tajlandii. Za pyszne krewetki z ryżem trzeba zapłacić 65 bht. Polecić można na pewno również wyborne banana shake. Z pełnymi żołądkami poszliśmy jeszcze na plażę. Krzyś z Marcinem zostali przy żonglującym ogniem Taju, a ja wybrałem się na krótki spacer plażą. Może nie tak długi jak dziewczyn, bo tęsknota zaciągnęła mnie znów do internetu. Dużo tu drożej niż na lądzie.  

Marry Beach Resort - "nasze" domki Salon masażu przy plaży
Na plaży Khlong Dao Zachodzące słońce i odływy na plaży to wdzięczny motyw do fotografowania

14.11.04 Koh Lanta

Męczący dzień się zapowiadał - przynajmniej jak dla mnie. W planach cały dzień plażowanie. Choć wczoraj niebo było mocno zachmurzone, dziś od rana pięknie świeciło słońce. Zjedliśmy pyszne śniadanko - naleśniki z bananem i owsiankę z owocami - po 50 bht i zalegliśmy na plaży. Wbrew naszym obawom plaża prawie pusta. Ciekawe gdzie się podziewają ci wszyscy turyści, skoro wczoraj nigdzie nie było wolnych miejsc w ośrodkach?
Na słońcu trudno było wytrzymać, więc większość czasu spędzaliśmy w morzu, gdzie woda miała temperaturę około 30 stopni. Za bardzo nas nie chłodziła, ale było bardzo przyjemnie. Siedzieliśmy na leżakach z plażowej knajpki, ale nikt nie miał o to do nas żadnych pretensji. Większość i tak była pusta. Jeszcze ewidentnie tu przed sezonem. 
Marcin wybrał się do miasta wypożyczyć płetwy i kiedy wrócił wybraliśmy się na pieszą wycieczkę w kierunku południowym by zobaczyć jak wygląda druga plaża na wyspie - Long Beach. Jak się okazało plaże podobne do siebie. Może faktycznie ta była dłuższa i więcej tu palm ( druga jej nazwa to Palm Beach ). Ale najważniejszą różnicą jest dość szybkie obniżanie się dna morskiego. Co z jednej strony ułatwia pływanie, ale z drugiej powoduje, że zachody słońca w czasie odpływów nie są tak malownicze. O dziwo znów nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Usiedliśmy zatem w pobliskiej knajpce potraktowani przez właścicieli jako rodzina - ja, Olga i Krzyś. Karolina spacerowała, a Marcin nurkował. Wytłumaczono nam, że o tej porze roku prawie codziennie około 15 przychodzi krótka ulewa i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ulewa trwała faktycznie krótka, ale była na tyle silna, że wiatr przewrócił pływający wzdłuż plaży katamaran. Jedzenie jak zwykle było wyśmienite. Wracaliśmy na Khlong Dao nie drogą, ale przez skałki i las, co po deszczyku wcale nie było takie proste. Na szczęście w najtrudniejszych miejsc zamontowano sznurek. Na końcu plaży wyszliśmy na port łódek rybackich. Z powodu odpływu łódki stały na plaży i w połączeniu z brudami z sieci nie wyglądało to zbyt ciekawie. Na szczęście kawałek dalej mogliśmy podziwiać zachodzące słońce i mokrą plażę, które tworzyły bajkowy krajobraz. Wszystko było tak romantyczne, że po raz kolejny na tych wakacjach żałowałem, że nie ma z nami Oli... 
Wieczorem zjedliśmy kolejne pyszne dania kuchni tajskiej w naszej knajpce, a potem wypiliśmy drinka na plaży. Wydawało się, że dzień minął błyskawicznie i za dużo się nie wydarzyło, ale nasze ciała miały na ten temat inne zdanie. Odrobinę wszyscy przesadzili ze słońcem i skóra przyjęła barwę czerwoną. Trzeba będzie oszczędzać się przez kolejne dni.

Wypoczynek Plażowa knajpka
Kiełbaski za 5 bht Spacery o zachodzie słońca

15.11.04 Koh Lanta

Odpowiednio do naszych planów i stanu skóry, niebo od samego rana było zachmurzone. Postanowiliśmy wybrać się na skuterową wycieczkę po wyspie, a że dziewczyny wolały leniuchować miała to być męska wyprawa. Wynajęliśmy zatem motorki po 250 bht na 24 godziny i trochę to trwało zanim nauczyliśmy się jeździć. Nie pamiętam już kiedy ostatnio jechałem silnikowym jednośladem. Na szczęście skrzynia biegów była półautomatyczna i po krótkim czasie pędziliśmy na południe wyspy bez większych problemów. Zatankowałem paliwo - 30 bht za litr na stacji benzynowej bardziej przypominającej saturator z czasów mojego dzieciństwa i postanowiliśmy przejechać na wschodnie wybrzeże wyspy i tam dotrzeć do jej południowych krańców. Mijaliśmy dziwne chatki po drodze i przepiękne widoczki na morze po dzikiej stronie wyspy. Nie ma tu plaż, więc nie ma tez ośrodków dla turystów. Na końcu drogi była szkoła, taka z rodzaju tych "na końcu świata" w środku dżungli. Dzieciaki miały przerwę i grały w piłkę, ale nawet tu jak w całej Tajlandii wszystkie ubrane w identyczne mundurki. Dojechaliśmy do małego ośrodka turystycznego, który był jednak w przedsezonowym remoncie i postanowiliśmy wracać wzdłuż morza na północ. Krajobrazy trochę psuło zachmurzone niebo, ale i tak były dla mnie wystarczająco egzotyczne. Wjechaliśmy do Lanta Town, gdzie znajduje się szpital, posterunek policji i poczta. Odwiedziliśmy pocztę kupując kartki do Polski od razu je wysyłając - znaczek kosztuje 15 bht. Wróciliśmy z powrotem do punktu widokowego, gdzie zaczyna się droga przecinająca wyspę i tu Krzyś stwierdził, że należy cos zjeść. Tradycyjnie zjadł kurczaka z ryżem, a my spoglądaliśmy z niepokojem w niebo nad ślicznym morzem, ponieważ chmury nie zwiastowały nic dobrego. Na szczęście pogoda wytrzymała do wieczora. Jadąc w poprzek wyspy odbiliśmy do jaskini Mai Kaeo. Stało tu dużo motorków, ale okazało się, że samodzielne zwiedzanie jest niemożliwe. Zwiedzanie z przewodnikiem trwa około 2 godzin i kosztuje 200 bht pieszo i 800 bht z dojazdem na słoniach. Nie mieliśmy za bardzo czasu i kasy na żadną z opcji i pojechaliśmy dalej. Minęliśmy wioskę Klong Toab i dość szybko niezłą droga przemieszczaliśmy się na południe. Oprócz pięknych plaż udało się nam zobaczyć wolno żyjącą małpkę, która na widok ludzi szybko uciekła do lasu. Dojechaliśmy do Bamboo Bay, końcowego przystanku naszej wyprawy na południe. Plaża jest może nie tak piękna jak na północy wyspy, ale za to bardzo mało tu ludzi a pojedynczy ośrodek turystyczny pozwala spędzić tu czas naprawdę z dala od zgiełku i niezwykle romantycznej scenerii. Spędziliśmy dłuższą chwilę na plaży pluskając się z Krzysiem w morzu, podczas gdy Marcin trochę obserwował morskie żyjątka, których według niego było tu bardzo dużo, a co ważniejsze były bardzo interesujące. Wracając nieco się pogubiliśmy. Mieliśmy spotkać się przy wiosce, z której wiedzie ścieżka do wodospadu w dżungli. Wyruszyliśmy jednak trochę wcześniej, a potem skręciliśmy jeszcze obejrzeć kolejną śliczna plażę w małej zatoczce. Marcin udał się zatem do dżungli, a ja z Krzysiem po krótkim spacerku po lesie wsiedliśmy na motor i jadąc dość szybko zdążyliśmy na zachód słońca na naszej plaży i na "happy hours" - 17-19. Jak codziennie zrobiłem kilkanaście fotek słońca nad wodą i byłem bardzo zadowolony, że mam cyfrowy aparat. Po kolacji jeszcze wybraliśmy się na zakupy do plażowych sklepików, gdzie po dłuższych targach kupiłem dwa pareo.

"Stacja benzynowa" na Koh Lanta Szkoła w dżungli
Na plaży Plaże na południu Koh Lanta są raczej bezludne

16.11.04 Koh Lanta - Koh Phi Phi - Koh Lanta

Tym razem wybraliśmy się na organizowaną wycieczkę do raju na ziemi - na niezbyt odległe wyspy Koh Phi Phi. Cała wycieczka kosztowała 600 bht ( dzieciak 200 ), a w cenie mieliśmy prom na Koh Phi Phi i z powrotem, obiad na plaży, wycieczkę łódką wokół wysp, wypożyczenie sprzętu do snorkelingu i pomoc przewodnika przy zwiedzaniu wyspy. Rejsowy prom odpływał o 8.30 a podróż trwała około godzinki. Prom był tylko osobowy i pomimo tego, że bardzo duży to pełen turystów. Płynęli nim też ludzie udający się na Phuket. Krzyś miał dziś dzień głodu więc wrąbał oprócz obfitego śniadania w hoteliku ogromnego pączka na promie. Pogoda znów dopasowała się idealnie do naszych planów i do popołudnia świeciło słońce. Organizatorzy i przewodnicy odróżniali nas po naklejkach, które dostaliśmy na początku wycieczki, a które oprócz znaku rozpoznawczego były również biletem. W naszej grupie było całkiem sporo osób, ale mieliśmy do dyspozycji dwie długie, drewniane łódki. Promy dobijają do większej Koh Phi Phi Don, gdzie zlokalizowane są wszystkie hotele i knajpki oraz agencje turystyczne. Tu grupy turystów, podobnie jak nasza, wsiadają do drewnianych łódek w opcji tańszej lub luksusowych jachtów w opcji droższej i płyną podziwiać przyrodę bezludnej Koh Phi Phi Leh lub innych okolicznych wysepek. Po krótkim rejsie obejrzeliśmy grotę Wikingów i piękne skały wznoszące się nad turkusową wodą. Potem w małej zatoczce założywszy maski podziwialiśmy różnokolorowe rybki tłumnie podpływające do chleba wrzucanego do morza przez przewodników. Praktycznie ryby można dotykać pływając wśród nich. Krzyś także miał dużo radości skacząc do morza z łodzi i pływając w wodzie, w której dno było widoczne niezależnie od głębokości. Po pół godzince zapakowali nas z powrotem do łódki i okrążywszy wyspę wpłynęliśmy do zatoki Ao Maya. Tu jedynym elementem psującym idealne miejsce na ziemi do odpoczynku było kilkanaście łódek pełnych turystów. Dobiliśmy do pięknej plaży, za wstęp na którą trzeba zapłacić 20 bht, a na której przewidziany był lunch. Jedzenia nie było za dużo i przy sporej grupce turystów wyczyściliśmy zapasy przygotowane przez organizatorów do dna. Najsmaczniejsze były owoce - arbuzy i ananasy. Po krótkim plażowaniu wypłynęliśmy na zatokę i tu również pływaliśmy wśród rybek podziwiając ich wielobarwność. Aczkolwiek lepszym miejscem była zatoczka odwiedzona przez nas na początku - może tu za dużo turystów i rybki musiały się podzielić :)
Pełni niesamowitych wrażeń wróciliśmy do portu na większej wyspie i mieliśmy jeszcze dwie godzinki czasu do powrotnego promu. Nie udało się nam nawiązać kontaktu z Szymonem i dziewczynami, którzy tu spędzali kilka dni. Postanowiliśmy się wspiąć na punkt widokowy by obejrzeć wyspę z góry. Przewodnik wskazał nam drogę po schodach pod górę, w którą trzeba było się udać. Nie było łatwo biorąc pod uwagę upał, ale udało się nawet bez większego marudzenia ze strony Krzysia wyjść dość sprawnie na najwyższy punkt wyspy. Widok stąd naprawdę niesamowity. Spotkani Kanadyjczycy, dla których Koh Phi Phi była jedną z kolejnych wysp tajskich w czasie podróży dookoła świata stwierdzili, że tak pięknego widoku jeszcze w życiu nie widzieli. Co ciekawe z tego miejsca można obejrzeć wschód słońca nad zatoką Ao Ton Sai z jednej strony wyspy, a zachód nad zatoką Ao Loh Dalum. My jednak byliśmy w czasie kiedy słońce skutecznie zapobiega uwiecznianiu pięknych widoków na fotografii świecąc prosto w obiektyw od strony przesmyku rozdzielającego zatoki. Po krótkim zwiedzaniu typowo turystycznego miasteczka wróciliśmy do portu i zapakowaliśmy na prom. Zgodnie z obietnicami w drodze powrotnej krótka, popołudniowa ulewa ochłodziła nieco gorące powietrze. Kierowca pick-upa, który miał nas odwieźć do Marry Beach Resort był bardzo zdziwiony, kiedy usłyszał, że wolimy wracać piechotą. Odwiedziliśmy markety i potem plażą po dłuższym spacerku wróciliśmy do naszego hoteliku, zjadając po drodze kiełbaski koło wesołego miasteczka.

Jaskinia Wikingów Skały Koh Phi Phi
Ko Phi Phi to idealne miejsce do snorkelingu Rejs wokół Koh Phi Phi
Widok na centrum Koh Phi Phi Don z punktu widokowego Drewniane łódki na Koh Phi Phi

17.11.04 Koh Lanta

Marcin zerwał się bardzo wcześnie by zrealizować swój plan i zdążyć na prom o 8.30. Chciał odwiedzić zatokę Ao Nang i potem urządzić sobie wycieczkę do dżungli w parku narodowym Khao Sok. Umówiliśmy się zatem za dwa dni na targu wodnym w Damnoen Saduak.
My mieliśmy w planach leniuchowanie przez półtora dnia na plaży. Trochę było to wymuszone względami zdrowotnymi, ale nikt za bardzo nie narzekał.
Skóra jeszcze do końca nam nie odpoczęła i plażowanie odbywało się cały dzień w koszulkach z krótkim rękawem. Plaża tradycyjnie pusta i mogliśmy skorzystać z parasoli przy knajpce. Krzyś oczywiście cały dzień spędził w wodzie. W jego wieku nie ma chyba lepszej atrakcji na wczasach niż plaża i kąpiel morska.
Poszedłem jeszcze wysłać kartki do znajomych, a znaleźć pocztę nie było wcale tak łatwo. Dopiero miła Tajka podwiozła mnie skuterem pod same drzwi. Jednocześnie ze mną był tam mnich i wyjaśniło się pytanie nurtujące Olgę od początku wakacji - " Co noszą mnisi pod pomarańczowym ubrankiem? "  Gdy urzędniczka nie miała mi wydać, mnich zadarł ubranko i z równie pomarańczowej kamizelki z licznymi przegródkami wyjął portfel z drobnymi.
Dzień mijał bardzo leniwie. Słońce przesuwało się powoli po nieboskłonie, a my leżeliśmy w cieniu rozmyślając już powoli o bliskich w Polsce i powrocie do kraju. Znaleźliśmy piękną muszelkę zamieszkana przez kraba i postanowiliśmy zabrać ją do Polski. Krabowi się nie spodobało i dopiero delikatna perswazja termiczna przy użyciu słońca skłoniła go do opuszczenia lokalu.
Popołudniem wybraliśmy się jeszcze na spacer na Long Beach celem konsumpcji obiadu i obejrzenia zachodu słońca na innej plaży. Ciekawszy jednak wydaje się być na "naszej" Klong Dao Beach. Tak czy owak kilkanaście fotek znów zrobiłem :)
Takie dni na plaży niby nudne, ale mijają bardzo szybko i potrafią zmęczyć. Krzyś już wykąpany i ułożony do snu stwierdził jednak, że jest głodny. Wystroił się zatem elegancko i poszliśmy na ostatnie "flaj laj łiz szlimps"
Potem jednak gdy dziewczyny jeszcze bawiły się wieczorem, my już poszliśmy spać - cóż, mało imprezowe z nas chłopaki ;) 

Krzyś miał ogromną frajdę z jazdy skuterem Nie wiem czy to aby na pewno tradycyjny strój tajski??? Mister Noi i Mister Krzyś

18.11.04 Koh Lanta - Krabi - Damnoen Saduak

Pakowanie poranne przebiegło dość szybko i mieliśmy jeszcze pół dnia plażowania. Kąpiel w ciepłym morzu nie może się znudzić i dość długo pluskaliśmy się w falach.
W międzyczasie odwiedziliśmy z Olgą kafejkę internetową. Po raz pierwszy w czasie wyjazdu ktoś był dla nas nieuprzejmy. Olga próbowała zgrać fotki na płytkę w jedynym dostępnym punkcie w okolicy już poprzedniego dnia, ale obsłudze nie udało się i gdy pojawiliśmy się tam ponownie okazało się, że płytka jest naszykowana. Zdjęcia jednak były w bardzo przypadkowej kolejności. Gdy zgrałem na pulpit obrazki z karty z takimi samymi nazwami plików i wystarczyło je tylko nagrać obsługa stwierdziła, że nie zależy im na naszych pieniądzach i nawet za 500 bht nie nagrają tej płytki... Nie zarobili zatem nic, ale my nie mieliśmy zgranych fotek.
Pożegnalny obiadek już na walizkach, ponieważ Mister Noi dosyć się spieszył. Zjedliśmy jednak pyszne orzeszki ziemne z krewetkami a Krzyś zupkę z kurczakiem.
Pick-upem zostaliśmy odwiezieni do portu i tu mieliśmy jeszcze sporo czasu. Prom do Krabi kosztował 200 bht i w przeciwieństwie do rannego nie był już tak przepełniony. Przed odpłynięciem udało się jeszcze miejscowym naganiaczom wcisnąć nam bilet na autobus do Bangkoku, ale cena 400 bht była całkiem przyzwoita, a nie musieliśmy się martwic o transport z portu na dworzec w Krabi.
Rejs był dużo przyjemniejszy niż podróż minibusem w przeciwnym kierunku. Kabina klimatyzowana, a początkowo większość pasażerów i tak była na pokładzie. Potem jednak intensywne, krótkotrwałe opady wygoniły wszystkich do kabiny. Niebo natomiast prezentowało się wspaniale. Ciemne chmury, turkusowe morze, przebijające się słońce i łopocząca na wietrze tajska flaga aż prosiły się o sesję fotograficzną. A mnie nie trzeba długo prosić :)
Z portu bez problemów, aczkolwiek w lekkim ścisku kolejnym pick-upem dowieziono nas do miejsca odjazdu autobusu. Dostaliśmy kolejne nalepki, by łatwo nas identyfikować, kto dokąd się wybiera i czekaliśmy zajadając lody. W końcu zapakowano nas do dużego, ślicznego autobusu z wymalowanymi misiami koala na karoserii. Autobus był może śliczny, ale jego sprawność pozostawiała wiele do życzenia. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się z bliżej nie ustalonych przyczyn. Nam było to na rękę, ponieważ nie chcieliśmy być zbyt wcześnie 100 km od Bangkoku, na skrzyżowaniu autostrady do Damnoen Saduak. Spora grupa pasażerów niecierpliwiła się nieco. Część z nich miała przesiadkę na pociąg w Surat Thani, a jeszcze inna na prom na Ko Samui. W końcu autobus zatrzymał się na stacji benzynowej i dowiedzieliśmy się, że dalej nie pojedzie. Po chwili przyjechał minibus, który zabrał grupę na pociąg, a potem na prom. My czekaliśmy najdłużej i z przyczyn opisanych powyżej wcale nas to nie martwiło. Doczekaliśmy się na drugi autobus i po przepakowaniu bagaży i pasażerów wyruszyliśmy w drogę na północ. Kierowca na szczęście nieźle rozumiał po angielsku i wytłumaczyliśmy mu gdzie chcemy wysiąść w środku nocy. Po drodze jeszcze w czasie postoju na posiłek spotkaliśmy Szymona z Agnieszką, którzy również jechali już do Bangkoku. Autobusowe video ciągle się zacinało i Krzyś niepocieszony zasnął smacznie jak i reszta podróżujących, a obudzeni w środku nocy wysiedliśmy na skrzyżowaniu autostrad poinformowani że to właśnie tutaj chcieliśmy wysiąść. 

W drodze do Krabi Na targu w Damnoen Saduak

19.11.04 Damnoen Saduak - Bangkok

Była 5 rano, a i tak mieliśmy szczęście, że z powodu awarii nie byliśmy tu o 3... Kierowcy tuk-tuków byli jednak na miejscu. Bez zbytniego szukania i dyskusji, ale po krótkim targowaniu się za 240 bht mieliśmy załatwiony transport do Damnoen Saduak. W zasadzie to nie tuk-tuk, a songthaew, ale dla nas co za różnica :) Ważne, że jechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w nocy wygodnie na ławeczkach próbując wypatrzyć co nieco w ciemności zadziwieni, dlaczego kierowca wozi nas po plantacjach bananowców zjeżdżając z głównej drogi i wracając na nią, ale pewnie nie chciał zajechać za wcześnie na miejsce. Po krótkich konsultacjach zwiózł nas do przystanku początkowego autobusów do Bangkoku, gdzie ładnie się uśmiechając wyprosiliśmy przechowanie bagażów na czas zwiedzania wodnego targu.  Tylko dla tego targu tu przyjechaliśmy i jest to miejsce bardzo popularne wśród turystów masowo przyjeżdżających tu z Bangkoku na jednodniowe wycieczki. Z centrum miasteczka do targu jest spory kawałek i musieliśmy dojść, ale przy wschodzącym słońcu spacerowało się całkiem miło. No może nie tak całkiem. Olga prawie została ugryziona przez niedużego pieska, ale obyło się na szczęście bez poważnych obrażeń.
Mieliśmy szczęście, że byliśmy tak wcześnie, ponieważ turystów jeszcze nie było, a miejscowi wypłynęli już na łódeczkach na kanały i wymieniali towary miedzy sobą. Zjedliśmy zupki z kurczakiem za 10 bht  kupione przy brzegu z takiej łódki i po spotkaniu Marcina wynajęliśmy sobie łódkę na godzinę za 80 bht od osoby. Można wprawdzie kanały obejrzeć spacerując wzdłuż nich, ale chcieliśmy zobaczyć jak to jest na łódce pływającej wśród innych łódek. Okazało się, że to żadna rewelacja, a godzinę spędza się na pływaniu od sklepu do sklepu zlokalizowanych przy brzegach kanałów. O dziwo udało się im nawet wcisnąć nam pamiątki - Olga kupiła maskę Buddy, a ja 6 figurek mnichów. Na prezenty będzie jak znalazł, a wytargowałem za 1/5 ceny wywoławczej. Plusem wycieczki na łódce jest możliwość zrobienia fotek z poziomu innych pływających. Kupiliśmy także z jednej łódki orzecha kokosowego, ponieważ Krzyś chciał bardzo spróbować jak smakuje, ale niestety musiałem wypić zawartość orzecha sam...
Targ ma swój koloryt. Niestety komercjalizacja i duża ilość turystów, których przybywało z minuty na minutę znacznie pogarszają odbiór tego miejsca. Przynajmniej jak dla mnie. Przed odjazdem do Bangkoku wymieniłem jeszcze pieniądze w jednym z banków. Trochę to trwało, ponieważ w pierwszym mi powiedziano, że dziś piątek i u nich nie mogę. Na szczęście kolejny był dość blisko i zdążyliśmy na autobus o 10. Odjeżdżają one do Bangkoku co pół godziny.

Damnoewn Saduak - pływający targ Do tej pory Krzyś nie wiedział, że koniki polne sa równie smaczne jak chipsy W slumsach Bangkoku


Po drodze oglądaliśmy jeszcze pola ryżowe, na których woda jest przepompowywana przy pomocy wiatraków. Pola jednak o tej porze roku prezentują się kiepsko. Trzeba tu będzie jeszcze przyjechać w porze deszczowej.
Z dworca autobusowego na Khao San Road pojechaliśmy już taksówką według wskazań taksometru. Tuk-tukowcy chcieli 100 bahtów od osoby, a my zapłaciliśmy 60 za całą taksówkę. Nie szukaliśmy za dużo i od razu poszliśmy do Kavin Place Hotel. Niestety najtańszych pokoi nie było, ale zaszaleliśmy i za 450bht od pokoju wzięliśmy dwójki z klimatyzacją. Po bardzo krótkiej toalecie wybrałem się z Karoliną i Krzysiem zwiedzić nowoczesną część miasta, a przy okazji na zakupy dla najbliższych w Polsce.
Doszliśmy do rzeki i dalej popłynęliśmy wodnym tramwajem. Za 15 bht można przemieścić się na dość duże odległości w obrębie miasta. My przepłynęliśmy z przystani nr 13 do przystani nr 1. Byliśmy już w innym Bangoku. Przejechaliśmy jeszcze kilka przystanków kolejka miejską poruszającą się w zasadzie nad miastem i byliśmy na ulicy Ramy I obok Central World Plaza - ogromnego domu towarowego. Nowoczesny Bangkok tez robi wrażenie, chociaż tak naprawdę za dużo go nie widzieliśmy. Wieżowce, domy towarowe, kolejki miejskie i przede wszystkim smog. Byliśmy chyba na wszystkich piętrach centrum handlowego zanim Karolina znalazła odpowiednią koszulkę do badmintona, a ja śliczny kubeczek z Tajlandii dla Oli. Standard sklepów bardzo nowoczesny. Dobrze, że nie spędziliśmy tu więcej czasu. Nie lubię wielkich miast i wszystkiego co z nimi związane.
Podobało mi się natomiast gdy wędrując w kierunku Khao San Road trafiliśmy całkiem niedaleko od pięknych wieżowców do slumsów, które też chyba nie za bardzo różnią się od na przykład amerykańskich. No może tym, że chyba tu bezpieczniej. Ludzie mieszkają tu w warunkach mówiąc delikatnie nieszczególnych. Na szczęście nie muszą się martwić niskimi temperaturami zimą. W slumsach znaleźliśmy wreszcie bardzo bogate w białko smażone owady. Wybór był duży, ale zdecydowaliśmy się tylko na świerszcze. Krzyś początkowo dość sceptycznie podchodził do możliwości zjedzenia niedużych owadów, ale gdy tylko spróbował zjadł całą kupioną przeze mnie porcję. W smaku koniki polne były nieco podobne do chipsów. Trzeba było tylko obrać ze skrzydełek, bo jak twierdził Krzysio, te za bardzo przyklejały się do podniebienia. Ponieważ do hotelu było dość daleko, wróciliśmy autobusem.
Na Khao San kupiłem jeszcze przedruki przewodników Lonely Planet po Kambodży i Wietnamie za około 1/4 ceny oryginałów. Jak zdrowie dopisze to wrócę tu za rok, a do wycieczek trzeba się dobrze przygotowywać.
Wieczór upłynął nam bardzo miło. Spotkaliśmy Szymona z dwiema podróżującymi z nim koleżankami i przy kiełbasce z Polski i piwku z Tajlandii chwilę posiedzieliśmy. Gdy ja z Krzysiem poszliśmy już spać, reszta ekipy pojechała jeszcze obejrzeć ping-pong shooting show. Mieli trochę kłopotów po powrocie, a szczególnie Marcin, ponieważ po kilku piwkach sen miałem bardzo mocny. Trudno wypowiadać mi się na temat sztuczek wykonywanych przez Tajki na scenie w czasie show skoro ich nie widziałem, ale jedną uwagę Marcina zapamiętałem. Tajki były urody wątpliwej, a w wieku dość dojrzałym. Ale może warto zobaczyć??? 

Owady są bardzo pożywne Kuchnia tajska
Przygotowują nam obiad Apetyty dopisywały nam w ciągu całej podróży

20.11.04 Bangkok - Moskwa - Warszawa

Ostatni dzień w Tajlandii rozpoczęliśmy z Krzysiem bardzo wcześnie. Wszyscy jeszcze spali, gdy wzięliśmy poranny prysznic i wyszliśmy obejrzeć ostatni raz poranek na ulicach Bangkoku. Oczywiście światło jak codziennie bajecznie urzekające. Po krótkim spacerku, kilku fotografiach i makaronowym śniadanku musieliśmy wracać po bagaże, ponieważ nasz bus na lotnisko odjeżdżał kilka minut po 9. Pożegnaliśmy się z Marcinem, który miał zostać dzień dłużej, ale jak się później okazało wskutek kłopotów zdrowotnych z uchem i zaleceń laryngologa zabalował w Tajlandii dłużej o dwa tygodnie. Chcieliśmy zaoszczędzić kilka bahtów. Bus w agencji na Khao San kosztował 50 bht od osoby, ale ja za bardzo nie zaoszczędziłem. Musiałem wykupić bilet dla Krzysia - oprócz kolei to jedyny przypadek, kiedy płaciłem za dzieciaka. Przejazd wyniósł mnie więc tyle samo co duży, kursowy, klimatyzowany autobus. Nie ma co jednak narzekać. O czasie byliśmy na lotnisku i po bezproblemowej odprawie i zapłaceniu podatku wylotowego 500 bht spokojnie czekaliśmy na nasz samolot. Mięliśmy szczęście ponieważ jako podróżujący z dzieckiem dostaliśmy miejsca z przodu Iła, prawie tak wygodne jak klasa bussinesowa. Potraktowali całą nasza czwórkę jak duża rodzinę. Tym razem lecieliśmy w czasie dnia i do tego na zachód. Dzień zapowiadał się zatem dość długi. Jedzenie jak i poprzednio bardzo smaczne, a Krzyś zajął się zabawkami otrzymanymi od stewardes. Głównie rysował, ale graliśmy także sporo w warcaby. Na lotnisku w Moskwie wylądowaliśmy po zmroku i ku naszemu zdziwieniu na zewnątrz szalała zima. Z temperatury plus 30 w Tajlandii wylądowaliśmy w Moskwie przy minus 5. Jeszcze bardziej zdziwił się pewien kolega z Polski, który wylądował z saszetką pod pachą w koszulce z krótkim rękawkiem. Dobrze, że Olga ma dobre serce i pożyczyła mu kurteczkę. Odlot do Polski opóźniał się z powodu bardzo trudnych warunków i kiedy już zaczynaliśmy wątpić czy wystartujemy, samolot ruszył z godzinnym opóźnieniem. Pomimo ciągłego cofania zegarków byliśmy w Warszawie dość późno - około 22. W Polsce aura także bardzo zimowa. Dzielny Tomek wyjechał po nas na lotnisko, ale z powodu fatalnych warunków drogowych w domu byliśmy prawie nad ranem w niedzielny poranek... 

Nowoczesny Bangkok Szybka kolejka miejska w Bangkoku
Bangkok ciągle się rozrasta, także w górę Na Khao San Road

Kilka uwag końcowych

* Po tragedii, która wydarzyła się w Azji miesiąc po naszym powrocie całkiem inaczej patrzy się na zdjęcia, które zrobiłem, szczególnie na wyspach tajskich. Tysiące ludzi, które zginęły w falach tsunami uzmysławiają jak wiele mieliśmy szczęścia, a jak ogromne nieszczęście spotkało mieszkańców południowo-wschodniej Azji. By im pomóc trzeba jechać tam na kolejne wakacje...

* Laos podobał mi się dużo bardziej niż Tajlandia, która jednak też jest wspaniała. W Laosie więcej egzotyki i spokoju.

* Tak kolorowych miejsc jeszcze w czasie moich podróży nie widziałem, ale może za mało jeszcze podróżuję ;)

* Ceny noclegów, posiłków i transportu są śmiesznie niskie, a jedyny problem to jak dostać się do Indochin względnie tanio.

* Po raz kolejny towarzystwo wycieczkowe zorganizowane internetowo okazało się doborowe. Dziękuję wszystkim za wspólne przygody.

     

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]

[ Uzbekistan  Kirgizja ] [Iran] [Bułgaria] [Tajlandia Laos]